Piotr Marek Blog

Archiwalny blog Piotra Marka zawierający wpisy sprzed kilku po powrocie do działalności.

Wyszukiwarka

wtorek, 11 listopada 2014

Piotr Marek - Kandydat do Sejmiku Województwa Lubelskiego



Kandyduję do lubelskiego Sejmiku Wojewódzkiego. Mam zaszczyt startować jako lubelski lider KW LPR, stąd chcę z grubsza przedstawić co bym chciał zrobić w ramach jego kompetencji.


1. Stanowienie aktów prawa miejscowego, w szczególności statutu województwa, zasad gospodarowania mieniem wojewódzkim, zasad i trybu korzystania z wojewódzkich obiektów i urządzeń użyteczności publicznej

Mienie użyteczności publicznej należy do nas wszystkich, dlatego w interesie każdego mieszkańca Lubelszczyzny powinno leżeć zadbanie o to, aby było ono jak najwyższej jakości. W zasadzie jest to temat rzeka, i długo by o nim opowiadać. Po prostu należy o mienie wspólne dbać, ustalać proste i jasne zasady jak z niego korzystać, i przestrzegać procedur, a nikomu i niczemu nic się nie stanie.

2. Uchwalanie strategii rozwoju województwa oraz wieloletnich programów wojewódzkich

Uważam za priorytet rozwój gospodarczy naszego województwa, poprzez wspieranie rozwoju lokalnych inicjatyw zajmujących się technologią oraz inżynierią. Problemem Lubelszczyzny jest bezrobocie i zacofanie technologiczne, więc należy podjąć wszelkie kroki które te dwa problemy rozwiążą w sposób trwały i efektywny. Dodatkowo zamierzam walczyć o większy rozwój energetyki cieplnej oraz górnictwa węglowego. Choć Lubelszczyzna nie Śląsk, ale zakłady produkujące technologię wykorzystywaną w górnictwie na pewno przyczynią się do rozwoju i spadku bezrobocia w regionie. Tutaj istotnym moim postulatem jest silniejsza współpraca Lubelszczyzny ze Śląskiem w ramach „podobieństwa górniczego” obydwu województw. Ponadto jako sentymentalista miłujący wartości narodowe uważam, że szczególnie ważne powinno być dla nas wspieranie krajowego przemysłu oraz rodzimych inwestorów. Współpraca z zagranicą również wchodzi w grę, ale tylko z najlepszymi, i mam na myśli tutaj Niemców i Japończyków. Ci piersi przodują w przemyśle mechanicznym i technologiach produkcyjnych, ci drudzy w elektronice i informatyce. Jedni i drudzy produkują najlepsze samochody, więc tylko głupiec porzuciłby z nimi współpracę.

3. Uchwalanie planu zagospodarowania przestrzennego

Jako tradycjonalista zamierzam walczyć z profanacją miejsc historycznych. Starówki i okolice zamków nadal muszą zachować swoje tradycyjne walory, zaś galerie, centra handlowe i inne bałwochwalcze pomniki demoliberalizmu mają być lokalizowane z dala od tych pomników historii. Na profanację miejsc istotnych dla Polaków nie będzie miejsca, chyba, że chcemy stać się republiką bananową.. Jak patrzę na zamek nie chcę aby moje oczy były katowane widokiem ohydnej galerii, hipermarketu czy innego tego typu monstrum. Podkreślam tutaj, że niczego nie zamierzam burzyć, ale będę zabiegać o to, aby nie zrobić z dzielnic historycznych demoliberalnego jarmarku.

4. Podejmowanie uchwały w sprawie trybu prac nad projektem uchwały budżetowej
5. Podejmowanie uchwały w sprawie szczegółowości układu wykonawczego budżetu województwa
6. Uchwalanie budżetu województwa
7. Określanie zasad udzielania dotacji przedmiotowych i podmiotowych z budżetu województwa
8. Rozpatrywanie sprawozdań z wykonania budżetu województwa, sprawozdań finansowych województwa oraz sprawozdań z wykonywania wieloletnich programów województwa

W zasadzie wszystkie punkty od 4 do 8 sprowadzają się do tego samego. Jest pięć głównych punktów dotyczących zagospodarowania budżetu województwa. Są to: edukacja, inwestycje, sport, środowisko i zdrowie. Moja koncepcja dla nich to: 10% na edukację, 45% na inwestycje, pozostałe punkty po 15%. Dlaczego najmniej na edukację? Gdyż finansowanie fabryk bezrobocia nastawionych pod etaty dla belfrów zatrudnionych po znajomości to wyrzucanie publicznych pieniędzy w błoto! Dublowanie wielu kierunków humanistycznych, menadżerskich czy jakiś pseudo-technicznych hybryd zarządzania i inżynierii nie będzie miało u mnie poparcia. Konkretne nauki stricte techniczne oraz medyczne będą finansowane za to na poziomie wyższym, naturalnie po pozyskaniu na nie funduszy wynikających dzięki odcięciu od finansowania różnych głupot. Jestem człowiekiem aktywnym, i uważam, że przyszłość województwa leży w zdrowiu i sprawności jego mieszkańców, stąd postuluję, żeby dać nieco większy nakład na sport, zdrowie i środowisko. Jednak główną bolączką Lubelszczyzny jest bezrobocie wynikające z zacofania technologicznego tego województwa. Młodzi Polacy z tego powodu uciekają stąd bez zamiaru powrotu. Dlatego aby ich zatrzymać musimy inwestować, inwestować i przede wszystkim inwestować. Bez inwestycji i przychodów jakie one przynosi nie będzie można o czymkolwiek rozmawiać.

9. Podejmowanie uchwały w sprawie udzielenia lub nieudzielenia absolutorium zarządowi województwa z tytułu wykonania budżetu województwa

Powiem tak, jak się okaże, że inwestycje mają daleko w poważaniu, i będą trwonić nasze pieniądze na nieproduktywną edukację to im absolutorium udzielać nie zamierzam. Nawet jak im sejmik je przydzieli, z racji większości, to i tak nie dzięki mojemu mandatowi.

10. Uchwalanie przepisów dotyczących podatków i opłat lokalnych

Jestem zwolennikiem niskich podatków, minimalizacji biurokracji oraz walki z obciążeniami inicjatywy gospodarczej w województwie. Nie wiem na ile będzie mi dane podziałać, ale postaram się zrobić w tej sprawie jak najwięcej w ramach moich kompetencji. Jak wspomniane kompetencje radnego okażą się wystarczające, będę z inicjatywami chodzić do biur poselskich.

11. Podejmowanie uchwał w sprawie powierzenia zadań samorządu województwa innym jednostkom samorządu terytorialnego

Wiadomo, Sejmik obradujący w Lublinie nie będzie znał od podszewki problemów mieszkańców Hrebennego, i będzie potrzeba przekazać pałeczkę lokalnym działaczom, gdyż oni będą mogli rozwiązać problem szybciej, efektywniej i trafniej niż my w stolicy województwa.

12. Uchwalanie Priorytetów współpracy zagranicznej województwa
Zapewne Sejmik zdominuje PiS, PO, Lewica Razem, PSL, więc będzie mi bardzo, bardzo ciężko cokolwiek zwojować. Zapewne będzie wielkie wymachiwanie ukraińskimi flagami, umizgi do syjonistów, banderowców, rewolucjonistów, buntowników i wbijanie szpilek w serce Rosji. Ja natomiast uważam tą strategię za zgubną dla kraju i województwa, więc postuluję współpracę z sąsiadami, zarówno Rosjanami, jak i Niemcami. Z każdym z tych krajów historycznie udało nam się nawiązać układy, i to bijące na łeb sojusze z Francją czy przeklętym USA.

Punkty 13-20 wyjdą w praniu, tj. wynikają z pracy już jako takiej, także omawianie ich nawet z grubsza nie ma sensu. Postanawiam dodać coś od siebie.

Jako radny będę: nieprzekupny, tradycjonalistyczny, propaństwowy, militarystyczny, zdyscyplinowany, pilny, sumienny, uczciwy, silny, niezależny i kompetentny. Jak ktoś mi nie wierzy, niech spyta moich wieloletnich znajomych.

Piotr Marek,
kandydat do Sejmiku Wojewódzkiego.
Numer 1 KW Liga Polskich Rodzin w Lublinie.
Głos oddany na kogoś innego jest głosem straconym!!!

czwartek, 14 lutego 2013

Kraków jako Stolica Polski

        Historycznie uważam Kraków, a nie Warszawę, za prawowitą SPiotr Marek_Kościół Mariackitolicę Polski. Kraków był piastowskim miastem królewskim, zbudowanym do roli miasta stołecznego. Warszawa została stolicą z potrzeby chwili, na polecenie szwedzkiej dynastii Wazów. Powód był błahy – z Warszawy było bliżej do Szwecji. Jako Polski Tradycjonalista proklamuję przywrócenie Krakowa jako stolicy. Z narodowego punktu widzenia również moje stanowisko jest słuszne. Kraków był stolicą „pierwszej polskiej dynastii”. Warszawa została stolicą z powodu kaprysu „obcej dynastii”.
         W Warszawie byłem wiele razy. W Krakowie na razie jeden raz. Warszawa niczym nie przewyższa Lublina. Jest to taki „większy Lublin, z mniejszym bezrobociem”. Jest więc to takie samo miasto, ma starówką, ale „czuć w nim ducha rewolucji”. W Krakowie natomiast mamy dobrze zachowaną starówkę, zaś przechodząc się jej uliczkami można poczuć „ducha tradycji”. Idąc nią można się poczuć jak w czasach rycerstwa z tą różnicą, że do klimatu tamtych czasów „dorzucono” samochody, komórki i elektryczność. Jednym słowem to miasto wymarzone dla tradycjonalisty. Nie byłem nigdy w Poznaniu, ale też zamierzam się tam wybrać. Poznań zawiera tradycyjne „pruskie budownictwo”. Jest to architektura biała,okalana ciemnym drewnem, przypominająca zachodnioeuropejskie budownictwo czasów Średniowiecza. To moja ulubiona architektura, a mamy jej tam sporo. Z pewnością poczułbym w tym mieście ducha „konserwatyzmu walczącego”. Takiego, co dzierży bagnet i nosi pikielhaubę. Takiego, co spuszcza łomot masom w błękitnych kurtkach i czapkach fryzyjskich…
         Zwiedziłem kilka polskich miast. Zwiedzę kilka niemieckich, rosyjskich i austriackich w niedalekiej przyszłości. Kraków to miasto, w którym jest dużo miejsca, gdzie można poczuć „ducha tradycji”. Stąd należy mu się miano Stolicy Polski. W Warszawie tego nie ma, jest zbyt „nowoczesne” jak dla mnie.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

czwartek, 31 stycznia 2013

Niemiecka muzyka wojskowa

         Ludzie preferują różne typy muzyki. Ja najbardziej lubię dwa gatunki: klasyczną (Wolfgang A. Mozart, Joseph Haydn, Ludwig van Beethoven, Richard Wagner) oraz wojskową (Panzerlied, British Grenadiers). Ta druga jest rozumiana jako typowo żołnierska (układana na froncie przez walczących), jak i komponowana specjalnie (przez mistrzów artystycznego rzemiosła). Za najlepszą w swojej klasie uznaję niemiecką muzykę wojskową. Cechuje ją dynamika, prostota tekstu, pogoda ducha, nastawianie na zwycięstwo. Wiele z nich jest jednak bardzo trudnych do śpiewania dla laików i początkujących. Wynika to z obecności licznych przejść oraz niespodziewanych skoków rytmu.
         Z wykształcenia, ani de facto z zamiłowania, nie jestem muzykiem, więc nie wdaję się w szczegóły. Postaram się krótko scharakteryzować dlaczego właśnie niemiecka muzyka wojskowa najbardziej przypada mi do gustu. Odpowiem też dlaczego polska muzyka wojskowa nie jest moją ulubioną.
         Zacznę od drugiego. Muzyka wojskowa dla mnie ma być historią wojskową. Opowiadać o czynach żołnierza, gloryfikować jego sukcesy, dawać poczucie dumy ze służby w armii własnego kraju. W polskiej muzyce niestety tego nie ma. Zazwyczaj bohater najpierw „dostaje kosza od swojej laski”, następnie w uniesieniu miłosnego zawodu zaciąga się do służby, po czym ginie. Pieśń taka jest pesymistyczna, nie podnosi morale, a perspektywa śmierci dobra jest jedynie dla szalonego romantyka. Brak w takiej pieśni odwołania do dobra państwa, radości ze służby we własnej formacji, lojalności wobec legalnej władzy, nadziei na zwycięstwo. Jasieńko „dostający kosza” i „padający pod jarem” niestety nie jest dobry dla żołnierzy, których zadaniem jest pokonać nieprzyjaciela. Jest dobry dla sfrustrowanego romantyka, a nie dla realisty. Pieśń wojskowa ma być wojskowa, więc ma nie być tragicznym romansem. Chcę zwyciężać dla dobra kraju, a nie ginąć w porywie miłosnego zawodu!
         Wojskowa muzyka niemiecka nie zawiera wątków nieszczęśliwej miłości. Bohater jej ostatecznie nie ginie, lecz raduje się ze zwycięstwa. Niemiecką muzykę wojskową cechuje dynamika. Utwór jest żywy, szybki, nastawiony na uniesienie słuchacza. Opowiada nie tyle o jakiejś konkretnej historii pojedynczego żołnierza, ale o pozytywnych emocjach jakie towarzyszą wszystkim w chwili służby oraz walki. Muzyka taka podnosi morale, oraz zachęca do zwyciężania. To jest właściwy cel żołnierza! Nie ginąć, ale zwyciężać! Szczególnie pozytywne emocje odczuwam po moim ulubionym marszu Panzerlied. To pieśni czołgistów „Panzerwaffe”. Utwór ten słucham zarówno wtedy, gdy odczuwam potrzebę podniesienia na duchu, jak i wtedy, gdy chcę uczcić swoje sukcesy melodią zwycięzców najlepszych w swojej klasie (niemieccy pancerniacy to taki sam gwarant jakości jak polscy kawalerzyści czy brytyjscy marynarze swego czasu). Tematyka niemieckiego marszu dotyczy pozytywnych uczuć wynikających z wojaczki. Zawiera również element lojalności wobec własnego państwa, miłości do osoby władcy lub przywódcy, gloryfikuje tradycyjne wartości każdego europejskiego państwa. Jej bohaterowie idą w bój jako zwycięzcy. Idą w bój jako najlepsi żołnierze. Idą w bój jako ci, dla których walka jest kluczem do zwycięstwa. Idą w bój by radować się z sukcesu własnego kraju. Celem ich jest pomyślne życie we własnej ojczyźnie. Taka powinna być pieśń wojskowa. Nie dziwi mnie, że Niemcy są od Polski silniejsi. Nie czyni Niemców silniejszymi większa populacja, większe terytorium, bardziej rozwinięta gospodarka. Czyni ich takimi rozsądne podejście do polityki, realizm, prawidłowe podejście do wojny, rozsądniejsze podejście do życia. Gdy osiągniemy taki sam stan ducha jak Niemcy, będziemy tak samo silni, jak oni. A Niemcy cenią siłę. Gdy zobaczą, że Polska tak samo silna jak oni, inaczej będą z nami rozmawiać!
         Przeciwnicy Panzerlied mogą zarzucać, iż śpiewali ją czołgiści puszczający ludność Warszawy przed „Tygrysy”. Po pierwsze „Tygrysy” (Panzerkampfwagen VI „Tiger”) to były czołgi ciężkie, których Niemcy nie puszczali byle gdzie (bo nie mieli ich zbyt wiele). Po drugie taktyka niemiecka miała na celu ograniczenie ilości ofiar własnych, kosztem ludności cywilnej nieprzyjaciela. Fakt, że ci czołgiści walczyli przeciwko nam, wynika głównie z prozachodniej polityki władz sanacyjnych, dla których opinia Londynu i Paryża była ważniejsza dobro Polski i kontynentu. Jeszcze  bodajże do 1939 roku Adolf Hitler nie wykluczał wspólnego wariantu ataku ZSRR z Polską i Japonią w sojuszu. Dlaczego nie skorzystano z tej szansy? To już inna historia. Faktem jest, że z jednej strony niemiecka taktyka może wydawać się straszna. Oto bezbronni ludzie puszczani przed gąsienice 57-tonowych potworów. Jednakże z drugiej strony ci sami ludzie nie widzą nic złego w bombardowaniu z wysokości 2 kilometrów jeszcze bardziej bezbronnych żołnierzy w koszarach! Czyż cywil z kamieniem nie ma większych szans w starciu z czołgiem (zatkanie wylotu lufy), niż żołnierz z karabinem wobec bombowca na wysokim pułapie? Oczywiście, że większe szanse ma ten pierwszy! Taktyka niemiecka, stosowana de facto przez wiele innych armii, miała na celu zwiększenie bezpieczeństwa własnych jednostek kosztem obcej ludności. Stosowano ją nie tylko w Polsce, ale też i we Francji, oraz ZSRR. Sowieci również ją praktykowali. To taktyka kogoś, dla kogo życie żołnierza jest cenniejsze od przypadkowego cywila, to taktyka kogoś, dla kogo życie własnego rodaka jest cenniejsze od życia obcego. Życie, za życie. Nic szokującego dla dowódcy. Nie chciałbym służyć w formacji, dla której życie cywilnej dziwki czy pijaka jest cenniejsze od mojego, żołnierskiego. Jeżeli taki jest teraz standard NATO, to ja się z niego wypisuję! Wstąpię do Specnaz, jak kiedyś, uczynił Leon Degrelle,walcząc w Waffen-SS.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 28 października 2012

Ja, „rosyjski agent”

        Do tej pory uważałem romantyzm za domenę jedynie politycznych zadymiarzy mieszających katolicyzm z jakobinizmem. Jednak po 25 października 2012 roku wyzbyłem się wszelkich złudzeń. Dotarł do mnie szokujący fakt, że ta zgubna dla Polski ideologia,  popularna jest pośród młodzieży wykształconej „nie humanistycznie”. To oznacza, że mam dużo pracy w dziedzinie uświadomienia historycznego nieszczęśników w moim wieku. Droga, którą niechlubnie kroczą, skazuje nasze państwo na fatalne zabetonowanie rodzimej sceny politycznej pomiędzy dwie przyjazne demoliberalizmowi, syjonizmowi i rewolucjonizmowi partie: PO i PiS.
         Romantyzm w swej naturze jest zaprzeczeniem Realizmu. Polska odmiana romantyzmu, związana z tradycją powstańczą, ma korzenie jakobińskie. XIX-wieczne powstania na ziemiach polskich, przygotowywane były w zgodzie z wytycznymi francuskich i amerykańskich republikanów. Była to ideologia o laickim, oświeceniowym rodowodzie, na polski grunt zaszczepiona dzięki sprytnej syntezie tejże z katolicyzmem. Powstania rujnowały zabiegi dyplomatyczne Realistów, którzy latami pracowali na coraz korzystniejsze dla Polaków warunki pod zaborami. Praca ich polegała na stopniowym, oraz skutecznym, budowaniu polskiej państwowości u boku Carskiej Rosji (najczęściej) lub Królestwa Pruskiego (rzadziej). Realiści kierowali się poszanowaniem Tradycji kształtującej Narodowe Dziedzictwo Polski. Romantycy to dziedzictwo odrzucili na rzecz utopijnych ideałów rewolucji „amerykańskiej” i „(anty)francuskiej”. W ich chorym zamyśle setki lat polskiej tradycji były „średniowiecznym ciemnogrodem”. Odrzucili je zatem jakby nigdy nic. A te wartości kształtowały naszą tożsamość w ramach Cywilizacji Europejskiej. Były więc bardzo ważne. Odrzucenie ich było de facto wyrzeczeniem się kluczowych elementów składowych Polskości. W obliczu tego, współcześni ich spadkobiercy, określający się bezprawnie mianem „prawdziwych patriotów”, są w rzeczywistości „prawdziwymi grabarzami” Polskiego Dziedzictwa.   
         Ja określam siebie jako Realistę. Z tego względu szanuję średniowieczny i piastowski rodowód Polski. To oznacza, że dziedzictwo naszego państwa scharakteryzowane jest wartościami związanymi z tym okresem. Jedną z takich wartości jest chociażby Autorytaryzm. Opiera się on na wzajemnej korelacji autorytetu władcy i szacunku do niego ze strony podwładnych. Respektowana jest poprzez szacunek wobec legalnej władzy. Drugą ważną wartością jest choćby solidarność wobec własnych rodaków. Naród jest w tej tradycji  pojmowany jako wspólnota ducha, krwi, cywilizacji i pochodzenia. Pojęcie narodu nie jest tożsame z pojęciem społeczeństwa (ogółu mieszkańców państwa) oraz obywateli (ogółu uprawnionych mieszkańców państwa). Polacy to potomkowie ludzi od pokoleń pracujących i walczących dla dobra państwa polskiego. Nie są to więc „pierwsze lepsze” przybłędy, kupujące swoją „narodowość” za głupotę lub dolary. Kolejną wartością jest własność, która była respektowana zarówno w systemie feudalnym, jak i późniejszym narodowym oraz katolickim korporacjonizmie. Liberalizm i socjalizm wypaczyły pojęcie własności. Jeden odrzucił fakt, iż coś może być wspólne (jak droga czy most kolejowy), drugi zaś odrzucił własność prywatną (jak dom czy ziemia). Kolejnymi wartościami są: język, ziemia, dziedzictwo przodków czy tradycyjna religia. Wszystkiego tego jestem świadomy dzięki latom studiów nad polityczną, wojskową i kulturalną historią Europy.
         Kim dokładnie jest Realista? To człowiek. Który między innymi: twardo chodzi po ziemi, wyzbył się zgubnych ideałów i w zgodzie z faktycznymi możliwościami mierzy potencjał swojej grupy na politycznej szachownicy. W polityce zagranicznej stara się ugrać jak najwięcej w obecnie panującej sytuacji. Realista broni jak najwięcej części składowych dziedzictwa jego wspólnoty. Dobiera takich sojuszników, którzy będą jak najkorzystniejsi dla wzmacniania własnych wielowiekowych tradycji. W średniowieczu, kiedy wszystkie państwa respektowały takie same wartości, praca realisty była bardzo prosta. Polegała jedynie na doborze sojusznika najlepiej sprzyjającego potędze własnego państwa. Trzy wydarzenia świata zachwiały te tendencje po dziś dzień. Były to kolejno: Rewolucja w Anglii (1640-1660), Rewolucja Amerykańska (1775-1783), Rewolucja we Francji (1789-1793). W przypadku Rewolucji Angielskiej mieliśmy do czynienia z pierwszymi, nieśmiałymi próbami całkowitego odrzucenia wielowiekowych tradycji. Pozostałe dwa wydarzenia były bardziej radykalne. Po nich nastąpiła zmiana w podejściu do sojuszu z innymi państwami. W grę zaczął wchodzić także światopogląd jakim dane państwo się kieruje. USA, Republika Francji czy Republika Włoch reprezentowały wojujący rewolucjonizm. Carska Rosja czy Królestwo Pruskie były z kolei bastionami reakcji (a więc tradycji). Republiki kierowane były przez politycznych zadymiarzy: jakobinów, karbonariuszy, i innych rewolucyjnych wywrotowców. Państwa „Świętego Przymierza” zaś, kierowane były przez królów i cesarzy ucieleśniającymi autorytet władzy. Realista Polski był świadomy, że budowa państwa respektującego nasze wartości cywilizacyjne, możliwa jest jedynie w sojuszu z pogromcami agresywnego rewolucjonizmu. Dlatego też Roman Dmowski, Władysław Studnicki czy Józef Haller prowadzili politykę niepodległościową Polski w oparciu o sąsiadujące ze sobą konserwatywne Cesarstwa. W wieku XX groźba komunistycznych rewolucji, bądź fali agresywnego republikanizmu zachodniego, zmuszała realistów do współpracy z dyktaturami faszystowskimi. Reżimy te, choć tylko w pewnym skrawku całokształtu światopoglądu, zachowywały jeszcze szczątki dziedzictwa cywilizacyjnego. Przykładem tego może być choćby ogromny respekt dla legalności władzy pośród żołnierzy SS. Współcześnie nie ma państwa w pełni ucieleśniającego chrześcijańskie wzorce państwa Średniowiecznej Cywilizacji Europejskiej. Ostatnim takim systemem było Cesarstwo Austro-Węgier. W XX wieku nie istniały reakcyjne monarchie, ale za to były wzorujące się na nich Autorytarne Narodowe Dyktatury (choćby Hiszpania Francisco Franco). Dziś pierwiastki tegoż dziedzictwa zachowywane są choćby przez Rosję Władimira Putina czy Białoruś Aleksandra Łukaszenki. Systemy te są katechoniczne, czyli powstrzymujące przez całkowitą moralną degrengoladą zachodniej rewolucji laickiej, syjonistycznej i demoliberalnej. Dlatego, jako realista wiem, że w oparciu tylko o te państwa jest cień szansy na odrodzenie naszej cywilizacji. Stąd jestem świadomym politykiem prorosyjskim XXI wieku. Popieram także teoretyczną koncepcję „Trójkąta Kaliningradzkiego” (Polska, Rosja, Niemcy). Jednak Niemcy widzę w nim jako państwo historyczne, zwalczające polityczne burdy, a nie współczesną republikę, tak samo oderwaną od swoich korzeni jak III/IV Rzeczpospolita. Obecnie Polska wcale nie prowadzi polityki „płaszczenia się względem Rosji”. Kto twierdzi inaczej, ten „odwraca kota ogonem”. Polska jest dziś narzędziem, w rękach zachodnich syjonistów oraz neokonserwatystów, które osłabia białoruską administrację, i wspiera destabilizację samodzielnej Rosji. Rządzący Polską spadkobiercy romantyków, sami prowadzą politykę „płaszczenia się przed zachodem”. Wiernie realizują wywrotowe wytyczne Brukseli, oddają za bezcen krajowy majątek zachodniemu kapitałowi, podlizują się zbrodniczym syjonistom, oraz przyjmują zgniłe ochłapy od Waszyngtonu za cenę polskiej krwi. Każdy, kto ten fatalny stan rzeczy chce zmienić, zyskuje przydomek „rosyjskiego agenta”, bądź „wroga demokracji”. Takie są fakty!
         Rosja na dzień dzisiejszy jest najkorzystniejszym partnerem dla Polski. Postrzega nas jako sojusznika w walce ze światową hegemonią neokonserwatyzmu. W RFN widzimy ogromne tendencje na przyzwolenie dla działalności różnych ziomkostw chcących anektować dla siebie znaczną część naszych zachodnich terytoriów. Republika Francji to najbardziej zdegenerowane państwo Europy kompletnie nie nadające się na sojusznika. Jej hegemonia w Europie oznaczałaby totalną laicyzację i jakobinizację całego kontynentu. USA to już dno totalne. Państwo to jest zbudowane na wartościach XVIII-wiecznych rewolucji, a więc na fundamentach wrogich naszej Cywilizacji. Stanowi zagrożenie nie tylko cywilizacyjne, ale i terytorialne. Stany Zjednoczone za swój cel biorą światową dominację, w imię rozprzestrzeniania antywartości „rewolucji amerykańskiej”, kosztem wiekowych tradycji wszystkich państw. W tym kraju kluczową rolę odgrywa „zakon neokonserwatystów”, czyli nieformalna tajna grupa skupiająca tamtejsze elity polityczne. Kształtuje ona od dziesięcioleci politykę zagraniczną tego państwa. Ma ścisłe związki z syjonistami, których wspólnym celem jest globalna hegemonia na gruzach tradycyjnych cywilizacji. Dowodzą tego kolejne wojny krok po kroku eliminujące główne bastiony oporu przed ich hegemonią.
         Po wyraźnym przedstawieniu swojego politycznego stanowiska, dnia 25 października 2012 roku, zostałem przez koleżankę ze studiów, określony sławetnym mianem „rosyjskiego agenta”. To nie pierwszy raz w moim życiu, ale pierwszy raz poza forum internetowym. Kiedy tylko z jej ust to usłyszałem, od razu wiedziałem, iż reprezentuje typowo romantyczne spojrzenie na politykę. Jej późniejsze argumenty to potwierdziły. Zostałem nazwany „rosyjskim agentem”, bowiem opowiadam się za partnerskim sojuszem Polski i Rosji, który na chwilę obecną jest jedynym korzystnym dla nas układem. Choćby nie wiadomo jak wiernopoddańcze peany padały ku czci Brukseli, Tel-Awiwu czy Waszyngtonu, to zawsze dla romantyków będą one „polską polityką zagraniczną”. Z kolei najmniejsza próba budowania najkorzystniejszego sojuszu Polski ze słowiańską Rosją, będzie w ich oczach wyrazem „agenturalności”. Terminologia „rosyjskiego agenta” jest  typowa dla romantyków i niepodległościowców, dla których „agenci” są szkoleni jedynie w Moskwie i czasem też w Berlinie. Niezaznanym z tematem dodam, że już wcześniej dowiedziałem się o tym, że jestem „rosyjskim agentem”. Dowiedziałem się również, że jestem „pułkownikiem KGB”, „parobkiem Kremla” oraz „oficerem dyżurnym GRU”. Kiedy wypowiadałem się pozytywnie o Francji Vichy, czy Leonie Degrelle, dowiedziałem się także, że jestem dodatkowo „agentem niemieckim”, „kombatantem SS” (Schutzstaffel, na szczęście nie ta „sekta”) oraz „byłym hitlerowcem”. Oskarżano mnie także o neopogaństwo (no ba, w końcu porządny ze mnie „niemiecki nazista”). Jedni wytykali mi sympatie prorosyjskie, inni wmawiali proniemieckie, a jeszcze inni mieli mi za złe tradycjonalizm katolicki. Jednym słowem, ważna ze mnie osobistość, podwójny agent z ogromnymi wpływami w Watykanie. Ciekawe jak w moim wieku wytłumaczyć „hitlerowską przeszłość”? Może jako odhibernowanego w Argentynie oficera SS przebudzonego w momencie gdy towarzysze pomyśleli, że „już czas”? Odkładając żarty na bok, moi polityczni oponenci dowodzą swoich poważnych urojeń. Ich ataki płynące pod moim adresem były serią zaprzeczających sobie pomówień. Nie mogłem być bowiem „tradycjonalistą katolickim” i „neopoganinem” zarazem. Prawda jest taka, że ludzie ci za wszelką cenę próbują przeforsować swoje stanowisko jako „jedyne słuszne dla państwa”. Nie prowadzą przy tym jednak analizy historycznej, tylko opierają swoje przypuszczenia jedynie o powszechnie dostępne źródła. Te są zaś tworzone głównie przez spadkobierców powstań i rewolucji. I w tym tkwi źródło naszego niezrozumienia. Ja jestem politycznym realistą, prowadzącym politykę w duchu tradycjonalizmu, oni zaś romantykami, którzy kierują się „emocjonalnym patriotyzmem”, uczuciem, a nie rozumną analizą.
         Ośmieliłem się także skrytykować osobę nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego koleżanka również mi nie wybaczyła. Prezydent ten był dla narodowca czy konserwatysty zły. Podobnie jak wielu innych, ale to już inna historia. To właśnie prezydent Lech Kaczyński podpisał „Traktat Lizboński”, pozbawiający Polskę suwerenności na rzecz dyktanda Brukseli. Swoimi poglądami ucieleśniał dziedzictwo romantycznych rewolucji XIX wieku. Sympatyzował z NATO-wskimi i syjonistycznymi agresorami. Był wrogi dziedzictwu ruchu narodowego, wrogi tradycyjnemu katolicyzmowi, wrogi wszelkim przejawom reakcji. Narodowa i konserwatywna linia polityczna była mu obca, zaś bliski mu był fatalny romans Polski z NATO i UE. Interesy polskie były dla niego tożsame z amerykańskimi i izraelskimi. Poróżniał Polskę ze słowiańską Rosją, popierał destabilizację Białorusi, wspierał swoją osobą gruzińskich podżegaczy wojennych (popieranych przez USA oraz Izrael). Identyfikował się bardziej z kulturą żydowską niż z tradycjami polskimi. To nie koniec fatalnych jego posunięć. Można byłoby je wyliczać akapitami. Był politykiem syjonistycznym, neokonserwatywnym, ale z całą pewnością nie polskim. I to ma być „dobry prezydent”?
         Droga moja koleżanko, moi polityczni oponenci. Porzućcie błędną romantyczną myśl polityczną! Nie idźcie tą drogą!!! Prowadzi ona bowiem do politycznego i gospodarczego unicestwienia Polski. Przejdźcie na rozsądne ścieżki politycznego realizmu, będącego jedynym gwarantem potęgi naszego państwa. To zabiegi realistów, pracujących u boku reakcyjnych państw: Rosji, Austrii czy Niemiec, przybliżały Polskę do niepodległości. To realizm marszałka Philipa Pétaina, uchronił Francję przez milionami ofiar. Realizm polityczny polega na podejmowaniu takich działań, które dają maksymalne korzyści w danej sytuacji. Do takich działań bynajmniej nie należy obecnie konflikt z Rosją. Realizm objawia się na doborze takich partnerów politycznych, którzy będą jak najlepszymi gwarantami bezpieczeństwa naszych interesów oraz tradycji cywilizacyjnych. Dlatego należy obrać kurs na sojusz z katechoniczną Rosją, przeanalizować możliwości wdrożenia „Trójkąta Kaliningradzkiego” i porzucić rewolucyjny zachód, kroczący drogą wartości obcych temu, z czego wyrastamy. Nie wolno nazywać realistów „agentami”. Należy ich wysłuchać, wziąć sobie do serca ich argumenty, i kierować się nimi w życiu i w polityce.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 21 października 2012

Publicysta nie jest nieomylny!

          Ale chamówa! Takie oto słowa cisną mi się na usta po lekturze części komentarzy do moich felietonów. Piszący je najwyraźniej zapominają, że jestem takim samym człowiekiem jak i oni. Z tego względu mi także mogą przytrafić się błędy, mogę o czym zapomnieć, lub najzwyczajniej w świecie, mogę o czymś nie wiedzieć. Należy mieć to na uwadze, gdy zostawia się komentarz nie tylko pod moim tekstem, ale i innych publicystów wyrażających opinie podobne do moich.
         Współczesna publicystyka jest w pewnym sensie obarczona ryzykiem. Felietonista tradycjonalistyczny, prezentujący swoje treści, naraża się na ataki ze strony politycznych oponentów. Czyni to jednak dla dobra umiłowanej mu społeczności. Społeczność ta nie zawsze niestety mu się odwdzięcza. Cóż, taka dola działacza. W każdym bądź razie kieruje się dobrem narodowym, chęcią restauracji naszych wielowiekowych tradycji. Proszę więc o współpracę, i ewentualne uzupełnianie moich publikacji o rzeczowe i merytoryczne komentarze. Gdy zdarzą mi się braki w informacji na jakiś temat, to wynikają one bądź ze zwykłego zapomnienia, bądź niepewności co do ich autentyczności. Czasem może brakować mi materiałów źródłowych, stąd także staram się unikać tego typu faktów w swoich publikacjach. Rozumieją to jednak narodowi i tradycjonalistyczni komentatorzy. Z nimi chętnie współpracuję. Inna sprawa dotyczy antynarodowych i rewolucyjnych trolli, którzy zawsze będą ujadać jak bure kundle. Tymi to w ogóle nie należy zawracać sobie głowy. W myśl powiedzenia „co nie zabija, wzmacnia”, ich obecność traktuję jako nowe doświadczenie w moim codziennym trudzie naprawy błędów występujących w naszym państwie.
         Osobiście nienawidzę politycznych kundli. Jeśli ktoś jest wrogą tradycjonalizmowi gnidą, to niech zjeżdża na swoje rewolucyjne podwórko! Nie musi wcale czytać ani moich, ani podobnych do nich publikacji. Misja każdego działacza mojego pokroju to ratowanie resztek Tradycji zniszczonej przez wieki burd destrukcyjnych cywilizacyjnie. Osobiście w każdym z felietonów staram się zmieścić maksymalną ilość mojej wiedzy na dany temat. Prezentuje wszystko w najkrótszy możliwy sposób. Mimo bogatego zasobu wiedzy nie jestem nieomylnym omnibusem, i zdarza mi się zapomnieć o czymś napisać w toku tworzenia publikacji. Proszę nie mieć mi tego za złe, bowiem uwierzcie, sami na moim miejscu popełnialibyście nie mniejsze błędy. Czy byłoby wam miło, gdyby po opublikowaniu waszego tekstu jakiś zarozumialec, siedzący wygodnie w domku i ukrywający się pod pseudonimem, zaczął was bluzgać z powodu braku wspomnienia na jakiś temat? Raczej nie. Więc nie czyn bliźniemu tego, co Tobie nie miłe…
         W przeciwieństwie do „całodobowych internautów”, ja mam o wiele więcej rzeczy na głowie, niż tylko publicystyka. Codzienne obowiązki pochłaniają mi większość czasu. Jednakże działalność uważam za swój polityczny obowiązek, stąd resztka mojego wolnego czasu zostaje właśnie nań poświęcona. Jednakże nie mam czasu na wysiadywanie w sieci całymi dniami. Nie mogę sobie pozwolić na tropienie najświeższych sensacji ze świata polityki i jemu pokrewnych. Jeśli ktoś poświęca na to cały swój czas, to znaczy, że ma niewiele do roboty i powinien zająć się swoim własnym życiem.
          Większość prostackich komentarzy pod moimi publikacjami ma na celu zdyskredytować moją działalność. Rewolucyjne gnidy, czyhające na najmniejszy mój błąd, poniosą w tej walce niechlubną porażkę. Inna sprawa dotyczy marud „zawodowo narzekających” na każdego, nawet najlepszego  publicystę. Jak są tacy mądrzy, to niech sami opublikują własne teksty. Wtedy na pewno zaznają smak biadolenia innych, podobnych im gagatków. Sytuacji nie poprawią mendy siedzące całymi dniami przed komputerem i narzekające na wszystko od lewa do prawa. To nie tędy droga! Jak chcecie coś osiągnąć, to przestańcie jęczeć, i weźcie się sami do roboty dla dobra Kraju, Tradycji i Cywilizacji.

PM

środa, 8 sierpnia 2012

Terroryzm i jego rodzaje

         Terroryzm. To zjawisko występuje dzisiaj częściej niż niegdyś. W najprostszej definicji jest to wymuszanie siłą swoich postulatów. Powodem terroryzmu może być nie tylko ekstremizm polityczny lub religijny, jak naświetlają nam lewackie bądź republikańskie tuby propagandowe. Powodowany może być także chciwością, żądzą władzy lub z drugiej strony desperacją i brakiem możliwości zrealizowania swoich podstawowych potrzeb (nawet nie praw) innymi metodami.
         Propagandowa „wojna z terroryzmem” prowadzona przed polityczny sojusz NATO – USA – Izrael jest w rzeczywistości nastawiona jedynie na zwalczanie terroryzmu wynikającego z polityczno-religijnego fundamentalizmu muzułmańskich społeczeństw Bliskiego Wschodu (nie popierających ideologii powyższego bloku), oraz lokalnego europejskiego ekstremizmu nacjonalistycznego i tradycjonalistycznego. Jednakże sojusz atlantycki sam uskutecznia terror medialny, ideologiczny, oraz sprzyja terrorowi ekonomicznemu „banksterów”. Rosyjska „walka z terroryzmem” polega na eliminacji muzułmańskiego lobby (czeczeńskiego) w obrębie terytorium własnej strefy wpływów. Z terrorystami żydowskimi swego czasu zmagali się muzułmańscy mieszkańcy Bliskiego Wschodu podczas pierwszych prób budowy Izraela w tamtym rejonie. Terrorystami byli jakobini i karbonariusze w XVIII i XIX wieku, choć rządzący dziś republikanie (uchodzący za „pogromców terroryzmu”) uznają ich bezdyskusyjnie za „humanitarian”. 
         Tak oto można telegraficznie zrelacjonować znane przykłady terroryzmu „wczoraj i dziś”. Czy są jednak one główne w obrębie opisywanego zjawiska? Tutaj już można mieć wobec tego poważne zastrzeżenia. Bardzo mocne są chociażby: terror medialny demoliberałów, terror finansowy  klanów bankierskich, terror społeczny radykalnych grup lewicowych czy „romantyczno-patriotycznych”, oraz wszechobecny terror ideologiczny spadkobierców republikańskich rewolucji.
         Jak mamy kilka rodzajów przemocy (fizyczna, werbalna, psychiczna itd.), tak mamy kilka rodzajów terroryzmu. Dzięki zabiegom różnego rodzaju psychologów, pojęcie przemocy zostało rozciągnięte na inne sfery niż fizyczna. Niestety pojęcie terroryzmu nadal utożsamiane jest jedynie z działaniami militarnymi. Realnie możemy wyróżnić takie rodzaje terroryzmu:
  • Zbrojny Najczęściej kojarzony z pojęciem „terroryzm”. Polega na fali ataków sabotażowych, dywersyjnych lub zaczepnych, mających na celu zaszantażowanie lokalnej społeczności lub administracji sprawującej władzę na danym terytorium w celu spełnienia swoich żądań. Jego zaprzestanie jest związane ze spełnieniem postulatów terrorystów. Popularny pośród skrajnych grup fundamentalistycznych lub politycznych (IRA, ETA, Al-Kaida, Bejtar), które nie są w stanie dojść do realizacji swoich postanowień innymi metodami.
  • Ekonomiczny Ten typ terroryzmu to szantażowanie danej grupy społecznej poprzez restrykcje finansowe, kontrybucje, lichwę lub wszelakie należności materialne. Powszechnie jest praktykowany przez banki, wielkie międzynarodowe koncerny, bądź przez zwyczajnych „podwórkowych oszustów”. Często wiąże się z groźbami kary sądowej za niespłacenie swoich żądań. Terroryści ekonomiczni, aby działać skuteczniej, zazwyczaj przekupują aparat prawniczy, bądź działają na krawędzi prawa wykorzystując luki w ustawach i aktach.
  • Ideologiczny To szantażowanie danej społeczności w celu przyjęcia określonej ideologii, doktryny politycznej lub wyznania. Polega on na fali oszczerstw przeciwko osobom spoza „pożądanego” „kręgu ideowego”. Kłamstwa mają wywołać negatywne skojarzenia wobec szkalowanej grupy, często oskarżając je o przyczynianie się do terroryzmu „zbrojnego”. Ten typ terroryzmu popularny jest pośród lewackich organizacji takich jak „Antifa” czy „Nigdy Więcej”, choć stosują go także moderniści katoliccy, komuniści i republikanie.
  • Medialny Często jest związany z terroryzmem ideologicznym. Mechanizm jego jest w zasadzie podobny do ideologicznego z tą różnicą, że tutaj hasła są przesyłane drogą przekazu medialnego wprost, lub przy użyciu ukrytych symboli w nadawanych audycjach. Stosowany jest przez samodzielne wielkie koncerny medialne, wpływowe grupy z dostępem do popularnych środków masowego przekazu, lub mniej wpływowe grupki przy pomocy własnych, niskobudżetowych mediów.
  • Społeczny Pewna hałaśliwa część społeczności próbuje wymusić na „reszcie” swoje poglądy, zamiłowania, sympatie czy opinie. Jest często związany z terroryzmem medialnym i ideologicznym, czasem też zbrojnym. Popularny pośród sekt, grup religijno-politycznych (takich jak SS – Sekta Smoleńska), działaczy LGBT, feministek, lewaków czy modernistów.

         Jak widać, terroryzm jest zjawiskiem powszechnym. Otacza nas ze wszystkich stron. Terroryści są w mediach, rządach, opozycjach, przedsiębiorstwach, usługach, sądownictwie a nawet (o zgrozo) w instytucjach religijnych i charytatywnych. Powszechna propaganda, będąca formą terroru „medialnego”, na nieszczęście piętnuje jeno zbrojne występki. Postępowanie to iście przedpotopowe, w pewnym stopniu „zacofane”. Jakby „przemoc” mogła być tylko w sferze fizycznej, a nie psychicznej czy werbalnej. Z tego względu musimy, idąc w zgodzie z faktami, z całą stanowczością przestąpić do zmasowanego oporu wobec wszelkich aktów terroru. Do realizacji tego szlachetnego przedsięwzięcia konieczna jest eliminacja przyczyn terroryzmu. Inaczej po eliminacji jednego aktu terroru, będziemy świadkami kolejnych. Likwidacja sztucznych kominów płacowych, powstrzymanie agresywnej polityki mesjanistycznej państw i bloków politycznych (USA, NATO, UE), zapobieganie sekciarstwu, likwidacja monopoli pewnych grup i poszanowanie tradycji to  główne klucze do sukcesu. Gdy tego nie zrobimy, spełnimy mimowolnie żądania terrorystów.
         I jeszcze jedno. Nie jest terrorystą ten, kto siłą odpowiada na wymierzone w niego akty terroru. To kontratakujący, a nie agresor. Takie małe prawo wojskowe „o ataku i kontrataku”.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 1 lipca 2012

„Traktat Wersalski” oraz jego konsekwencje

         28 czerwca to rocznica podpisania „Traktatu Wersalskiego” z 1919 roku. Był on zalążkiem pod budowę nowej Rzeczypospolitej Polskiej. Jednak charakter tego państwa był niestety zbyt republikański, i porzucał wiele pradawnych elementów Tradycji Polski. Stąd nie gwarantował w pełni odrodzenia państwa utworzonego przez naszych Ojców Piastów. Nie przywrócono autorytetu, hierarchiczności i wyznaniowości, przez co kraj przypominał w wielu aspektach republikańską Francję po 1793 roku. Dokument zatwierdzony w 1919 roku gwarantował powstanie w Europie kilkunastu innych państw, choćby Finlandii. Każdym z nich zbudowano jednak w zgodzie z ideałami haniebnej rewolucji z Francji.
         Głównymi sygnatariuszami „Traktatu Wersalskiego” byli amerykański prezydent Thomas Woodrow Wilson, oraz premierzy: brytyjski David Lloyd George i francuski Georges Benjamin Clemenceau. Byli to republikańscy globaliści, ideowi spadkobiercy rewolucji 1789-1793, członkowie masonerii, zaś brytyjski premier, mający żydowskie korzenie, nie stronił od syjonistycznych sympatii. Kreowali się nienawiścią do Niemiec, Austrii i Węgier, z racji wypowiedzenia przez te kraje wojny porewolucyjnemu zachodowi. W pewnym stopniu ci trzej politycy byli ojcami Unii Europejskiej (dla przykładu Thomasowi W. Wilsonowi marzyły się „Stany Zjednoczone Europy”). W skutek postanowień „Traktatu Wersalskiego” powołano Ligę Narodów, czyli zalążek UE, ONZ i ponadnarodowych struktur globalnych. W większości sygnatariusze „Traktatu Wersalskiego”, byli najzwyklejszą w świecie zbieraniną syjonistów, jakobinów, wolnomularzy i rewolucjonistów. Tylko nieliczni z nich podpisywali go w dobrzej, wierze licząc na odrodzenie na jego mocy niepodległego państwa. Przewagę mieli jednak wywrotowcy. Taki dokument nie mógł więc powstawać z myślą o dobru jakiegokolwiek państwa, lecz wyłącznie w ideologicznym interesie prekursorów globalizmu. Samo jego podpisanie, i pokładanie w nim nadziei na zbudowanie państwa było błędem. Niepodległość tych kilkunastu państw była tylko częścią misternego planu sygnatariuszy traktatu. Zapewniała ona realizację kolejnego etapu w wielkiej rewolucji europejskiej, której celem była eliminacja ostatnich reakcyjnych państw europejskich, przy pozyskanej aprobacie społeczeństw dążących do niepodległości (zazwyczaj niezwiązanych z „Trójprzymierzem”). Pomogło przy tym bezmyślne zaślepienie rzeszy napaleńców żądnych odwetu na zaborcach w takim samym stopniu, jak niegdyś przyczyniło się do sukcesu krwawej rewolucji we Francji zacietrzewienie motłochu, rządnego zemsty za wyimaginowaną tyranię króla. Nie byli oni jednak w pełni świadomi politycznych manipulacji przy tym towarzyszących. Zarówno w rządach zaborców, jak i komitetach powstańczych, ogromne wpływy mieli talmudyści, członkowie tajnych związków i rewolucjoniści, którym zależało na wzajemnym wyniszczeniu się Narodów Europy. Ta niewiedza pchnęła naiwnych w objęcia politycznych szachrai, którzy zacierali jedynie ręce patrząc jak łatwo dali im się zmanipulować. Tak więc z jednej strony udało się syjonistycznym jakobinom wyeliminować reakcyjne rządy w państwach „Trójprzymierza”, zaś z drugiej strony zbudować odradzające się państwa od podstaw według ścisłych standardów republikańskich. Owoce traktatu były zatrute, zaś niepodległość Polski budowana na fundamencie dokumentu globalistów okazała się krucha jak dom wybudowany na piasku.
         Jak wspomniałem prawie każde państwo powstałe na mocy „Traktatu Wersalskiego” nie wskrzeszało w pełni tego powstałego we wczesnym średniowieczu. Zbudowano je na republikańskich standardach porewolucyjnego świata, w zgodzie z ideologicznymi wytycznymi spadkobierców libertyńskiego oświecenia. Nie odwoływało się więc ani do tradycji chrześcijańskich, ani pierwotnych (Słowian, German, Ugrofinów), które od wieków powiązane były z autorytetem władzy, hierarchią społeczną, czy panującą religią jako państwową. To jednak logiczne przy odbudowie kraju powierzonej pod opiekę zachodnim mocodawcom hołdującym „demokracji”, „tolerancji”, „prawom człowieka” i koncepcji „państwa otwartego”.
         Dla Polski taka niepodległość okazała się iluzoryczna. Z jednej strony dała suwerenność materialną tylko na 21 lat, a z drugiej strony otworzyła „ideologiczną puszkę Pandory”, której konsekwencje są widoczne obecnie w XXI wieku. Samo odrzucenie wtedy tylko kilku części składowych Polskiej Tradycji, pociągało za sobą stopniowo coraz bardziej pogłębiające się rozwydrzenie rewolucyjnych syjonistów i jakobinów. Z czasem żądali od nas coraz więcej. Dziś nie wystarczy im samo wyrzeczenie się Autorytaryzmu czy Hierarchii. Obecnie toczą oni walkę z tradycyjnym modelem rodziny, żądanie przywilejów dla sodomitów, a w przyszłości zapewne staną do walki o prawa dla kanibali. To jest właśnie skutek powierzenia Polski sygnatariuszom dokumentu z 28 czerwca 1919 roku! Chcieliście głupcy i naiwniacy „nowoczesności”, to teraz ponosimy jej skutki! W XXI wieku są już realizowane następne etapy rewolucji spotęgowane w Europie po klęsce Państw Centralnych (wszystkie kraje tego bloku były Reakcyjne, w Entencie „biała” była tylko Rosja).
         Wspomniana iluzoryczność takiej suwerenności objawiała się w jej jednowymiarowości. Zagwarantowała jedynie pełny powrót Polski w sferze materialnej, w mniejszym stopniu zaś w sferze kulturalnej i obyczajowej, i tylko w nikłym stopniu w sferze duchowej. Słuszna jest jedynie niepodległość pełna, czyli nie taka gwarantująca samego „powrót państwa na mapę”, ale także zapewniająca przywrócenie w owym państwie wartości stojących u źródeł jego powstania. A korzenie Polski jako państwa sięgają początków X wieku (chociaż wiek tutejszych nacji bywa szacowany nawet na 10 000 lat), i zostały przypieczętowane na mocy Chrztu 14 kwietnia 966 roku. Tylko w tych wartościach Polska jest w pełni sobą. Jedynie przy zachowaniu całego Narodowego Dziedzictwa możemy mówić o prawdziwej niepodległości.
         Pełne odrodzenie Polski wiązało się z poszanowaniem wszystkich wartości Średniowiecznej Cywilizacji Chrześcijańskiej. Możliwe było zarówno przy dotrzymani ugody z Rosją Carską, jak i na mocy postanowień „Traktatu Dwóch Cesarzy” z 5 listopada 1916 roku. Uzgodnienia te nie tylko gwarantowały pełne odzyskanie suwerenności we wszystkich sferach, ale również pozwoliłyby na odzyskanie państwa dwa lata wcześniej niż przy „łaskawej pomocy” państw zachodnich. Działania Romana Dmowskiego w Rosji z czasem przekształciłyby Autonomię Polską w Państwo Polskie. Z kolei zabiegi dyplomatyczne Władysława Studnickiego zyskały poparcie wielu przedstawicieli elity politycznej i wojskowej II Rzeszy. Owocem ich było poparcie generała Ericha Ludendorffa dla „Polskiego Pasa Granicznego” zapewniającego obecność ziem zachodnich wewnątrz terytorium Polski! Pojawiła się również szansa na uzyskanie kolonii zamorskich dla Polski w bogatych częściach Afryki. Gdyby te ustalenia doszły do skutku, Polska w późniejszych negocjacjach z Niemcami nie ryzykowała by terytorium własnym, ale mogła wymienić część zamorskich posiadłości w zamian za korzystniejszą granicę polsko-niemiecką. Umożliwiała to polityka Niemiec Wilhelma II, która w przeciwieństwie do bismarckowskiej, cechowała się większą ekspansją kolonialną niż europejską. Jednak wszystko to zostało zaprzepaszczone, bowiem granda nie mogącą znieść faktu powstania normalnej Polski, odrzuciła te korzystne dla nas postanowienia, i wolała zadowolić się ochłapami łaskawie rzuconymi (dopiero pod koniec wojny) przez spadkobierców libertyńskich rewolucji.
         Tajnym celem „Traktatu Wersalskiego” było wprowadzenie w reakcyjnych państwach Niemiec, Austrii, Węgier, a także i Turcji, jakobińskich republik laickich. Niemcy przekształcono w Republikę Weimarską. Tradycyjna flaga narodowa, w kolorystyce białej, czerwonej i czarnej, została zastąpiona szmatą karbonariuszy z rewolucji 1848. Ustawy ograniczające działania tajnych stowarzyszeń zostały uchylone, zaś nowo powstałe demokratyczne państwo prowadziło dużo bardziej antypolski kurs niż rządzy pruskie z czasów Kulturkampfu. Traktat nie określał jasno granic polsko-niemieckich, dając furtkę pod następujące kilka lat po zakończeniu Wielkiej Wojny krwawe potyczki terytorialne. Pozostawił nierozwiązaną kwestię Prus Wschodnich i Gdańska, dając możliwości pretekstu do przyszłych konfliktów. Austria i Węgry, będące ostatnim bastionem katolickiej państwowości w tradycyjnej formie, zostały całkowicie zdestabilizowane przez demokratyzację. W dawnym imperium Habsburgów zapanował chaos, a przeciwnicy polityczni strzelali do siebie nawzajem. W Turcji natomiast, państwo zostało zlaicyzowane tak samo jak republikańska Francja po rewolucji. Tradycyjne obrzędy religijne i kulturowe (jak tańce derwiszy) były zakazywane. W tym procesie destrukcji tureckich tradycji uczestniczył pro-republikański mason Kemal Atatürk. Tak oto rysują się tylko niektóre owoce „wersalskiego burdelu” w ostatnich państwach reakcyjnych Europy.
         Głównym poszkodowanym traktatu okazały się jednak Cesarskie Niemcy. Z państwa tego judeomasońskie elity zrobiły sobie „finansową dojną krowę”, przy pomocy wyssanego z palca argumentu winy tego kraju za wybuch I Wojny Światowej. Konflikt w rzeczywistości wywołała kierowana przez iluminatów „Czarna Ręka”. Rzekomo „serbska” „organizacja patriotyczna”, dokonała zamachu terrorystycznego na następcę tronu Austro-Węgier, którego konsekwencją było wypowiedzenie wojny agresorom przez zaatakowany kraj. Pokaźne fundusze na terrorystyczną działalność bałkańskich rewolucjonistów płynęły głównie ze Stanów Zjednoczonych. Tak więc I Wojna Światowa była wywołana przez amerykańską finansjerę, która umacniała lokalny terroryzm destabilizujący ostatnie Rzymsko-Katolickie Państwo w tradycyjnej formie. Wina Niemiec była wtedy nie większa niż Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji czy Włoch –polegała jeno na wypowiedzeniu wojny jednemu z sojuszników agresora. Jednak jakobińscy historycy potrafili odwrócić kota ogonem, a ich fałsze są powtarzane także przez „patriotów”. Winę za wybuch wojny nie poniósł w żadnej mierze jakikolwiek z jej inicjatorów, ale sojusznik zaatakowanego państwa wypowiadający wojnę pomagierom agresora. Ten tok rozumowania nie różni się niczym od myślenia mas obwiniających Polskę za wybuch II Wojny Światowej. Po tym kluczu za wybuch jakiejkolwiek wojny można oskarżyć każdego. Wystarczy do tego symboliczny związek z konfliktem. Przy pomocy powiązania logicznego kilku faktów, można z nich wywnioskować nawet największy absurd. Przykładowo II Wojnę Światową mogła (według tego klucza) wywołać Finlandia, gdyż „zaatakowała ZSRR w trakcie misji pokojowej” w momencie stabilizacji militarnej Europy. Jednak pomijając absurdy, człowiek kierujący się prawdą wie, że I Wojnę Światową wywołała „Czarna Ręka”. Terroryści sponsorowani przez finansjerę żydowsko-amerykańską. Koniec i kropka. Takie były fakty, a kto twierdzi inaczej, ten kryje tyłek wszelakim jakobinom, iluminatom i innym politycznym mąciwodom.
         Kolejną konsekwencją postanowień „Traktatu Wersalskiego” była potężna inflacja w Niemczech, która doprowadziła do zapaści finansowej kraju. Skutkiem tego była śmierć z głodu i bezrobocia od 2 do 4 milionów ludzi. Ponadto kilkanaście  milionów Niemców zepchnięto na margines społeczny. W tym czasie na szczyty drabiny społecznej wspinali się przedstawiciele mniejszości żydowskiej. To powodowało narastające oburzenie coraz mocniej marginalizowanych Niemców, pośród których rodziła się chęć brutalnego rewanżu za krzywdy wyrządzone przez sygnatariuszy i beneficjantów „Traktatu Wersalskiego”. Upokorzone społeczeństwo niemieckie, jak w dzisiejszych czasach polskie, w konsekwencji wybrało na swojego wodza radykalnego Adolfa Hitlera. Ten polityk okazywał się jedynym, który dał bezrobotnym pracę oraz wypchną państwo z dołka do pierwszej ligi krajów starego kontynentu. Poważną alternatywą dla niego byli jedynie komuniści (dążący do jedności z ZSRR wraz z pakietem jego zbrodni), oraz demokraci, którzy po wygranej dalej sprowadzaliby kraj w dół (jak współcześni liderzy III/IV RP), pociągając za sobą kolejne miliony ofiar nędzy i bezrobocia. Tak więc konkurencja nazistów wcale nie grzeszyła humanitarianizmem. Nic więc dziwnego, że wybór Niemców padł właśnie na Adolfa Hitlera. Nie było wtedy niestety lepszego liczącego się kandydata. Wyboru Adolfa Hitlera na wodza III Rzeszy można było jednak uniknąć. Wystarczyło zbojkotować postanowienia państw zachodnich jako bandyckie i chroniące prawdziwych podżegaczy wojennych. Wtedy Niemcy dalej byłyby „białe”, a brak demokracji uniemożliwiłby powstanie socjalistycznego lub nazistowskiego państwa. Tak więc II Wojna Światowa, wraz ze wszystkimi jej okrucieństwami, była kolejnym zatrutym owocem postanowień z 28 czerwca 1919 roku.
         Podsumowując, podpisanie „Traktatu Wersalskiego” przyniosło dla Polski skutki odwrotne od oczekiwanych. Zaprzepaściło odrodzenie państwa w zgodzie z wartościami stojącymi u źródeł jego powstania. Zaprzepaściło również szansę na uzyskanie zamorskich posiadłości, które oprócz dochodów, mogłyby pomóc w negocjacjach z państwami ościennymi o korzystniejsze granice. Wejście w konszachty ze spadkobiercami rewolucji oświecenia, i pozwolenie im na ekspansje światopoglądową na wschód, otworzyło „ideologiczną puszkę Pandory” której owoce są dziś odczuwalne w postaci degradacji obyczajowej i tradycyjnej państwa. Republika Polska powstania na mocy postanowień traktatowych w konsekwencji naraziła się na odwet społeczeństw przez niego pokrzywdzonych, czego konsekwencją była niemiecka agresja we wrześniu 1939 roku, PRL po wojnie, a dziś III/IV RP.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

piątek, 8 czerwca 2012

Rosyjscy kibice, „Fronda” i Debbie Schlussel

 Piotr Marek (Tomaszowice)        Ostatnio w prawicowym polskim środowisku politycznym dużo się mówi o antynarodowych wybrykach niektórych publicystów „Frondy”, a konkretnie Marty Brzezińskiej, oraz antypolskiej fali oszczerstw amerykańskiej dziennikarki żydowskiego pochodzenia Debbie Schlussel. Tematy te są ze sobą powiązane, gdyż dotyczą w obu przypadkach ataku na przedstawicieli polskiej myśli politycznej krytycznej wobec lobby żydowskiego, ze strony „neokonserwatystów” (zarówno „krajowych”, jak i amerykańskich).
         Zacznijmy od Debbie Schlussel. Urodziła się w rodzinie żydowskiej, zaś jej przodkowie pochodzili z Polski. Jest to kobieta o poglądach republikańskich, która od lat ma uparcie dąży do zaistnieniem na amerykańskiej scenie politycznej. Jej kariera, pomimo wczesnego startu, przez szereg okoliczności zatrzymała się na poziomie komentatorki i dziennikarki. Słynie z ciętego języka, brutalnie atakuje społeczność muzułmańską, oraz nie kryje sympatii dla zamachów z 22 lipca 2011 roku. Ostatnio oskarża Polaków o aktywny udział w zbrodniach przeciwko ludności żydowskiej podczas II Wojny Światowej. Wspomina przy tym o rzekomym wydaniu przez Polaka jej krewnych hitlerowcom „za butelkę whisky”. I tu jest pies pogrzebany! W tym momencie poddaję ten fakt wątpliwość, gdyż dorzeczny mógłby być jedynie w stosunku do Anglosasów. Skąd się tej ignorantce wziął u Polaków pociąg do whisky? Gdyby jeszcze mówiła o wódce, niemieckim piwie czy spirytusie, można byłoby jeszcze w jej historyjkę uwierzyć. Ale whisky? Tego gniotu nie tyka nikt, kto zna smak polskiej wódki! W tym momencie paniusia się skompromitowała. Prawda była taka, że przypadki przemocy polskiej wobec ludności żydowskiej były w tym czasie bardzo rzadkie. Występowały jedynie jako akcje odwetowe za zbrodnie żydowskich komunistów na Polakach. O żydowskiej przemocy wobec Polaków Debbie jednak nie wspomina, a o jej przykładach nawet nie chce słyszeć. Na jej facebook’owym profilu (prostym angielskim) napisałem jej takowy post:

What do you know about jewish crimes against Russians during „communist resolution” after WWI? 100 milions Russian people were murdered by jewish communist! What you know about jewish crimes against Polish people during war in 1920? 2-4 milions Germans died afer WWI (starvinity, unemployment) becouse international document signed in 1919! Adolf Hitler stopped this murdering of innocent Germans! Poland, Russia and Germany were victims before WWII! Were victims of Jews, USA, and republican west! What do you know about conservatism? You support demoracy, so you're not really conservative. Real conservatives are Monarchists! 

Dla nieznających angielskiego przetłumaczę mój komentarz:

Co wiesz na temat żydowskich zbrodni przeciwko Rosjanom podczas „komunistycznej rewolucji” po IWŚ? 100 milionów ludzi w Rosji zostało zamordowanych przez żydowskich komunistów! Co wiesz o żydowskich zbrodniach na Polakach podczas wojny w 1920? 2-4 miliony Niemców zmarło po IWŚ (głodówka, bezrobocie) z powodu międzynarodowego traktatu [wersalskiego – przypis PM] podpisanego w 1919! Adolf Hitler powstrzymał ten proces zabijania niewinnych mieszkańców Niemiec! Polska, Rosja i Niemcy były ofiarami przed IIWŚ. Były ofiarami Żydów, USA i republikańskiego zachodu! Co wiesz o konserwatyzmie? Popierasz demokrację, więc nie jesteś prawdziwie konserwatywna. Prawdziwi bowiem konserwatyści, to Monarchiści!

Po jego publikacji komentarz zniknął bardzo szybko. To dziwne, gdyż nie zawierał gróźb pobicia, gwałtu czy śmierci, jak wiele innych komentarzy. Jednak ten merytoryczny wpis okazał się o wiele bardziej dla jej niewygodny, co potwierdza zawarte powyżej przypuszczenia. Najbardziej prawdopodobnym powodem takiej publikacji tej dziennikarki jest chęć wkupienia się w łaski swoich bardziej wpływowych rodaków. Pozwoli jej to na zaistnienie w pierwszej lidze amerykańskich republikanów. Przy okazji wytknąłem Debbie nie tylko brak historycznego rozeznania, ale fałszywość jej konserwatyzmu. Sama posądza Polaków o „konserwatyzm z lumpeksu”, lecz jako zwolenniczka demokracji sama reprezentuje „chińską podróbkę” tej myśli społeczno-politycznej. W tym przypadku jest wyraźnie widoczny konflikt pomiędzy Tradycyjnym Konserwatyzmem Europejskim (który występuje w Polsce), a amerykańskim „neokonserwatyzmem”. Ten pierwszy wywodzi się z wczesnego średniowiecza, i opiera się o Autorytaryzm („Władza pochodzi od Boga”). Ten drugi ma rodowód oświeceniowy, rewolucyjny, opiera się o demokratyzm, syjonizm, i „prawa człowieka”. Stąd niezrozumienie neokonskiej Debbie Schlussel dla Tysiącletniej Tradycji Europejskiej i wartości z nią związanych.
         W Polsce możemy znaleźć podobnych światopoglądowo publicystów. Ostatnio panna Marta Brzezińska, redakcyjna koleżanka znanego „judeochrześcijanina” Łukasza Adamskiego, określiła epitetem „łysi neonaziści” polskich narodowców pikietujących w obronie tradycyjnej rodziny. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby obie strony stały w sprawie spojrzenia na rodzinę po „przeciwnej stronie barykady”. Jednakże Marta również deklaruje się jako zwolenniczka obyczajowa konserwatystka. Ubolewa jednak, iż najaktywniejsze w tej walce nie są „rodziny z dziećmi”, ale Polscy Nacjonaliści. Widocznie ci tzw. „łysi neonaziści” są ostatnią ostoją Polski w walce o tradycyjną rodzinę, zaś „herosi z mitów Brzezińskiej” wolą spędzić czas tej batalii przed telewizorem. Marta w swoim ślepym zacietrzewieniu gotowa jest przychylać się ku swoim przeciwnikom, radując się iż mają poparcie „postępowych rodzin z dziećmi”. Obnaża w ten sposób kruchość i słabość konserwatywnego światopoglądu jej i całego środowiska „judeochrześcijan”. Jest to bowiem „konserwatyzm” obcy temu, jaki jest właściwy każdemu Europejskiemu Narodowi. Oderwany jest od Średniowiecznej Tradycji, i bliższy jest mu „neokonserwatyzm” reprezentowany przez wspomnianą Debbie Schlussel. Z resztą to nie przypadek, że przedstawiciele „Frondy” sympatyzują z „Republikanami”. Łączy ich jedna linia ideologiczna, która tak samo jak komunizm czy liberalizm, jest nie do pogodzenia z wielowiekową Średniowieczną Tradycją Chrześcijańską. Głównymi założeniami tej doktryny są: deklarowany konserwatyzm obyczajowy (choć nie zawsze i nie we wszystkim), misja demokratyzacji świata, walka z „terrorystami” (lub inaczej „wrogami demokracji”), pro-syjonizm, antykomunizm i budowanie swojej polityki na „etosie antytotalitarnym”. Jak widać „Fronda”, albo jak kto woli „Frondelek” (co mi się kojarzy z „serdelek”), kroczy po ścieżce sprzecznej z Tradycją Katolicką. Jej przedstawiciele (tacy jak Marta Brzezińska czy Łukasz Adamski) gloryfikują amerykański neokonserwatyzm, którego przedstawiciele coraz śmielej atakują dobre imię Polski, przypisując Naszej Ojczyźnie łatki przeznaczone dla „wrogów demokracji”. Opamiętaj się więc „Frondo”, i opamiętaj się Marto. Masz miłą buźkę, ale niestety „w główce nie halo”. Nie sympatyzuj z tymi, którzy wbijają tobie i mi „nóż w plecy”, i nie atakuj Narodowców, gdyż walczą w tej samej, słusznej dla Polski sprawie.
         Częstym tematem rozprawek związanych z Euro 2012 są licznie przybyli do Polski kibice z Rosji. Przyjechali wyłącznie w celu wspierania swojej drużyny. Rosjanie mają poważną szansę zajść bardzo wysoko, i miło by było zobaczyć ich reprezentację na podium zamiast „stałej ekipy” z Europy Zachodniej. Władze Rosji zapewniły kibicom szereg udogodnień na czas Euro 2012. Przykładem tego są specjalne samoloty transportujące kibiców, czy wynajęty obiekt pod ich zakwaterowanie. Trzeba więc brać z nich przykład, i w przyszłości zapewnić takie atrakcje również polskim kibicom, a nie piętnować ich za to, że „u nich jest dobrze, a u nas źle”. Rosjanie otwarcie deklarują, że przybyli w celach „czysto sportowych”. Nie ma co nakręcać antyrosyjskiej propagandy, gdyż działanie to jest sprzeczne z polskim interesem narodowym. Niech media przestaną napuszczać Polaków przeciwko Rosjanom, i zajmą się lepiej odkłamywaniem propagandy niedoszłej amerykańskiej „konserwatywnej pani polityk”. Rosjanom dajmy spokój, niech wspomną te Mistrzostwa Europy najlepiej ze wszystkich innych.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek