Okiem Narodowego-Reakcjonisty. Blog Piotra Marka.

Oficjalny blog Piotra Marka dla czytelników w Polsce i za granicą.

Wyszukiwarka

Ładowanie...

wtorek, 22 maja 2012

Tuzin wojskowych błędów w filmie „Rok 1612”

Piotr Marek (15-09-2011)         14 maja 2012 roku miałem okazję oglądać słynny kontrowersyjny rosyjski film „Rok 1612”. Produkcja okrzyknięta była mianem „antypolskiej”, i „propagującej rosyjskie tradycje imperialne czasów carskich”. Obejrzałem uważnie „Rok 1612” po czym stwierdziłem, że przeciętne hollywoodzkie produkcje są dużo bardziej antypolskie, również i hołdują w znacznie większym stopniu „imperialnym tradycjom amerykańskim (neokonskim)”. Filmy Woody’ego Allen’a są pełne niesmacznych antypolskich dowcipów, i jakoś nikt na to nie zwraca uwagi, pomimo sporej popularności w naszym kraju produkcji tego żydowsko-amerykańskiego filmowca.
         Moje uwagi odnośnie tego filmu są jednak inne. Pomijam fakt, że jest on przesiąknięty elementami fantastyki, zaś wydarzenia są przedstawione w sposób „luźny historycznie”. Zbulwersowały mnie jednak liczne błędy wojskowe. Skoro ktoś podejmuje się filmu zawierającego elementy batalistyczne, to niech czyni to w konsultacji z wojskowymi ekspertami, albo da sobie spokój. Nie jestem (na razie?) zawodowym oficerem. Powód jest prosty. Nie zamierzam zarażać się na marne kilka tysięcy miesięcznie w obronie systemu (demokracji) który traktuje wojskowych jak śmieci. Gdyby w Polsce funkcjonowało coś w stylu rosyjskiego Spetsnazu, gdzie życie kamrata jest cenniejsze niż kogokolwiek innego, to wstąpiłbym bez zawahania. Póki co na to się nie zanosi. Wracając do tematu nie mam w pełni wojskowych kwalifikacji. Jednakże podstawową wiedzę teoretyczną na ten temat posiadam. Stąd razi mnie wyraźne militarne dyletanctwo filmowców. Tak oto przedstawiam 12 błędów wojskowych filmu „Rok 1612”, wraz z moimi uwagami na ten temat. Błędy nie są przedstawione chronologicznie.

Jaki błąd wojskowy występuje
Jak powinno być
Kusznik, w pełni ukryty w wodzie, trafiał ze 100% skutecznością do przeciwników.
Nie uwzględniono tutaj czynnika przejścia bełtu ze środowiska ciekłego do gazowego (co powoduje wypaczenie i osłabienie lotu bełtu) oraz dodatkowego wpływu nurtu rzeki (dodatkowo zmieniając tor lotu bełtu).
Ukrywający się w wodzie kusznicy byli dobrym pomysłem na zaskoczenie przeciwnika. Nie raz wykorzystywano skrytych pod wodą strzelców. Jednakże w momencie strzału wynurzali broń aby zachować 100% celność. Kusza strzelca w momencie ataku powinna być wynurzona.
Podczas oblężenia twierdzy zapalali się zbrojni.
Ogień nie był w stanie zapalić zbrojnego. Mógł go co najwyżej oparzyć, ale nie zapalić. Pióra husarskie mogłyby się zapalić, ale bez większej szkody dla kawalerzysty.
Ogień powinien robić poważne szkody i siać spustoszenie głównie wobec licznej lekkiej piechoty i jazdy (posiadającej jedynie skórzane pancerze i kapelusze). Zbrojni jedynie mogliby zaznawać oparzeń nieopancerzonych części ciała.
Podczas potyczki na moście zbrojni ginęli od łuków trafiani w opancerzone miejsca.
Przebicie pancerza stalowego, dodatkowo wspartego kolczugą i skórą, pewne jest jedynie przy użyciu metalowego bełtu i stalowej kuszy. Kompozytowe kusze używające drewnianego bełtu miewały problemy z penetracją grubszego pancerza skórzanego. O łukach już nie wspomnę.
Łucznicy powinni starannie celować w nieopancerzone stalą części ciała w przypadku ataku na zbrojnych. Swobodną walkę powinni prowadzić jedynie wobec lekkich jednostek. Jedynie arkebuzerzy, strzelcy z piszczałami i kusznicy (ze stalowymi kuszami) powinni swobodnie eliminować zbrojnych w wyniku trafienia w opancerzone części ciała.
Zbrojni podczas oblężenia nieśli drabiny.
Podczas oblężeń drabiny niesione były w dużych ilościach, aby jak najwięcej udało się ich przyprzeć do muru. Była to misja straceńcza, do której wykorzystywano lekkie i mobilne jednostki piesze, najczęściej niewolników.
Drabiny powinny być niesione przez lekkich, zwinnych i szybkich piechurów, głównie jeńców, lub (potencjalnych) niewolników. Zbrojni wcale nie powinni nieść drabin. Byli zbyt kosztowni na wytracenie, i za wolni na dojście do muru z niewielkimi stosunkowo stratami.
W momencie trafienia rozgrzaną kulą w prochownię wojsk polskich, niemieccy najemnicy siedzieli jak osłupiali zamiast podjąć spontaniczną reakcję.
W tym momencie albo Niemcy staraliby się wyskoczyć z prochowni (ratując siebie i ostrzegając kamratów), albo w akcie desperacji próbowaliby wyrzucić kulę.
Piechota po wtargnięciu na atakowane mury, zamiast umocnić drogę dojścia dla nowych rzutów szturmujących, wdawała się w bezsensowną szermierkę.
Podczas oblężenia piersi, którzy wdarli się na mury, osłaniali wejścia dla nowych fal atakujących. Tamci dopiero przedzierali się kolejno w głąb. Szturmujący wybieraliby cele możliwie jak najłatwiejsze do eliminacji i jak najbardziej znaczące taktycznie.
Piechota, która jako pierwsza wdarła się na zamkowe mury, powinna zabezpieczać drabiny aby kolejni kamraci mogli wedrzeć się w głąb linii oporu obrońców. Atakujący nie powinni wdawać się od razu w bezmyślną szermierkę, ale starać się zadać jak najdotkliwsze straty na murach. W tym celu staraliby się powybijać załogi katapult, które byłe łatwe w eliminacji, i zadawały ogromne straty atakującym (poza murami).
W wyniku silnej eksplozji prochowni armata została „rozerwana na kawałki”.
Rozsadzenie działa było możliwe jedynie w wyniku implozji połączonej z absolutnym zakorkowaniem wylotu lufy. To także nie „rozrywało działa na kawałki”, ale poważnie „poszarpało” jego lufę.
Eksplozja prochowni poniszczyłaby działa w inny sposób. Uległy by zniszczeniu układy jezdne i „drewniane podwozie” armaty. Armaty w wyniku eksplozji nie powinny w żaden sposób ulec „rozerwaniu na kawałki”, ale ucierpieć na sposób właściwy dla eksplozji.
Podczas oblężenia jako pierwsza do szarży ruszyła ciężka jazda (husaria) pomimo obecności lżejszych formacji konnych.
Kiedy wódz decyduje się na atak przy użyciu kawalerii, jako pierwszą do szarży zawsze wykorzystuje lekką jazdę. Jest tańsza i szybsza. Po niej dopiero rusza ciężka jazda.
Na pierwszy rzut do ataku ruszyliby lekkokonni (jak „lisowczycy”), dopiero po nich pancerni, a na końcu ciężka husaria.
Ciężka jazda (husaria) jako pierwsza forsowała bramę bez rekonesansu.
Nikt nigdy, nawet w największym stanie upojenia, nie rzuca bez przeprowadzenia zwiadu ciężkiej jazdy przez bramę wroga.
Najpierw zaatakowaliby bramę lekkokonni czyniąc rekonesans, a dopiero potem możliwy byłby atak przy użyciu ciężkiej i półciężkiej jazdy (husarii i pancernych).
Kula łańcuchowa, użyta przeciwko ciężkiej jeździe, została wystrzelona w górę w wyniku czego dokonała dekapitacji kilku konnych z rzędu, i była jeszcze w stanie zawalić strop bramy.
Kule łańcuchowe były wykorzystywane w marynarce do łamania masztów, zaś na lądzie do koszenia szeregów idących wąską kolumną (przecinając przeciwników). Przypadek drugi był jednak możliwy tylko wobec nieopancerzonych jednostek. W przypadku ataku na kawalerię kule łańcuchowe ścinały konie „po nogach”, po czym upadający konny stawał się celem halabardników i piechoty z berdyszami. Dekapitacja ciężkiej jazdy przy użyciu takiej kuli była niemożliwa przez szereg zabezpieczających blach ochronnych na ramionach zbroi (które wybijały linki i łańcuchy w górę). Jeśli nawet taka sztuka udałaby się wobec jednego jeźdźca, to na nim by się to skończyło. O rozbiciu stropu bramy po przecięciu (nawet jednego) konnego nie byłoby mowy.
Okoliczność ataku husarii w tym filmie na bramę sprzyjała ukazaniu strzału z użyciem kuli łańcuchowej w sposób rzeczywisty. Nie wiem jednak dlaczego twórca musiał „odlecieć z fantazją”? Kula łańcuchowa wystrzelona powinna być w nieopancerzone nogi koni husarskich, po czym skosiłaby kilkunastu pierwszych kawalerzystów na glebę. Ci staliby się łatwym łupem dla piechoty z berdyszami. Skoszona jazda zatarasowałaby przejście dla pozostałym, i szarża w sposób zgodny ze stosowanymi historycznie standardami zatrzymana byłaby jednym strzałem! Takie piękne ukazanie prawidłowego użycia jednej kuli łańcuchowej przeciwko szarży w wąskim pomieszczeniu zostało zaprzepaszczone na rzecz bezmyślnej „wariacji artystycznej”.
Pocisk artyleryjski z przeciętnego działa przerwał Rosjanina (czy tam Rosjankę) „na pół” uderzając w bok ciała.
Według symulacji na żelowych manekinach, emitujących właściwości ludzkiego ciała, uderzenie ciężkiej kuli w brzuch „od frontu” powoduje penetrację ciała na wylot. W przypadku strzału w bok pocisk dochodzi do połowy ciała. Jedynie w przypadku wielkich kolubryn kula radykalnie mogła rozerwać górę ciała trafionego. Użyte w filmie armaty były jednak zbyt małe, aby rozerwać człowieka. Bisekcja zwłok miałaby miejsce jedynie po upadku na kanciaste twarde podłoże (po uderzeniu bocznym ciężkiej kuli).
Pocisk artyleryjski powinien spenetrować ciało do połowy, a bisekcja wystąpić w momencie upadku na twarde kanciaste podłoże.
Rosjanie siali spustoszenie prowizoryczną armatą zrobioną ze skóry.
Taka armata miałaby bardzo niską donośność i mizerną siłę penetracyjną. Po załadowaniu większej ilości prochu, pękłoby. Realniejszym pomysłem byłyby atakujące „płonącymi głazami” katapulty.
Skórzane działo winno mieć mniejszą donośność i siłę uderzenia. Pocisk z niego nie byłby w stanie dokonać dekapitacji, uszkodzić stropu bramy, czy polecieć na daleki dystans, przebić ściankę prochowni, i wyrządzić szkód na tak wielką skalę jak w filmie.

          Jak wspomniałem, nie jestem zawodowym oficerem, i nie studiowałem (na razie) na żadnym wojskowym uniwersytecie. Uwagi i zastrzeżenia te są skierowane z punktu widzenia pasjonata, stąd mogą wystąpić pewne błędy dostrzegalne przez fachowców z dziedziny militarystyki. Jestem otwarty na uwagi, i chętnie wysłucham zastrzeżeń do moich 12 punktów. Proszę również każdego, żeby nie wykorzystywał zaprezentowanej tutaj tabeli do brudnych gierek filmowego półświatka. Niech tabela pozostanie jedynie moim komentarzem zawierającym uwagi na dostrzeżone przeze mnie błędy.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 29 kwietnia 2012

O postępującej feminizacji kultury

        Nieraz to nasłuchałem się opinii znanych osób o tym, że dzisiaj kultura (rzekomo) jest robiona „wyłącznie pod mężczyzn”. To po prostu bzdura, gdyż ja, jako mężczyzna, wcale tak tego nie odczuwam. Wręcz przeciwnie, często współczesne wytwory obrażają mnie jako mężczyznę. Obecną „kulturę” odbieram raczej jako kreowaną pod wzorzec tzw. „wojującej kobiety”. Nie jest on skierowany do kobiet w sensie ogólnym, lecz do specyficznego modelu wywodzącego się z agresywnej odmiany feminizmu.
         Piotr Marek 15-09-2011Przejdę najpierw do przedstawienia konkluzji ze swoich obserwacji na temat obu płci. Analizując sposób myślenia mężczyzn i kobiet, oraz oglądając reakcje przedstawicieli obydwu płci na pewne zjawiska, można z czasem wywnioskować pewne ich gusta i upodobania. Takie obserwacje prowadzę mniej więcej od nauki w lubelskim „Gimnazjum nr 3”. Prowadziłem je także w II LO („Zamoyu”), i prowadzę je nadal. Kobiety na ogół okazywały się wrażliwsze na przemoc i krzywdę (nawet nieprzyjaciół), chociaż zdarzały się przypadki odwrotne. Tak samo w przypadku mężczyzn. Można było spotkać osoby o wrażliwości podobnej do typowo kobiecej. To mówię z doświadczeń własnych obserwacji prowadzonej przez kilka etapów mojego życia. Wnioski z moich obserwacji wypływają również takie: nie zaimponuje się kobiecie bezmyślną przemocą, nie zaimponuje się grubiaństwem, dominacją, żadną zaborczością. Zaimponuje się cierpliwością, umiejętnie wykorzystywaną siłą, kooperacją, wyrozumiałością oraz poszanowaniem woli. Co prawda mogą zdarzyć się wyjątki, ale są one naprawdę rzadkie, w swoim toku obserwacji zarejestrowałem ich nie więcej niż kilka.
         Kobiety nie imponuje wszechobecna przemoc. Nie czyni tego gdyż wyrażania ona, zadaniem feministek, rzekomą „dominację samców”. Czyni to dlatego, że ma w swojej psychice bardziej humanitarne podejście do świata. Stąd jak widać ruch humanitarian zdominowany jest przez członków płci żeńskiej. Mężczyzny również nie imponuje kobieta, która swe problemy chce rozwiązywać jedynie poprzez przemoc. Nie znaczy to jednak, że kobiety mają być całkowicie bezbronnymi istotami. Mężczyźni preferują kobiety potrafiące stawić czoło przeciwnościom losu. O tym zapomniała ideologia „damy i dżentelmena” powstała około XIX wieku,  która przerobiła kobietę w „bezradną niedojdę”. Ideologia ta jest zła, i nie ma nic wspólnego z tradycjami europejskimi, ale wyłącznie z kaprysami wąskich kręgów anglosaskich elit. W dużej mierze ludzie tworzący tą ideę byli na bakier zarówno z Prawem Krajowym, jak i Dekalogiem. Wymyślili więc sobie taką zasadę aby zagłuszyć swoje sumienie i poczucie uczciwości wobec innych.
         Osobowość kobiety cechuje na ogół większe współczucie i troska, która jednocześnie powinna być powiązana z całkowitą umiejętnością rozwiązywania przeciwności losu. Mężczyzna natomiast preferuje proste i szybkie rozwiązania, co niekiedy wiąże się z ucieczką w przemoc. Wszelkimi metodami dąży do rozwoju własnej osoby. Częściej niż kobieta dąży do zaszczytów i laurów zwycięstwa, co widać chociażby po większej ilości mężczyzn niż kobiet pragnących sukcesu politycznego. Istnieje również tzw. „męska duma”, którą mi jest ciężko zdefiniować. Jest ona niezrozumiała dla kobiet tak samo, jak dla mnie nie będą zrozumiałe ich „żeńskie sprawy”. Ważne jest więc, aby obydwie strony dobrze to zrozumiały, i starały się żyć w zgodzie z „wrodzonymi osobowościami”. Co prawda mogą być wyjątki co podkreślam raz jeszcze, ale w toku moich obserwacji było ich naprawdę mało.
         Niestety obecna ideologia, którą można zauważyć we współczesnej kulturze, wypacza wnioski jakie można wyciągnąć z takich prostych obserwacji. Opiera się o feministyczne kłamstwo na temat rzekomej „męskiej dominacji” i „dyskryminacji kobiet na przestrzeni wieków”. Propaganda ta opiera się o wybiórcze wyrywki z historii, w których to podkreśla się jedynie niedogodności kobiet z zamierzchłych czasów, przy jednoczesnym uwypuklaniu zalet bycia mężczyzną. Prawda była jednak inna. Mężczyźni mieli dawniej prawa i przywileje, ale nie za darmo. Powszechna służba wojskowa i większa odpowiedzialność wobec prawa nie dotyczyły kobiet, ale właśnie mężczyzn. Kobieta, szczególnie z wyższych sfer, w dawnych czasach mogła „pod kloszem” przeżyć całe swoje życie. Mężczyzna, bez względu na stan czy posiadanie, otoczony był przez szereg pułapek, które mogły mu odebrać życie. Dla przykładu podczas II Wojny Światowej niemieckie panienki pałętały się po wioskach i gziły się z amerykańskimi żołdakami, podczas gdy kilkuletni niemieccy chłopcy pod srogimi restrykcjami byli wciągani do walki. A gdy przyszłoby do korzystania z dobrodziejstw zwycięstwa owe panienki głośno domagałyby się profitów (za darmo). Podczas egzekucji często puszczano kobiety wolno (często pomimo współwiny), a skazywano na śmierć niewinne dzieci płci męskiej. Dziecko nie ma takiej świadomości i odpowiedzialności jak dorosły. Kobieta jest tak samo świadoma popełnianych czynów jak mężczyzna! Z jakiej to więc racji życie mężczyzny ma być gorzej cenione od życia kobiety? Czy to nie była historyczna dyskryminacja mężczyzn? Była! Ciekawe co na to feministki?
         Jak wykazałem, obraz świata widziany oczami feministek, jest znacznie odmienny od rzeczywistości. Aktywistki tego ruchu są ślepe na wspomniane pułapki życia, na które przede wszystkim narażeni są mężczyźni. Proponowane przez nie równouprawnienie nie jest tym, za co się podaje. Dąży jedynie do „nadania przywilejów męskich kobietom”. Chce więc uczynić z mężczyzny „gorszą płeć”, ponieważ nie chce usunąć pułapek życia na jakie są narażeni przedstawiciele płci męskiej. Gdyby feministki walczyły z przejawami dyskryminacji po obu stronach, wtedy naprawdę można byłoby je nazwać „bojowniczkami o równouprawnienie”. Póki co na razie „walczą o dominację”, zdobycie „męskich przywilejów” bez ryzyka na jakie narażeni są przedstawiciele płci męskiej.
         Teraz przejdę do głównego tematu jaki chciałem tu poruszyć. Otóż współczesna „kultura” drastycznie dyskryminuje płeć męską. Nie jest prawdą, że dawniej, choćby kinematografii, promowano jeno męski szowinizm. Dawne filmy nie były „szowinistyczne”, ale „męsko-centryczne”, czyli zamknięte wokół spraw dotyczących wyłącznie mężczyzn. O męskim szowinizmie można byłoby mówić, gdyby lansowano dominację płci męskiej nad żeńską. Jednak tak nie było. Kobiety występowały po prostu w tle, jako zwykli ludzie jakich można było spotkać na co dzień. Współcześnie „bohater żeński” zajął równe miejsce „męskiemu”, ale jedynie na tych obszarach, które są jakby to ująć „korzystne”. Wyłonił się z dużym impetem wzorzec „silnej kobiety”, ale nie pojawił się przy tym wzorzec „pokonanej kobiety”, pomimo obowiązującego powszechnie modelu „pokonanego mężczyzny”. W ten sposób wytworzył się w kulturze trend dyskryminujący męską płeć. Stawia on dużo częściej mężczyznę w roli „pokonanej ofiary”, przy jednakowym dla obydwu płci zachowaniu wzorca „silniejszego zwycięscy”.
         Kiedyś spotkałem się w sieci z opinią, według której „pokazanie kobiety choćby z maleńkim pistolecikiem” jest „postrzegane jako feminizm”, przy jednoczesnej „akceptacji mężczyzny wymachującego wokół AK-47”. Takie podejście było oceniane oczywiście krytycznie. Nie było by w tym proteście nic gorszącego, gdyby na celowniku obydwu tych broni byli odpowiedni przedstawiciele różnych płci. Tymczasem owa tendencja w światowej kulturze, szczególnie kinematografii, kreuje dla obydwu płci jedynie silne wzorce zwycięzców, zaś „role ofiar” zarezerwowane są wyłącznie dla mężczyzn. Mamy więc tu kolejny przykład dyskryminacji płci męskiej w kulturze. Nie tylko w powieściach i filmach sensacyjnych występuje dyskryminacją męskiej płci. Dużo bardziej sprawa zaszła w kinie grozy, katastroficznym czy fantastycznym, gdzie ginie 90% bohaterów męskiej płci, i tylko jedna, dwie kobiety (i to często w mniej podły sposób). W ogólnym zarysie przedstawia płeć męską mniej zaradną, która „może przetrwać, ale raczej zginąć”. Kobieta natomiast przedstawiana jest jako „ta, co poradzi sobie lepiej”. W ten sposób dzisiejsza „kultura” niszczy „wzorzec męskości”. Nie może być więc skierowana pod mężczyzn, ale przeciwko nim.
         Kiedyś pewna feministka napisała mi, iż „twarde laski podobają się facetom”. Być może jest w tym ziarno prawdy, jednakże lansowanie tylko „twardych lasek” obok „miękkich i twardych facetów” wcale nikomu się nie podoba. Wręcz przeciwnie, drażni, a niestety w kulturze coraz częściej skazani jesteśmy tylko na tego typu modele! Dawna kultura pokazywała reakcje realne, bazujące na zasadzie obserwacji zachować. Dziś natomiast kreuje się „histeryzujących facetów”, robi z mężczyzn mięczaków. Spotkać nawet można silnych, dorosłych mężczyzn „rzygających na zapach i widok flaków”, pomimo tego, że dziewczynka która też miała z nimi taką samą styczność w ogóle nie miała mdłości. To kolejny dowód na to, że kultura coraz bardziej podlega postępującej feminizacji. Nie jest to robione to ani pod mężczyzn (którzy lubią wybierać wzorce z którymi mogą się utożsamiać), ani pod kobiety (które na ogół nie lubią przemocy). Jest to kreowane wyłącznie pod ideologów wojującego feminizmu, którym zależy na wykreowaniu obrazu mężczyzny jako zbędnego, który w zasadzie powinien ulec likwidacji. Określić to mogę mianem zabiegu systematycznego niszczenia wzorca męskości. Jak wiadomo największy wpływ na kulturę ma dziś Hollywood, a on zdominowany jest przez środowiska przyklaskujące ruchom feministycznym. Tak oto kultura z męsko-centrycznej przemieniła się w feministyczną…
         Film „Seksmisja” Juliusza Machulskiego był po nikąd proroczy. Na pewnym forum ogólnopolskim spotkałem opinię agresywnej feministki o tym, że mężczyźni nie są już do niczego potrzebni. Kobiety, zdaniem jej, „same mogą się rozmnażać” przy użyciu próbówek, zaś płeć męska powinna wprost być wyeliminowana. Ten dekadencki pogląd zagraża naturalnemu porządkowi w świecie, w którym jest miejsce dla obydwu płci. Wspomniany film miał być aluzją wobec patologii państw totalitarnych. W pewnym sensie dzisiaj można dosłownie odbierać jego przekaz, jako ostrzeżenie przed tym, co planuje totalitarny (w swoich praktykach) wojujący feminizm.
         W dawnej kinematografii, jak chociażby w filmach z Clintem Eastwoodem, kreowano wzorzec „silnego męskiego charakteru”, który współcześnie niestety systematycznie wymiera. W tamtych dziełach kina ten typ był przeciwstawiany „złemu męskiemu wzorcowi”. Po stronie protagonisty znajdowali się zarówno męscy jak i żeńscy sojusznicy, zaś „czarne charaktery” i „ofiary” były obydwu płci. Dziś „silny męski wzorzec” systematycznie zanika na rzecz „silnego kobiecego”, zaś „zły męski charakter” nadal pozostaje jedynym „negatywnym modelem”. To wyraźnie wskazuje na postępującą feminizację kultury. Równouprawnienie w kulturze to fikcja, gdyż modele kobiece są zdecydowanie częściej „atrakcyjniejsze”. W serialach także widoczna jest tendencja feministyczna. Kobiece charaktery, nawet słabsze na początku, ewoluują do roli „silnych”. Męskie nie zawsze, bowiem „twardzielami” są tylko ci, co byli nimi od początku. Podobnie jest z podejściem do godności obu płci w kulturze masowej. Przeważnie męskie życie traktowane jest z góry jako „gorsze”. Śmierć kobiety celebrowana z niebywale większą czcią niż mężczyzny, czy nawet dziecka! Taki obrót sprawy nie jest żadnym „równouprawnieniem”, ale podeptaniem męskiej godności. W kinematografii, telewizji i literaturze fabularnej bez skrępowania promowana jest przemoc kobiet wobec obydwu płci. Gdyby to samo zastosować do mężczyzn, od razu wszędzie trąbiono by o „propagowaniu przemocy wobec kobiet”! Gdzie jest więc to „równouprawnienie”? Nigdzie!  
         Ze szczerą łzą w oku wspominam filmy Alfreda Hitchcocka, bądź te z udziałem Clinta Eastwooda. Biją one na łeb tę współczesną tandetę, naszprycowaną feministyczną propagandą okraszoną rzekomo atrakcyjnymi „efektami specjalnymi”.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

poniedziałek, 19 marca 2012

Prawa za służbę wojskową

        Demokracja bezpodstawnie rozdaje wszystkim prawa „jak leci”. W innych systemach taka patologia jest niedopuszczalna. Jest to bowiem proceder bardzo krzywdzący. Jedni dla pożytku publicznego narażają swoje życie, a inni nie, zaś w sprawach decyzyjnych wszyscy mają taki sami głos? Absurd! Zupełnie jakby jednym rozdawać bułeczki za darmo, a innym nie, na zasadzie bezmyślnego losu, nie biorącego pod uwagę żadnych uwarunkowań socjalnych. Mechanizm „równości”, wywodzący się z haniebnej rewolucji 1789-1793 uznajemy więc za bandycki. W Polsce czy Europie nie powinien mieć miejsca.
         W normalnym państwie (Autorytarnym, Monarchistycznym) przywileje otrzymujemy za służbę wojskową dla dobra państwa i narodu. Również udzielanie się w innych służbach mundurowych powinno dawać możliwość uzyskania godnych przywilejów. To oczywiste. Skoro ktoś naraża się dla dobra ogółu, to powinien być za to wynagrodzony. Kto zaś unika służby dla dobra wspólnego, ten jest łajdak, szuja i praw dostawać nie powinien. I właśnie na tym polega prawdziwa „sprawiedliwość społeczna”, a nie na jakiś socjalistycznych dyrdymałach. Chcesz bułkę, płać gotówkę. Nie masz gotówki, nie masz bułki. Proste! Powszechne prawa wyborcze gwałcą wspomnianą powyżej zasadę. Rozdają owe bułeczki i tym co płacą, i tym co nie płacą, co w gruncie rzeczy niegodziwym potraktowaniem pewnej części społeczności. Jeżeli dłużej  będziemy tolerowali taki proceder, to wtedy stale dawać będziemy furtkę dla coraz szerszych mas żądających zapomóg finansowych bez żadnych postaw merytorycznych. Stąd tolerancja dla tej patologii jest złem. Jedynie sprawiedliwą zasadą jest koncepcja „praw za służbę na rzecz państwa”, i to za nią winniśmy stać murem. Oczywiście mówię o służbie w interesie Polski, a nie NATO, USA czy Izraela, ale to już inna historia.
         „Prawa za służbę” winny dotyczyć zarówno kobiet jak i mężczyzn. W przeciwnym wypadku doszłoby do tego, że jedni dostawaliby wszystko za nic, a inni za to samo musieliby płacić. Tak być nie może z tego względu, że obowiązek pracy dotyczy każdego człowieka, nie tylko mężczyzny. Biologia, zdolność płodzenia, czy rodzenia, nie grają tutaj żadnej roli. Taka jest po prostu natura płci. Nie może być pretekstem do roszczenia sobie dóbr za darmo. Z resztą wiele jest kobiet bezpłodnych, wiele jest takich co dzieci rodzić nie chce, a takie zazwyczaj najgłośniej krzyczą na feministycznych wiecach o „prawach dla kobiet”.
Kobiety w świetle feministycznej propagandy są rzekomo „dyskryminowane od wieków”. Ciekawe w czym są one „dyskryminowane”? Może szczególnym dowodem tej „dyskryminacji” było pierwszeństwo na Titanicu? Może to, że nie były zaciągane do armii w czasie wojen, kiedy to w ich miejsce zaciągano kilkuletnich chłopców (często pod groźbą surowej kary)? To raczej mężczyźni byli dyskryminowani! Musieli zarażać się za swoje prawa, kiedy kobiety zaś wywalczyły je sobie za darmo, jak wspomniane powyżej przykładowe „darmowe bułeczki”. Prawda jest taka, że nie wszystkie kobiety rodziły dzieci, a wiele z nich mordowało te nienarodzone. Dlaczego obowiązek służby wojskowej dotyczył kilkuletnie dzieci płci męskiej, a dorosłe i silne kobiety były z obowiązku obrony kraju zwolnione? Podobno wojsko miało walczyć w imię „kobiet i dzieci”, a w praktyce owa obrona dotyczyła jedynie tych pierwszych. Jak widać z przyjemnością zaciągano w wojskowe szeregi kilkuletnie dzieci. I to ma być równouprawnienie? Jedni zmuszani do walki na śmierć nie skończywszy nawet dzieciństwa, a inni żyją beztrosko do starości? To jest kpina z połowy społeczeństwa! Na to miejsca być nie powinno.
Prawa powinny być przydzielane za obowiązki. Dla państwa obowiązkami tymi są praca i służba wojskowa. Jedynym dopuszczalnym wymogiem otrzymania w państwie przywilejów powinna być przeto „powszechna służba wojskowa”. Słuszna to koncepcja z tego względu, że każda inna możliwość byłaby krzywdząca dla pewnej części narodu.

Z Narodowym Pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 26 lutego 2012

ACTA, piraci, paserzy

         Jak niektórzy się orientują jestem przeciwny ACTA i wszelkim nadmiernie rozbudowanym inicjatywom chroniącym „prawa autorskie”. Moje stanowisko wynika z faktu, że współcześni twórcy często swoje „opatentowane dzieła” opierają o dorobki twórców nieżyjących już kilkaset lat. Często na filmach słyszymy muzykę „klasyków wiedeńskich”, przewija nam się w tle popularny obraz, albo znany literacki cytat. Z jakiej więc racji mają być przyznane patenty filmom czy utworom korzystającym de facto z cudzego dorobku, bez żadnego wynagrodzenia. Dlaczego nie ma prawnej ustawy, aby wytwórnia filmowa czy muzyczna, korzystająca z twórczości dajmy na to Wolfganga A. Mozarta, miała obowiązek przelania części swoich dochodów na muzea czy inne placówki upamiętniające twórczość i życie tego wybitnego artysty? Skoro „złamaniem praw autorskich” ma być zdjęcie na którym widnieje logo znanego koncernu, to dlaczego takie samo prawo ma nie obowiązywać samych twórców? Prawda jest jednak taka, że jedno jest tak samo absurdalne jak drugie. Kompozytor już nie żyje (prawa majątkowe i inne już nie obowiązują), zaś zdjęcie ujmuje część krajobrazu którego żaden koncern nie wykreował. Po prostu „ustawa o prawach autorskich” jest na tyle głupia, że być jej nie powinno. Zabezpiecza interesy twórców którzy sami często niewiele wnoszą swojego to raz, dwa nie sprzyja samej sztuce, gdyż w swoim zapisie chroni zarówno dzieła jak i tandetę. Jej konsekwencje widać gołym okiem. Dla mnie zachodzi ogólnie degrengolada kultury muzycznej, graficznej i filmowej. Nie uogólniam. Są dziś i dzieła wybitne, ale są niestety przykryte masą „sprzedającej się tandety”.
         Zanim przejdę do dalszej części zagadnienia, muszę zwrócić uwagę na to, że coraz częściej w mediach terminem „pirata” określa się „paserów”. Pirat to osoba zajmująca się dystrybucją produktów pozyskanych nielegalnie. Nabywca tychże jest paserem. Tymczasem medialna nagonka „wrzuciła wszystkich do jednego worka”. Niedługo dojdzie może do tego, że za pobicie będą takie same kary jak za morderstwo. A to prosty krok to zwiększenia liczby zabójstw. Pirat to pirat, a paser to paser, i niech media „nie odwracają kota ogonem”. Kary mają być stosowne, a nie jednakowe.
         Darmowe kopiowanie produktów (jeśli miałoby być karane) winno się wiązać z przymusowym zakupem produktu. Jednakże za drugiej strony powinno istnieć prawo do reklamacji. Nie raz zakupię film którzy mnie po prostu wkurzy, i na dodatek taka szmira przynosi milionowe korzyści jej twórcom! W ten sposób sztuka schodzi na psy. Tak czy siak wszyscy będą kupować, a twórcy będą nas katowali coraz większą lipą. Ustawy prawne będą chronić interesy twórców coraz mocniej, a ci będą robić coraz większą lipę i nikt z tym nic nie zrobi. Jeżeli ustawodawcy i prawnicy chcą chronić szmirę, to niech nie biadolą że pewnego dnia obudzą się w świecie w którym wszystkim wszystkie ekrany i monitory nagle eksplodują w tej samej chwili tuż po ich załączeniu. Ja nie żartuję, współczesne prawo sprzyja robieniu coraz większej tandety. Krytycy powinni moim zdaniem przydzielać jakieś gwiazdki produktom kulturalnym, i na ich podstawie oceniać się powinno stopień ochrony danego wytworu. Im ma mniej gwiazdek, tym mniej ma praw ochronnych. Wtedy byłoby lepiej.
         Inną skuteczną metodą walki z piractwem i paserstwem jest ustalanie przyjaźniejszych cen produktów. Wspominał o tym Wojciech Cejrowski posługując się przykładem Steve’a Jobs’a, który rozpoczął sprzedaż utworów muzycznych za 99 centów. Wtedy piractwo stało się nieopłacalne. Ludziom zarobki nie wzrastają, a ceny rosną, a to jest główną przyczyną rozwoju piractwa i paserstwa. Nikt jakoś się nie przejmuje prawami pracowników, którzy całe życie się uczyli tylko po to, aby pracować za mniej niż 1000 PLN miesięcznie. Jednak podnosi się larum gdy coś uszczupla już i tak pełne kieszenie wyrobników kulturalnej tandety. Jeżeli pensje w kraju wzrosną, piractwo będzie stopniowo zanikać. Najlepiej jednak byłoby wycenić produkty w cenie przysłowiowej złotówki, a wtedy zjawiska piractwa nie będzie. Propozycję takiego rozwiązania sprawy wysuną nie kto inny jak twórca i producent programów telewizyjnych, a więc osoba bardzo zainteresowana tematem ochrony praw autorskich.

         Moja propozycja na rozwiązanie tej kwestii jest taka:
1.     Krytycy i konsumenci przyznają danemu produktowi kulturalnego gwiazdki. Na ich podstawie określamy stopień ochrony produktu. To zwiększy bezpieczeństwo dla produktów dobrej jakości kosztem tandety.
2.     Jeśli ma być kara za paserstwo, to jedyna możliwość jej realizacji to zakup produktów pozyskanych nielegalnie (po wcześniejszym zniszczeniu kopii nielegalnej). Kara nie powinna mieć wymiaru sądowego.
3.     Jeżeli produkt się nie spodoba, konsument ma mieć prawo do zwrotu kosztów zakupu. To oduczy muzyków, producentów, reżyserów i innych robienia tandety, gdyż na nich też powinna być kara, i to w takiej właśnie postaci.

Gwarantuję, że taki przepis rozwiąże ten problem dużo skuteczniej niż wszelkiej maści ACTA inne tego typu bzdury.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 29 stycznia 2012

Operacja „Lew Morski” – Wojna o Wielką Brytanię 1940

Geneza niemieckiej agresji na Wielką Brytanię
         Po pokonaniu Francji w 1940 roku, kolejnym krokiem Niemiec do pozyskania dominacji w Europie, było zajęcie Wielkiej Brytanii. Zjednoczone Królestwo było znaczącym niemieckim oponentem podczas I Wojny Światowej. Jego pokonanie, podobnie jak w przypadku Francji, miało dla Niemców znaczenie symboliczne – odwet za klęskę i upokorzenie po I Wojnie Światowej. Wielka Brytania była także potężnym mocarstwem kolonialnym. Imperium Brytyjskie władało posiadłościami niemal na całym świecie. Jego potencjalny upadek pozwoliłby „Państwom Osi” zająć posiadane przezeń terytoria. To utorowałby temu blokowi drogę do dominacji w skali światowej. Ziemie, surowce, ludzie oraz produkty przynoszące korzyści Imperium Brytyjskiemu, byłyby wtedy w posiadaniu Niemiec, Włoch i Japonii. Swoją drogą Imperium Brytyjskie słynęło także z podobnej okrutności co ZSRR i III Rzesza. Obozy koncentracyjne (dla ludności tubylczej) istniały tam na wiele lat przed pierwszymi podobnymi placówkami wybudowanymi przez komunistów i nazistów.
Sytuacja w przededniu wojny
         Pomimo uznania przez Niemców Wielkiej Brytanii za wroga, Adolf  Hitler do końca próbował przeciągnąć ją na swoją stronę. Obiecywał Brytyjczykom wolną rękę na morzach w zamian za brak ich interwencji w sprawy kontynentu europejskiego. Częściowo kalkulacje takie mogły być dobrym posunięciem. W ten sposób dominująca flota morska świata nie przeszkadzałaby III Rzeszy w prowadzeniu działań wojennych. Jednak Wielka Brytania odrzuciła ofertę führera. Wiązało się to w pewnej części z powiązaniami ideologicznymi Wielkiej Brytanii z pozostałymi krajami nieprzyjaznymi Niemcom. Ponadto dominacja Niemiec w świecie stwarzała zagrożenie dla interesów istniejących imperiów kolonialnych. Imperium Brytyjskie miało wiele poważnych atutów przemawiających na ich korzyść w starciu z Niemcami. Czołowa flota świata, ogromne zasoby surowców, pokaźny potencjał ludzki oraz lepsze samoloty dawały Brytyjczykom możliwość swobodnej konkurencji z III Rzeszą. Ponadto dawało im przewagę rozpracowanie przez polskich kryptologów mechanizmu działania niemieckiej maszyny szyfrującej „Enigma”. Dzięki temu rozkazy Głównodowodzącego Luftwaffe Reichsmarschalla* Hermanna Göringa nadawane za jej pośrednictwem były rozszyfrowywane i przekazywane naczelnemu dowództwu Armii Brytyjskiej. Niemcy z kolei mogli liczyć na większy stosunek sił w powietrzu wynoszący 10:37 na ich korzyść (dokładnie 2800 niemieckich samolotów w stosunku do brytyjskich 756). Niemieckie maszyny były jednak słabsze technologicznie od brytyjskich. Bombowiec nurkujący Junkers Ju-87 nie stawiał czoła wymaganiom pola walki, zaś Messerschmitt Bf-109 ustępował brytyjskim myśliwcom typu Spitfire czy Hurricane. Potężny niemiecki dwusilnikowy myśliwiec Messerschmitt Bf-110 okazał się za mało zwrotny. Wiara w jego możliwości pośród niemieckich elit okazała się daremna.
Początek Wojny
         Niemiecka inwazja na Wielką Brytanię przybrała nazwę „Bitwy o Anglię”. Jednak skala działań wojennych i sposób prowadzenia tej „bitwy” był charakterystyczny dla typowej kampanii. Jej główną areną walk stało się powietrze, a na drugim miejscu morze (podczas tej „kampanii” rzadziej angażowane były siły lądowe, i to głównie po stronie alianckiej). Inwazja na Wielką Brytanię zyskała kryptonim „Lew Morski”. Zakładała zneutralizowanie brytyjskiego panowania na morzu i w powietrzu na własnym obszarze. Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem całej operacji Adolf Hitler zlecił wstępne ataki na brytyjskie patrole i konwoje. Było to dla Niemiec fatalne posunięcie. Hermann Göring nie miał wtedy jeszcze żadnych konkretnych planów prowadzenia wojny. Działania zaczepne przygotowano już 4 lipca 1940 roku, na ponad miesiąc przed oficjalnym rozpoczęciem „kampanii”. Atakowano linie kolejowe i patrole brytyjskie. Pod koniec tych przedwczesnych i niezaplanowanych akcji Niemcy stracili 93 samoloty, a Brytyjczycy tylko 48.
Przebieg wojny
         „Bitwa o Anglię” rozpoczęła się oficjalnie 13 sierpnia 1940 roku. 1500 niemieckich bombowców rozpoczęło bombardowanie kluczowych strategicznie obiektów brytyjskich: lotnisk, zakładów zbrojeniowych i punktów obrony przeciwlotniczej. Atakowano nieustannie główne miasta brytyjskie takie jak Londyn, Liverpool czy Birmingham w celu zastraszenia i złamania całego społeczeństwa. Ataki bombowe w pierwszej fazie tej de facto kampanii, były całkowicie pozbawione eskorty myśliwskiej, stąd ponosiły ogromne straty. 11 września Niemcom udało się zbombardować Pałac Buckingham, jednak według oficjalnego brytyjskiego raportu nie ucierpiał nikt z rodziny królewskiej. Opór brytyjskiej obrony przeciwlotniczej wzmacniał się z każdym dniem. W działaniach obronnych żołnierzy wspierali cywile, zarówno mężczyźni jak i kobiety. Znaczna ilość strąceń niemieckich maszyn sprawiła, że 17 września odwołano operację „Lew Morski”. Naloty bombowe, w celu ciągłego nękania Brytyjczyków, trwały jednak nadal. Wyraźnymi błędami w dowodzeniu wyróżnił się Adolf Hitler, będący głównym twórcą niemieckiej klęski w „Bitwie o Anglię”. Niemieckie ataki na określone brytyjskie punkty strategiczne (głównie lotniska), pomimo wstępnych strat, wznowione przyczyniłyby się do ich zajęcia. Tymczasem Hitler nieustannie decydował się na atakowanie coraz to nowych, i nie nadszarpniętych punktów obrony. W ten sposób zamiast zająć Brytyjczykom jakąkolwiek część ich obszaru, nieustannie wyniszczał coraz bardziej już nadszarpnięte siły Luftwaffe. Była to seria „niewytłumaczalnych” decyzji Hitlera, podobnych do bezsensownego wstrzymania ataku na Dunkierkę podczas Kampanii Francuskiej. To kolejny powód do przypuszczeń, iż Adolf Hitler mógł być angielskim agentem. W trakcie samej powietrznej obrony Wielkiej Brytanii sławą okryli się Polscy piloci, walczący początkowo w eskadrach brytyjskich. Dzięki sukcesom zdecydowano się na utworzenie samodzielnych polskich dywizjonów, z których największą sławę zyskał Dywizjon Myśliwski 303, który pozbawił Luftwaffe ponad 200 maszyn. Poza Polakami sukcesy w obronie Wielkiej Brytanii odnosili piloci z Czech, a także z Kanady. W trakcie walk część pilotów wyróżniała się szczególną skutecznością w eliminowaniu  wrogich samolotów. Zyskiwali dzięki temu przydomek „Asów Myśliwskich” (podczas I Wojny Światowej takim „Asem” był Głównodowodzący Luftwaffe Hermann Göring). Niemieckimi „Asami” byli między innymi Adolf Galland i Werner Mölders, natomiast po stronie polskiej wyróżniali się Stanisław Skalski, Jan Zumbach, Mieczysław Popek czy Zdzisław Krasnodębski (założyciel i pierwszy dowódca Dywizjonu 303).
Koniec wojny
         Coraz skuteczniejsza brytyjska obrona przeciwlotnicza odpierała niemieckie natarcia z powietrza. To zmusiło III Rzeszę do całkowitego zaniechania planów zajęcia Wielkiej Brytanii. Jednak ataki bombowe, oraz w dalszej fazie wojny rakietowe, na Wielką Brytanię trwały nadal. Niemcy próbowali również ataków na brytyjskie połączenia morskie. Działania te miały doprowadzić do „blokady Wielkiej Brytanii”, która miała na celu podciąć podstawy egzystencji Brytyjczyków. Konwoje z dostawami broni, surowców, żywności, oraz produktów pochodzących z kolonii, były nieustannie niszczone. W odpowiedzi na to Brytyjczycy organizowali eskorty. Polem tej walki było już nie tylko powietrze, ale także i morze. Działania takie trwały niemalże do końca niemieckiej dominacji w Europie Zachodniej. W ten sposób „Bitwę o Anglię” przeobraziła się w „Bitwę o Atlantyk”. Oficjalny koniec samej „Biwy o Anglię” był 31 października 1940 roku. Niemieckie lotnictwo straciło według różnych źródeł 40-52% swoich sił. Straty Luftwaffe w stosunku do RAF wyniosły 3:1, zaś w stosunku do Polskich Dywizjonów 302 i 303 wyniosły 9:1. Według posiadanych przeze mnie źródeł Niemcy stracili ponad 2000 ludzi, z czego 1000 to piloci. Brytyjczycy stracili pond 540 ludzi, zaś straty polskie wyniosły 29 pilotów. Była to militarna porażka Niemiec, której autorem w dużej mierze był Adolf Hitler. Na duże straty niemieckie przyczynili się nie tylko alianccy piloci, ale także brytyjska obrona przeciwlotnicza wsparta nowowprowadzonymi urządzeniami radarowymi.
Kalendarium działań w trakcie walk o Wielką Brytanię
  • 4 lipca 1940. Zaplanowanie wstępnych działań wojennych przeciw Wielkiej Brytanii.
  • 10 lipca 1940. Pierwsze datowane ataki Niemców na konwoje oraz partole brytyjskie. Pod koniec wstępnych działań Niemcy tracą 93 maszyny, a Brytyjczycy 48.
  • 13 lipca 1940. Wydanie dyrektywy o wojnie powietrznej lecz Hermann Göring nie ma w tym czasie żadnych konkretnych planów działania.
  • 13 sierpnia 1940. Oficjalny początek „Bitwy o Anglię”. Ataki na konwoje i miasta z fabrykami. Eskadra niemiecka znad Norwegii ponosi ogromne straty z powodu braku eskorty myśliwskiej.
  • 18 sierpnia 1940. Ataki niemieckie na lotniska brytyjskie. Zniszczono lotnisko Kenley oraz uszkodzono lotnisko Biggin Hill. Straty Luftwaffe wyniosły 71 maszyn, zaś RAF 27.
  • 25 sierpnia 1940. Ataki na Warmwell.
  • 28 sierpnia 1940. Ostre ataki na Liverpool.
  • 31 sierpnia 1940. Ataki na lotniska: Biggin Hill, Debden oraz Hornchurch. Straty Luftwaffe to 41 maszyn, a RAF 39. Ponadto RAF stracił kilka jednostek na ziemi.
  • 4-9 września 1940. Nalot na zakład bombowców w Weybridge i Brooklands. Bombardowane są miasta: Liverpool, Bristol, Londyn. Straty RAF to 120 maszyn, a Luftwaffe 148.
  • 7 września 1940. Pierwsze Brytyjskie użycie radarów. Rozkaz Adolfa Hitlera i Hermanna Göringa o bombardowaniu Londynu. Przechwytywanie pozycji samolotów przez radary zmusza Luftwaffe do ślepego bombardowania punktów docelowych.
  • 11 września 1940. Niemcy zbombardowali Pałac Buckingham oraz zakłady produkcji myśliwców Spitfire w Southampton. Straty Luftwaffe to 29 maszyn, a RAF 21.
  • 15 września 1940. Zacięte walki nad Londynem. Brytyjczykom dokuczać zaczyna brak pilotów. Straty Luftwaffe wyniosły tego dnia aż 60 maszyn, zaś RAF tylko 27.
  • 17 września 1940. Ataki RAF. Odwołanie operacji „Lew Morski”.
  • 18 września 1940. Ataki na Londyn. Straty Luftwaffe to 19 maszyn, zaś RAF 12.
  • 19 września 1940. Ataki RAF na flotę i stacje niemieckie.
  • 25-30 września 1940. Naloty na fabryki w Bristol, Southampton, Yeowil. Straty RAF to 83 maszyny, a Luftwaffe 143. Rozpoczyna się okres walk myśliwskich. W październiku naloty to codzienność.
  • 31 października 1940. Oficjalny koniec „Bitwy o Anglię”. Powstrzymanie niemieckiej inwazji na Wielką Brytanię.

*Tytuł Reichsmarschall (pol. Marszałek Rzeszy) był nadawany jako najwyższy stopień wojskowy w armii Świętego Cesarstwa Rzymskiego, dla najwybitniejszego ze strategów, przewyższającego swoimi umiejętnościami zarządzania i dowodzenia wojskiem innych Feldmarszałków (pol. Marszałków Polnych). Władze III Rzeszy, lubujące się w bezpodstawnym nadawaniu swoim liderom tytułów zarezerwowanych dla Rycerzy i Paladynów, nieomieszkały w awansowaniu na niego bez pokrycia najwyższego w hierarchii partyjnej NSDAP marszałka. Hermann Göring był przeciętnym dowódcą, i jego awans był symbolicznym uznaniem jego osoby przez pryzmat dokonań dla partii, a nie wyrazem nadzwyczajnego talentu dowódczego.

Na podstawie Kronik II Wojny Światowej, książek i opracowań całość przygotował: Piotr Marek

poniedziałek, 26 grudnia 2011

„Fall Gelb” – Kampania francuska 1940

Geneza niemieckiego ataku na kraje Europy zachodniej.
         Niemiecka „Kampania Skandynawska” była wstępem dla docelowej kampanii przeciwko Francji. Zdobycie Danii i Norwegii  uniemożliwiało powstanie drugiego frontu na północy. Wojna przeciwko wielkiemu zachodniemu sąsiadowi III Rzeszy była rewanżem za klęskę w poprzednim konflikcie. Jednak podłoże wojny wiązało się nie tylko z korzyściami polityczno-ekonomicznymi dla Niemiec. Republika Francji uchodziła za jednego z głównych „odwiecznych wrogów” Rzeszy Niemieckiej. Pokonanie jej było symbolicznym upokorzeniem systemu republikańskiego, który reprezentowała. Według założeń ideologicznych przywódców III Rzeszy zniszczenie Republiki Francji było, obok zgładzenia ZSRR, jednym z głównych wymogów zaprowadzenia politycznego porządku w nowej „Aryjskiej Europie”. Z punktu widzenia geopolityki gwarantem mocnej pozycji Niemiec na zachodzie Europy, po zajęciu Francji, była przychylność nowych sąsiadów. Włochy i Hiszpania z oczywistych względów należały do takich państw. Szwajcaria zachowała neutralność. Prawdopodobnie była przez Niemców traktowana jako alternatywna droga ucieczki w przypadku „podwinięcia się nogi”. Belgia i Holandia dodatkowym punktem opornym w podboju Francji, stąd niemiecka „Kampania Francuska” była w rzeczywistości agresją na trzy kraje Europy zachodniej: Francję, Belgię i Holandię.
Sytuacja w przededniu wojny.
         Naczelne dowództwo aliancie nie wyciągnęło wniosków z błędów popełnionych podczas walk w Norwegii. Nie rozpatrzyli tego, że francuska obrona wsparta Brytyjskim Korpusem Ekspedycyjnym nie potrafiła stawić czoła niemieckiej ofensywie. Dodatkowo Francuski Sztab Generalny błędnie wywnioskował iż walki, tak jak podczas I wojny światowej, przerodzą się w wojnę pozycyjną. Według ich błędnych rozważań front miałby ustabilizować się na zajętych pozycjach, po czym zmęczone ciągłymi natarciami pozbawione wsparcia i zaplecza z odległych krain Niemcy miałby ulec wobec wielkiej potęgi kolonialnej. Kolejnym poważnym błędem Francuskiego Sztabu Generalnego, poniekąd powiązanym powyższym założeniem, było kurczowe trzymanie się niezrozumiałej hipotezy, iż Niemcy zaatakują Francję tylko i wyłącznie od południowej granicy w okolicach Ardenów. Zbagatelizowali możliwość Niemieckiej agresji na Belgię i Holandię, oraz atak na ich kraj z terytoriów tych dwóch państw. Granice północne obstawili jedynie symbolicznie. Z kolei w okolicach zakładanego błędnie przez nich miejsca ataku wybudowali w tym rejonie potężną sieć umocnień i bunkrów zwaną „Linią Maginota”. Sieć ta kosztowała Francję niebagatelną sumę, a osłaniała kraj jedynie od południowej granicy poniżej Ardenów. Było to fatalne posunięcie, świadczące bądź o dyletanctwie wojskowym, bądź o celowej szkodliwości działania na rzecz państwa, ze strony francuskiego dowództwa. Nie można nigdy zakładać, że wróg zaatakuje tylko z jednego konkretnego miejsca. Trzeba rozpatrzeć wszystkie warianty, i przygotować się na każdy z nich oddzielnie. To od wieków stosowana praktyka przez rozsądnych wodzów i strategów, do która jak widać była francuskiemu dowództwu obca.
Początek wojny.
         Niemieckie wojska zostały postawione w stan gotowości do działania 9 maja 1940 roku. Agresja wojsk niemieckich przeciwko Francji, Belgii i Holandii rozpoczęła się 10 maja 1940 roku, pod kryptonimem „Fall Gelb” („Wariant Żółty”). Główne uderzenie III Rzeszy na Francję nastąpiło nie w okolicach „Linii Maginota”, ale znad terytoriów Belgii i Holandii. Siły niemieckie w „Kampanii Francuskiej” składały się z trzech Grup Armii. Grupa Armii „A” atakowała od środkowego odcinka frontu, głównie przez góry Ardeny, a od północy (4 Armia) przez belgijskie miejscowości Namur i Dinant. Głównodowodzącym Grupy Armii „A” został najstarszy i bardzo wykwalifikowany niemiecki gen. pułk. Gerd von Rundstedt. W jej skład wchodziły cztery Armie: 4 Güntera von Kluge, 2 Maximiliana von Weichsa, 16 Ernsta Buscha i 12 Wilhelma Lista połączona z Grupą Pancerną Ewalda von Kleista. Liczyła według posiadanych przeze mnie danych 45,5 dywizji, w tym 2 Pancerne i 3 Zmotoryzowane. Grupa Armii „B”, atakująca od północnej części frontu, miała za zadanie dokonać inwazji na Francję przez terytorium Belgii i Holandii. Na jej czele stanął inny wykwalifikowany gen. pułk. Fedor von Bock. W skład tej jednostki taktycznej wchodziły dwie Armie: 18 Georga von Küchlera i 6 Waltera von Reichenaua. Liczyła według posiadanych przeze mnie danych 29,5 dywizji, w tym 3 Pancerne i 2 Zmotoryzowane. Grupa Armii „C”, atakująca od południa, miała za zadanie związać walkami siły francuskie zgromadzone wokół Linii Maginota, ułatwiając swobodne działanie jednostkom taktycznym z Grupy Armii „A”. Na czele tej jednostki taktycznej stanął wykwalifikowany gen. pułk. Wilhelm Ritter von Leeb, a w jej skład wchodziły dwie Armie: 1 Erwina von Witzlebena i 7 Friedricha Dollmanna. Według posiadanych przeze mnie danych liczyła 19 dywizji. Dodatkowo Niemcy posiadali jeszcze 42 rezerwowe Dywizje Piechoty. Nad całością działań czuwało OKH (Oberkommando des Herres), czyli Naczelne Dowództwo Sił Lądowych, na czele którego stał bardzo wykwalifikowany gen. pułk. Walther von Brauchitsch, a nadzorował wszystko Adolf Hitler. Siły aliancie natomiast opierały się w dużej mierze o Armie Francuskie. W przeciwieństwie do kampanii w Polsce w 1939 roku, gdzie Niemcy posiadali przewagę liczebną (choć nie zawsze jakościową), o tyle w przypadku kampanii we Francji w 1940 roku, Niemcy dysponowali znacznie słabszymi siłami niż przeciwnik. Dla przykładu niemiecka broń pancerna była znacznie słabsza od tej, jaką dysponowali Francuzi. Podstawowymi jednostkami pancernymi Rzeszy tego okresu były lekkie czołgi Panzer I i Panzer II. Te pierwsze, uzbrojone były jedynie w dwa karabiny maszynowe 7,92 mm, poza wersją Panzer I „Ausf C”, dysponującą działem 20 mm. Opancerzenie tych maszyn wynosiło (według posiadanego przeze mnie leksykonu) do 13 mm. Z kolei seria Panzer II dysponowała w każdej wersji działem 20 mm, a jego opancerzenie sięgało około 35 mm. Ogółem Niemcy posiadali do 2000 sztuk czołgów tych dwóch typów. Nieliczne czołgi średnie Panzer III i Panzer IV mogły już powalczyć z francuskimi, ale także nie dorównywały ich możliwościom. Panzer III posiadał opancerzenie porównywalne do lekkiego czołgu Panzer II, a momentami bywało, iż mógł w niektórych miejscach posiadać lżejszy pancerz! Działo 37 mm i większa masywność pojazdu kompensowały te braki. Panzer IV był czołgiem średnim również o podobnie mizernym opancerzeniu, jednak był znacznie masywniejszy od poprzednich konstrukcji, i dysponował działem 75 mm. Wadą tego działa była krótka lufa, a co się z tym wiąże, słabszy zasięg i możliwości. Dopiero późniejsze wersje tych czołgów mogły przewyższać opancerzenie alianckich czołgów lekkich i średnich, ale i tak pod tym względem nie dorównywały czołowym maszynom przeciwnika. Dla kontrastu Francuzi dysponowali 1600 lekkimi czołgami Renault R-35 o kalibrze działa 37 mm i opancerzeniu 40 mm (a więc lekki czołg francuski był lepszy od średniego niemieckiego). Dla ciekawostki dodam, iż w składzie Armii Polski także znajdowało się (z tego co wiem) ponad 100 sztuk tych francuskich czołgów. Atutem Francuskich Wojsk Pancernych był doskonały średni czołg SOMUA S-35, o dziele kaliber 47 mm i opancerzeniu do 55 mm. Mieli ich około 250 egzemplarzy. Ponadto w dyspozycji wojsk francuskich były także czołgi ciężkie, jak Char B1, dwudziałowy (75 mm w kadłubie i 45 mm na wieży), dysponujący opancerzeniem do 65 mm. Także z tymi dwoma maszynami jednostki Panzerwaffe nawet nie miały szans w otwartej walce. Przedni pancerz Char B1 był dla artylerii niemieckich czołgów „nie do przebicia”. Francja przewyższała Niemcy jakościowo i ilościowo w każdym rodzaju uzbrojenia, nie tylko w jednostkach pancernych. Wadą francuskich maszyn było zaprojektowanie ich dwuosobową załogę, czyli artylerzystę i kierowcę. Niemieckie maszyny były sprawniejsze, gdyż posiadały więcej członków załogi, co umożliwiało sprawniejszą koordynację działania. Osoba ładowniczego znacznie szybciej umożliwiała precyzyjne oddawanie strzałów z artylerii pojazdu. Same siły alianckie wspierane były wojskami Francji, Holandii i Belgii, oraz Brytyjskim Korpusem Ekspedycyjnym. Holandia wystawiła siły złożone z 8 dywizji i rezerwy, a Belgia 18 dywizji i rezerwy. Francuzi posiadali 3 Grupy Armii, których nazwy pochodziły od nazwisk ich dowódców. Grupa Armii 1 „Billotte” strzegła granic Francji na północ od Linii Maginota. Dowódcą jej był gen. Gastone Billotte. Posiadała cztery Armie: 7 gen. Henriego Girauda (w okolicach Dunkierki), 1 gen. Blancharda, 2 gen. Huntzigera i 9 gen. Corapa, wsparte Brytyjskim Korpusem Ekspedycyjnym Lorda Gorta (właśc. Johna Verekera). Posiadała około 29 dywizji (w tym 3 lekkie dywizje zmechanizowane i 2 zmotoryzowane, oraz 4 pełne i 2 niepełne dywizje kawalerii, liczone jako połówkowe). Brytyjski korpus ekspedycyjny posiadał 9 dywizji piechoty. Grupy Armii 2 i 3 skoncentrowane były wokół „Linii Maginota”. Grupa Armii 2 „Pretelat” strzegła północnej części francuskiej sieci umocnień. Jej dowódcą był gen. André-Gaston Prételat. Posiadała trzy Armie: 3 gen. Condé, 4 gen. Requina i 5 gen. Bourreta. Posiadała 35 dywizji wspartych dodatkowo jedną Dywizją Brytyjską. Grupa Armii 3 „Besson” strzegła południa sieci umocnień. Dowódcą jej był gen. André Besson. Składała się w zasadzie z jednej 8 Armii gen. Garchery’ego, ale związana była z nią także 6 Armia gen. Touchona. Cała Grupa Armii 3 posiadała 14 dywizji. Ponadto Francja posiadała kilkadziesiąt dywizji rezerwy dla różnych odcinków frontu. Przedstawione jednostki stanowiły jedynie obronę granicy państwa. Istniały także francuskie siły wewnątrzkrajowe. Nad całością operacji czuwał gen. Maurice Gamelin, a po nim od 19 maja 1940 gen. Maxime Weygand.
Przebieg wojny.
         Kierunek niemieckich ataków całkowicie zaskoczył wojska sprzymierzonych. Holandia została zaatakowana przez niemieckie wojska spadochronowe. Spadochroniarze po opanowaniu lotnisk i głównych węzłów komunikacyjnych uniemożliwili jakąkolwiek obronę. Belgia dzięki wsparciu brytyjsko-francuskiemu broniła się troszkę dłużej od Holandii, ale i tak nie dała rady natarciom niemieckich wojsk pancernych gen. Heinza Guderiana. Następnie niemieccy pancerniacy podążając w kierunku Ardenów rozbijali kolejno każde napotkane zgrupowania wojsk francuskich. Rozwój sytuacji umożliwił Niemcom drogę przez Sedan, Kanał La Manche i rzekę Mozę. 22 maja 1940 wojska niemieckie dotarły aż do ujścia Sommy. Rozcięty został na pół aliancki pas obronny. Odcięte zostały na północy najlepsze jednostki francuskie i brytyjskie liczące ponad 50 dywizji. Francuzi widząc tragiczną sytuację na froncie zdecydowali się na zmiany personalne na stanowisku Głównodowodzącego Francuskiej Obrony. 19 maja 1940 roku w miejsce odwołanego gen. Maurice Gamelina urząd ten objął przebywający w Syrii gen. Maxime Weygand, który z kolei potrzebował kilku dni na przybycie i objęcie urzędu. Władze francuskie korespondowały z nowym premierem Winstonem Churchillem na temat planów ewakuacji wszystkich sił, oraz przygotowaniu brytyjskiej gospodarki na prowadzenie działań wojennych. Nowy rząd brytyjski za pierwszy swój cel postawił sobie ratowanie resztek oddziałów brytyjskich walczących na terenie Francji. Groziła im zagłada. Heinz Guderian zdążył wraz ze swoimi pancerniakami zająć porty w Boulogne i Calais, i z całym impetem zmierzał ku Dunkierce. Gdyby marsz na Dunkierkę zrealizowany został w tempie nadanym przez Heinza Guderiana, wojska brytyjskie zamknięte byłyby w kotle bez możliwości ewakuacji. Z „niewyjaśnionych okoliczności” Adolf Hitler wstrzymał na jakiś czas to natarcie. Tutaj nasuwa się hipoteza, czy Adolf Hitler nie był w rzeczywistości angielskim agentem? W historii II Wojny Światowej będzie jeszcze kilka takich jego „dziwnych decyzji” ułatwiających Anglosasom prowadzenie wojny, często nawet kosztem interesów Niemiec. Sama ewakuacja nastąpiła natychmiastowo, przy użyciu wszelkich możliwych środków. W przeciągu tygodnia pomiędzy 27 maja a 4 czerwca 1940 roku zdążono przerzucić spod Dunkierki w okolice angielskiego Dover prawie 330 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy. Tymczasem na południu frontu Niemcy dziesiątkowali lepiej wyposażone wojska francuskie. Rozmiary klęski Francji były ponad oczekiwania nawet dla władz III Rzeszy. Polska pomimo braku wparcia broniła się dłużej i znacznie skuteczniej niż silniejsza od Niemiec i wsparta sojusznikami Francja. Tutaj warto dodać ciekawostkę, że przed wojną Polska ubiegała się o zakup od Republiki Francji wielu egzemplarzy czołgów średnich SOMUA S-35, jednak „dobry i kochający sojusznik” nie zgodził się pomimo uczciwej zapłaty Polski za transakcję. Czyż nie byłoby z tych wspaniałych czołgów większego pożytku we wrześniu 1939, aniżeli w maju 1940, porównując rozmiary klęski obu tych państw? Czy może gdyby transakcja została zrealizowana, nie byłoby już mowy o klęsce Polski? Tego niestety nie możemy się dowiedzieć. Możemy co najwyżej snuć przypuszczenia. W walkach przeciwko Niemcom miały brać udział we Francji także polskie jednostki. Zgodnie z umową pomiędzy Władysławem Sikorskim a Mauricem Gamelinem miały walczyć jako jeden korpus, jednak rozwój wypadków spowodował, że rzucane były chaotycznie na różne odcinki frontu. Co prawda jednostki te odnosiły pewne sukcesy. 1 Dywizja Grenadierów gen. B.Ducha odniosła zwycięstwo pod Lagarde. 2 Dywizja Strzelców Pieszych gen. B.Prugara-Ketlinga walczyła na wzgórzach Clos-du-Doubs, wycofując się dopiero na wieść o planowanej francuskiej kapitulacji. W rejonie Champaubert i Montbard walczyła będąca w fazie formowania 10 Brygada Pancerno-Motorowa gen. S.Maczka, która także wycofała się widząc brak sensu dalszej walki.
Koniec wojny.
Dziesiątkowane na południu frontu jednostki francuskie kapitulowały pod naporem niemieckim. 14 czerwca 1940 roku Niemcy wkroczyli do Paryża. Ten fakt przyczynił się do rychłej kapitulacji Republiki Francuskiej. Nowy premier Francji marszałek Philippe Pétain zwrócił się z prośba o rozejm. 22 czerwca 1940 roku Francja podpisała zawieszenie broni. Prawie 2/3 terytorium Francji dostało się pod okupację. Południowa część kraju jednak pozostała w rękach Francuzów. Według umowy utworzono tam proniemiecką Francję Vichy z Philippem Pétainem na czele. Władze tego kraju w dużej mierze były zależne od Berlina, jednak w wielu dziedzinach realizowały własną i niezależną politykę. Francuscy patrioci  do dziś są podzieleni w sprawie słuszności tej decyzji. Rodzi ona spór w granicach politycznego „realizmu” i „prometeizmu”. Czy lepiej było przelewać krew Francuzów do końca, i oddać w konsekwencji wszystkie ziemie pod okupację, narażając dodatkowo własny naród na represje polityczne? Czy może lepiej było zachować część ziemi, oraz swoich rodaków, od krwawych prześladowań i ciężkiej okupacji, takiej jak trafiła się chociażby Holendrom? Francja Vichy zerwała z republikańskimi antywartościami, będącymi zgniłymi owocami rewolucji z końca XVIII wieku. Przywrócono w niej katolickie nabożeństwa, oraz odsunięto osoby nie będące francuskiej narodowości (głównie Żydów) od sprawowania ważnych urzędów państwowych. Pozbawiono masonerię ogromnych przywilejów jakimi cieszyła się w republice. Władzę we Francji Vichy mogli sprawować tylko rodowici Francuzi. W tzw. „wolnej Francji” bardzo często do władzy dochodzili ludzie nie mający z narodowością francuską nic wspólnego, co budziło liczne sprzeciwy i protesty rodowitych Francuzów. Często „własny” republikański rząd przed wojną krwawo tłumił te narodowe wystąpienia. Czy to rzeczywiście była to wolna Francja? Francja przed 1940 rokiem była krajem, który całkowicie zerwał z Tradycją Chlodwiga, z której de facto wyrósł. Państwo Vichy zatem było pierwszym krokiem do odzyskania prawdziwej Francji, która zginęła wraz z rewolucją 1789 roku. Od państwa uzależnionego od innego państwa, przy oddanym rządzeniu krajem, można szybko przejść do współpracy partnerskiej na zasadzie wzajemnego poszanowania. Niewola może być nie tylko w obrębie okupacji jednego państwa przez drugie. Zniewolone może też być państwo rządzone przez gangi i grupy nacisku, zarówno te lokalne i terrorystyczne, jak i międzynarodowe o charakterze ekskluzywnym. W takiej właśnie niewoli była Francja przez 1940 rokiem.
Kampania Francuska 1940
Kampania Francuska 1940 - Faza 1
Kampania Francuska 1940
Kampania Francuska 1940 - Faza 2
Kalendarium działań wojennych w Europie Zachodniej.
  • 10 maja 1940. Atak Niemiec na Belgię, Holandię i Francję.
  • 10-11 maja 1940. Bitwa o Fort Eben-Emael. Spektakularna akcja niemieckich spadochroniarzy.
  • 12 maja 1940. Zdobycie miasta Sedan.
  • 13 maja 1940. Przekroczenie Linii Mozy. Zajęcie Liège.
  • 14 maja 1940. Bombardowanie Rotterdamu. Kapitulacja Holandii.
  • 16 maja 1940. Siły brytyjsko-francuskie wycofują się z terytorium Belgii na tereny za Linią Skaldy. Korpus Hermanna Hotha zajmuje Cambrai. Heinz Guderian podąża w kierunku Saint-Quentin.
  • 17 maja 1940. Niemcy zdobywają Brukselę. Francuzi wycofują się poza zajęte pozycje. Silne Ataki Luftwaffe uniemożliwiają Francuzom działania.
  • 18 maja 1940. Tworzenie nowego gabinetu we Francji. Philippe Pétain zostaje premierem. Niemcy zajmują Saint-Quentin, Cambrai i Antwerpię.
  • 19 maja 1940. Przegrupowanie niemieckich jednostek pancernych. 7 Dywizja Erwina Rommla naciera w kierunku Arras. Kontratakuje 4 Dywizja Charlesa de Gaulle’a, jednak mimo sukcesów jest zmuszona do odwrotu. Wieczorem Niemcy zajmują Abbeville. Niemcy utrzymują linię od Ardenów po Kanał La Manche.
  • 22 maja 1940. Niemcy znad odcinka La Manche atakują w kierunku północnym ku Boulogne i Calais. Belgowie wycofują się do linii rzeki Lys.
  • 23 maja 1940. Rozkaz zatrzymania Grupy Armii „A”. Brytyjczycy opuszczają Arras.
  • 24 maja 1940. Niemcy nadal nacierają na Boulogne i atakują Calais wzdłuż rzeki Lys i okolic Tournai. Kontrofensywa aliancka zależna jest od tego, czy Belgowie przełamią linię frontu. Adolf Hitler rozkazuje wstrzymać natarcie. Hermann Göring żąda zwiększenia udziału lotnictwa Rzeszy.
  • 25 maja 1940. Grupa Armii „B” wypiera Belgów z Menin (Menen), likwidując ostatnie punktu oporu w Boulogne.
  • 26 maja 1940. Ewakuacja Dunkierki, i odwrót do tego miasta wszystkich możliwych wojsk alianckich.
  • 27 maja 1940. Niemcy wznawiają natarcie.
  • 28 maja 1940. Kapitulacja Belgii o godzinie 1100.
  • 29 maja 1940. Niemcy nacierają na Dunkierkę. Bombardują miasto mimo oporu RAF-u.
  • 30 maja 1940. Niemcy chwilowo wycofują się znad Dunkierki z powodu zamieszania jakie wynikło z sytuacji pośród dowództwa niemieckiego.
  • 3 czerwca 1940. Ponowienie ataków na Dunkierkę. Trwa ewakuacja miasta.
  • 4 czerwca 1940. Niemcy wkraczają do Dunkierki.
  • 5 maja 1940. Niemcy atakują Linię Weyganda rozłożona nad rzeką Sommą i Aisne.
  • 6 czerwca 1940. 7 Dywizja Erwina Rommla odnosi sukces, zaś Grupa Heinza Guderiana zdobywa przyczółki Aisne.
  • 10 czerwca 1940. Włochy wypowiadają wojnę Anglii i Francji i rozpoczynają natarcie na południowych odcinkach frontu.
  • 13 czerwca 1940. Siły francuskie na zachód od Paryża wycofują się do Loary. Brytyjczycy próbują ruszyć z Korpusem Ekspedycyjnym.
  • 14 czerwca 1940. Zajęcie Paryża. Grupa Armii „C” próbuje przełamać Linię Maginota.
  • 15 czerwca 1940. Niemcy zajmują Strasburg i Verdun.
  • 16 czerwca 1940. Przełamanie Linii Maginota.
  • 17 czerwca 1940. 1 Dywizja Grenadierów gen. Bronisława Ducha walczy z 12 Korpusem pod Lagarde. Zmuszona zostaje do odwrotu. Czołgi Heinza Guderiana docierają do Pontarlier. Niektóre z grup dotarły do górnego brzegu Loary zbliżając się do Bretanii i Normandii.
  • 18 czerwca 1940. Niemcy zajmują Cherbourg.
  • 19 czerwca 9140. Zajęcie Nantes i Saumur.
  • 20 czerwca 1940. Zajęcie Lyon i Vichy.
  • 23 czerwca 1940. Pierre Laval zostaje wicepremierem. Maxime Weygand degraduje Charlesa de Gaulle’a.
  • 30 czerwca 1940. Zajęcie wysp normandzkich na La Manche.
  • 24 czerwca 1940. Zawieszenie broni. Rozejm w Compiègne. Podpisany w tym samym wagonie co rozejm kończący I Wojnę Światową akceptujący klęskę Niemiec w I Wojnie Światowej. Miało to być symboliczne wzięcie odwetu przez Niemcy za upokorzenie porażką w poprzednim konflikcie.

Na podstawie Kronik II Wojny Światowej, książek i opracowań całość przygotował: Piotr Marek

środa, 14 grudnia 2011

Odlot „Prokuratora generalnego” i MCK

         Słowo „odlot”, odnoszące się do ostatnich pomysłów „Prokuratora generalnego” oraz Rady Delegatów 31 Międzynarodowej Konferencji Czerwonego Krzyża, jest nad wyraz delikatne. To coś więcej niż zwykły „odlot”, gdyż nawet w moim bogatym zasobie językowym nie potrafię znaleźć określenia na to, co widziały moje oczy. Nawet nie potrafię sobie uzmysłowić, że ludzie zdrowi psychicznie mogą wpaść na taki pomysł, i publicznie ogłosić go jako propozycję do regulacji prawnej. Zawsze wydawało mi się, że albo głupi albo odurzeni mogą publicznie zaproponować coś takiego. A tu niespodzianka! Osoby stojące na czele „polskiego prawa” i „międzynarodowego prawa humanitarnego” wydają postulaty, które do tej pory wydawały mi się wymysłami szaleńców…

Artykuły tematyczne znajdują się na stronie „Gajowego Maruchy”. Podam dla chcących zgłębić temat linki:

„600 milionów amatorów gier komputerowych może się stać zbrodniarzami wojennymi”:

„Los karpi w rękach prokuratorów”:

         Według delegatów MCK gracze, którzy grają w gry symulujące wojny i zabijanie mogą naruszać „Międzynarodowe Prawo Humanitaryzmu”. Zdaniem pewnego profesorka, gry mogą być wykorzystywane przy rzeczywistych konfliktach zbrojnych. Domagają się regulacji prawnej, umożliwiającej rządzącym państwami na kontrolowanie treści zawartych w grach komputerowych. Delegaci sugerują nie tyle zakładanie spraw kryminalnych za wirtualne morderstwa, ale zasugerowanie graczom, że wykonywane przez nich symulacje winny uwzględniać międzynarodowe konwencje humanitarne. Innymi słowy, delegaci (na razie) nie chcą karać ludzi za przestępstwa których w rzeczywistości nie popełnili, ale wymagać żeby w grach kierowali się ich wytycznymi prawnymi. Ciekawe co będzie następnym posunięciem rady MCK? Czy będą to restrykcje wobec dzieci za to, że bawiły się w wojnę, czy chociażby w zwykłych „policjantów i złodziei”, z pominięciem ich konwencji! Tego nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo nie rozumuję jak szaleniec, jeno człowiek zrównoważony psychicznie. Zatroskana o treści gier komputerowych rada delegatów nie zajmie się jednak osądzeniem prawdziwych podżegaczy i przestępców wojennych piastujących wysokie urzędy w USA, UE oraz Izraelu. Rzeczywiści zbrodniarze wojenni po dziś dzień wypowiadają się jako „autorytety” w amerykańskich i europejskich stacjach telewizyjnych, i jakoś nikt z MCK nie podnosi na to krzyku.
         Świat wirtualny jak sama nazwa wskazuje nie istnieje. Wszystko co się tam dzieje, znika wraz z wyłączeniem odbiornika go transmitującego. Świat wirtualny jest nie tylko w fikcyjnej grze komputerowej, ale także i w fabularnej książce czy filmie. Dlaczego więc jedynie gracze mają przestrzegać konwencji? Gdybyśmy stopniowo wcielali wszędzie pomysły proponowane przez tych członków MCK, z czasem doczekalibyśmy się żądań aresztowania autorów książek i twórców filmowych za tworzenie sztuki zawierającej treści godzące w międzynarodowe konwencje. Będąc konsekwentny należałoby aresztować aktorów grających postaci zabijające innych, oraz obowiązkowo okrzyknąć pisarzy bądź reżyserów „zbrodniarzami przeciwko ludzkości”. Paranoja i wyraz choroby psychicznej mości państwo! Zajmijcie się ściganiem prawdziwego ludobójstwa, a nie oczernianiem osób które nikogo nie zabiły. Jeśli jednak macie zamiar się wydurniać za łożone na was pieniądze, to proponuję zrezygnować z działalności i przekazać stanowisko ludziom kompetentnym. Normalni ludzie wiedzą, że świat gry komputerowej tak naprawdę nie istnieje. Jest czystą fikcją która nie ma odniesienia w rzeczywistości. Jeśli  ktoś jednak uważa inaczej, to proponuję mu udać się na leczenia psychiatryczne...
         Znani w historii ludobójcy z okresów starodawnych czy przywódcy rewolucji swoje zbrodnicze zapędy realizowali w czasach w których nawet nikt nie znał pojęcia komputera. Zbrodniarze hitlerowscy i radzieccy pod terminem komputer rozumieli wielką „stalową szafę” pochłaniającą tony papieru. Jednak o czymś takim jak „gra komputerowa” nawet nie potrafili sobie pomyśleć. Mimo to zabili miliony prawdziwych ludzi, w przeciwieństwie do fanów gier FPS, którzy w dużej większości nie mają nikogo na sumieniu. Zapewne nigdy nikogo nawet nie zabiją nawet przypadkowo, o ile nie zostaną wcieleni do wojska,  i wysłani na misję wprowadzania demokracji  tam gdzie jej jeszcze nie ma, i nie powinno być. Swoją drogą za pomysłem wdrażania „konwencji humanitarnych” do gier stoi zapewne nowo powstała „sekcja celebrytek” w Czerwonym Krzyżu. Jej trzon stanowi grupa dziewczynek urodzonych w latach 80-tych XX wieku, która dawno zapomniała o problemach normalnych ludzi, i próbuje realizować swoje „wyobrażenie o humanitarnym świecie” poprzez działalność MCK, i tego typu pomysły. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że większość z nich głosuje regularnie na partię popierającą mordowanie nienarodzonych dzieci. Prawdziwi mordercy są dla nich „zworami do naśladowania”, a „zbrodniarzami” ludzie grający w gry! Częstym powodem sięgania po brutalne, często wojenne gry komputerowe jest chęć upuszczenia swoim emocjom. Wiem to ze swojego przykładu. Kiedy nerwy sięgają zenitu, zamiast uciekać się do prawdziwej przemocy, swoje emocje wyładowujemy poprzez wirtualną przemoc bądź pospolite bicie poduszek. Jednak humanitaryści chcą pozbawić ludzi możliwości bezgranicznego wyładowania emocji bez krzywdzenia nikogo kto żyje. A człowiek nie maszyna, i emocje swoje ma. Bez możliwości wirtualnego wyładowania swoich nerwów,  ludzie zaczną uciekać się do prawdziwej przemocy. Jednak dalej głupcy będą się zachodzić w głowę co jest tego przyczyną, kiedy nie będzie można obwinić ich znienawidzonych gier komputerowych. A to nic innego, jak niedoskonała ludzka natura… Czy zatem humanitaryści żyją w realnym świecie? Czy bądź co bądź szlachetna idea została przejęta przez zwyczajnych dziwaków (i to z profesorskimi niekiedy tytułami), kierujących się urojonymi przemyśleniami zrodzonymi w ich nawiedzonych głowach?
         Teraz słów kilka o najnowszym gorącym pomyśle Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta. Według niego świąteczne przyrządzanie karpia w tradycyjnym wydaniu jest niedopuszczalne. Rozwiązaniem problemu „niehumanitarnego traktowania karpi” ma być w jego zamyśle wytyczna, która głosi, że „uśmiercania zwierząt mogą dokonywać osoby, które ukończyły 18 rok życia, posiadają wykształcenie co najmniej zasadnicze zawodowe oraz odbyły wymagane prawem szkolenie”. Czyli w świetle tej regulacji grupa rozbitków, która składa się jedynie z osób niepełnoletnich, mająca w posiadaniu ryby ma umierać z głodu, gdyż zgodnie z prawem nie może dokonać zabicia i przyrządzenia zwierząt! Ciężko jest mi naprawdę skomentować tę głupotę. Normalni prokuratorzy patrzą na ten pomysł z niedowierzaniem. Czekam z niecierpliwością na prawną wytyczną Prokuratora Generalnego o wymogu posiadania co najmniej średniego wykształcenia i pełnoletniości  do krojenia szynki oraz zbierania jajek od kur z kurnika! Proponuję także specjalne szkolenia w tym zakresie, kończące się egzaminem i uzyskaniem dyplomu… Głupota, głupota i jeszcze raz głupota. Postulat ten nie uzyskał sympatii pośród wielu prokuratorów. Poklask natomiast posiadł od „zielonych” słynących z ekoszantaży i pozywania państwa za próbę zlokalizowania pierwszej polskiej elektrowni atomowej przez co tracimy rocznie kilkanaście milionów złotych i mamy zastój w rozwoju polskiej elektroenergetyki.
         Ciężko jest szczerze racjonalnie skomentować te irracjonalne pomysły. Nie wiem jak człowiek przy zdrowych zmysłach może w ogóle wpadać na coś takiego? Ja nie wiem czy świat już całkiem oszalał, i jak dalej będzie brnął w tę głupotę.  Wysuwane są pomysły zrównujące świat realny z wirtualnym, oraz wymagające odpowiednich koncesji i wykształcenia do przyrządzania potraw z upolowanej zwierzyny. Co dalej? Kiedy wreszcie zapanuje „normalność”? Nie mówię o „sprawiedliwości”, ale zwyczajnej „normalności”…

Z narodowym pozdrowieniem,
PM