Piotr Marek Blog

Archiwalny blog Piotra Marka zawierający wpisy sprzed kilku po powrocie do działalności.

Wyszukiwarka

czwartek, 15 stycznia 2015

Rosja, USA i Państwo Islamskie



Obecnie wmawia nam się, że Rosja jest zagrożeniem dla pokoju światowego. Bzdura! To zachód jest zagrożeniem dla Rosji, a nie Rosja dla świata. Powodem propagandy antyrosyjskiej jest fakt, iż władze tego kraju nie przyjęły ustroju demoliberalnego, a więc nie podporządkowały się politycznej woli decydentów anglosasko-syjonistycznych. Stąd mamy słynne zawołanie, iż „Rosja zdradziła NWO”. Stało się to dzięki polityce Władimira Putina. Gdyby nie ten człowiek Rosja zostałaby podporządkowana lobby anglosaskiemu i syjonistycznemu. Mówi się dużo o globalistach, anarchistach, masonach, watykanistach, ale wszyscy ci prowadzą politykę instalowania w każdym kraju demoliberalizmu. NWO to nic innego jak światowa hegemonia republikańskich elit anglosasko-syjonistycznych. To właśnie Władimir Putin odszedł od drogi budowania państwa według ich zasad, skręcając w kierunku tradycji rosyjskich. I dlatego trzeba go wspierać. Ktoś podobny przydałby się też w Polsce.

Zachodni decydenci stworzyli wyimaginowany obraz agresywnej polityki rosyjskiej, która w rzeczywistości nie istnieje. Gdyby naprawę Władimir Putin najechał Ukrainę, to by w Kijowie już dawno powiewała flaga Federacji Rosyjskiej. Nakręcanie atmosfery strachu ma na celu stworzenie poparcia społecznego dla konieczności interwencji zachodu w sprawy ukraińskie. Kijów udowodnił swoje militarne dyletanctwo w walce z uzbrojonymi opozycjonistami. To kompromitacja wojskowa całego demoliberalizmu, który wojny wygrywa tylko i wyłącznie dzięki ogromnej przewadze liczebnej, technologicznej oraz surowcowej. Zachód bez znacznej przewagi przegrywa z kretesem. Tak oto republikańska Francja uległa dwukrotnie Rzeszy Niemieckiej. Raz Cesarstwu w 1870, a potem dyktaturze w 1940. Mówi się, że alianci pokonali Niemców. Zrobili to jednak kosztem dużo większych strat, i znacznej przewadze liczebnej. II Wojna światowa to była walka Niemiec i Japonii z całym światem. W tej wojnie obydwa te państwa powaliły na kolana kilka imperiów kolonialnych! Gdyby nie głupie błędy polityczne byliby w stanie zmieść USA z powierzchni ziemi. Niestety im się to nie udało, i mamy to, co mamy.

Rzeczywistym zagrożeniem dla świata chrześcijańskiego jest amerykanizm oraz syjonizm, których aktualnym narzędziem jest tzw. Państwo Islamskie. ISIL, Islamskie Stany Iraku i Lewantu, to bękart polityczny wykreowany przez CIA, który służy interesom amerykańskim. Ekstremizm islamski wykorzystywany jest przez neokonów jako pretekst do ingerencji w wewnętrzne sprawy niepodporządkowanych sobie krajów. Jest on narzędziem w globalnej rewolucji wyniszczającej Katechonów powstrzymujących buntowniczych anarchistów przed przejęciem władzy. Sam ISIL powstał na skutek obalenia Saddama Husseina oraz Muammara Kaddafiego. Osoby odpowiedzialne za wojnę z tymi dwoma przywódcami mają de facto na krew na rękach. Odpowiedzialni są bowiem za śmierć każdego zabitego przez islamistę. Gdyby nie obalenie tych dwóch dyktatorów, nie byłoby mowy o żadnym kalifacie, gdyż silna władza autorytarna trzymałaby ich za ryj.

Amerykanom tak naprawdę nie zależy na zniszczeniu islamistów, gdyż upadłaby ich gospodarka nastawiona na handel bronią. Demoliberalizm natomiast kolejny raz udowodnił, że jest ideologią handlarzy, a nie wojowników. Ta ideologia nie wykreuje nigdy wodzów z koncepcją. Jedynym krajem mającym dowódców jest Rosja, i prawdopodobnie Austria. Austria nie należy do NATO, i to jest duży atut tego państwa, gdyż że nie jest związana globalnym paktem podporządkowującym całe państwo interesom anglosasko-syjonistycznym. Prawdziwi wodzowie to tacy, których szkoli do wygrywania bitew. W Polsce, jak i całym NATO, nie mamy normalnego szkolenia oficerskiego. Są jedynie szkółki rozdające gwiazdki magistrom informatyki za zaliczenie przedmiotów obejmujących programy komputerowe do obsługi sprzętu. Nie są jednak szkoleni dowodzenia w tradycyjnym rozumieniu. Owocem jest fakt, iż żaden generał NATO nie ma pomysłu jak pokonać zwykła anarchistyczną hołotę uzbrojoną w karabiny, bazooki i przestarzałe czołgi. Ja wiem jak pokonać ISIL. Prosty człowiek, co czytał Ferdinanda Focha, Michaiła Tuchaczewskiego i Heinza Guderiana. Dajcie mi 20 tys. piechoty, 200 czołgów typu Leopard, 50 helikopterów typu Tiger, a najpóźniej za miesiąc pokonam kalifat. Wasze naloty nic tam nie dają, gdyż trzeba tam przeprowadzić silną ofensywę pancerną wspartą piechotą zmechanizowaną oraz wojskami aeromobilnymi.

 Nadęci profesorowie, dziennikarze, politycy i sami wojskowi zarzucą mi na pewno brak doświadczenia i brak przeszkolenia. Historia jednak dowodzi, że najlepszymi zwycięzcami są ludzie z koncepcją. Weźmy Joannę D’Arc. Nie skończyła żadnej szkoły wojskowej, nie miała żadnego doświadczenia, a Bóg dał jej natchnienie do pokonania szkolonych i doświadczonych Anglików. Obecny trener siatkarzy, zdobył mistrzostwo świata bez wielkich doświadczeń na tym stanowisku! Dajcie się wykazać młodym, ambitnym ludziom z pomysłem i nie skreślajcie ich za brak doświadczenia! Jak ktoś ma pomysł, niech dostanie swoją szansę. Każdy doświadczony był przecież kiedyś żółtodziobem! Każdy…


Pozdrawiam,
Piotr Marek

piątek, 21 listopada 2014

Konflikt na Ukrainie 2014



Konflikt na Ukrainie nie był spowodowany żadną „rosyjską agresją”, ale chciwością zachodu, który dążył do podporządkowania sobie całego terytorium tego państwa. To nie Rosja jako pierwsza zaczęła mieszać w strukturach legalnej władzy ukraińskiej, ale buntownicy z neojakobińskiej „pomarańczowej rewolucji”, którzy byli wspierani przez swoich mocodawców anglosaskich, syjonistycznych oraz zachodnioeuropejskich. Rosja bardzo długo powstrzymywała się od ingerowania w sprawy ukraińskie. Kreml podjął pierwsze działania dopiero po naleganiach ze strony prorosyjskich aktywistów.
Rewolucja wyłoniła kilka grup interesów, które po obaleniu legalnego przywódcy Wiktora Janukowycza, przejęły władzę nad Ukrainą. Najbardziej bezwzględną grupą buntowników z „Majdanu” są neobanderowcy, którzy mimo historycznych związków z nazistami obecnie cieszą się ogromnych poparciem ze strony zachodu. Samą rewolucję na Ukrainie określa się mianem „pomarańczowej”. Kolor ten jest kojarzony z doktryną polityczną republikanów, których główny filar w USA stanowi polityczna sekta „neokonów”. Historycznie kolor czerwony wskazywał na związki rewolucji z bolszewikami, obecnie zaś kolor pomarańczowy wskazuje na związki przewrotu z republikanami. Neokonserwatyści są ideologiczną mieszanką konserwatyzmu, judeochrześcijaństwa oraz republikanizmu. Ich doktryna polityczna na Starym Kontynencie nie ma racji bytu, gdyż w swej istocie służy interesom amerykańskim, jak niegdyś komunizm mimowolnie służył interesom sowieckim. Warto również dodać, że wielu przywódców kijowskiego majdanu to ludzie związani ze scjentologią lub Opus Dei, a więc z ruchami wrogimi naszemu wielowiekowemu dziedzictwu.
Prawdziwą intencją rewolucji na Ukrainie jest chęć wprowadzenia w tym kraju demoliberalizmu. Podstawowymi założeniami tej ideologii są oczywiście demokracja i liberalizm polityczny. Ponadto wiąże się z nią: wrogość do hierarchii, niszczenie tradycji, oraz nieograniczona tolerancja dla funkcjonowania przeróżnych dewiacji. Filarem tradycji państw europejskich są: autorytaryzm, hierarchia i posłuszeństwo, a w przypadku niektórych państw również imperium. W przypadku Rosji wzmacnianie imperium jest czymś naturalnym, zgodnym z wielowiekową tradycją Chrześcijańskiej Europy. Historycznie rosyjskie dążenia do mocarstwowości nigdy nie wysuwały samoczynnie roszczeń terytorialnych wobec Polski, w przeciwieństwie do aktywnego ostatnio rewizjonizmu ukraińskiego.
Nie możemy wypowiadać wojny ani Rosji Władimira Putina ani Białorusi Aleksandra Łukaszenki, gdyż wtedy de facto, zaatakujemy ostatnie bastiony szczątków naszego dziedzictwa. Przywódcy Węgier, którzy rzeczywiście działają dla dobra własnego kraju, nie wypowiadają wojny Rosji bo wiedzą, że atakując to państwo, zniszczyłyby też siebie. My powinniśmy pójść w węgierskie ślady i postąpić jak niegdyś wybitny pruski dowódca Johann Ludwig Yorck von Wartenburg, który porzucił związki własnego kraju z Napoleonem przechodząc na tradycjonalistyczną stronę cara Aleksandra I. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie zmianie kursu z prozachodniego, na prorosyjski. Zachód widzi w nas tylko tarczę do obrony ich własnych zdegenerowanych politycznych ideałów. Rosja jest jak olbrzymia polityczna zapora, która powstrzymuje nadpływającą do nas falę dekadencji.
O tym, że obecna Rosja maszeruje w kierunku tradycji przekonuje nas polityka Władimira Putina. To właśnie w Rosji dewianci poddawani są resocjalizacji, podczas gdy w Polsce, za ich krytykę można pójść do więzienia. Im dalej na zachód, tym terror ten jest silniejszy. W Rosji władze walczą o ochronę życia. Na zachodzie jest z kolei na odwrót, władze walczą o prawo do zabijania nienarodzonych i upośledzonych, każąc surowo tych, którzy się temu przeciwstawiają. W Rosji za profanację świątyni członkinie Pussy Riot poszły do łagru! W Polsce prawdopodobnie za podobny popis w Częstochowie, dostałyby własny program w telewizji. Czy zatem taką chcemy iść drogą? Gdzie się podział ten słynny „polski katolicyzm”, skoro prawicowi i katoliccy publicyści, a nawet księża, nawołują do walki z administracją państwa zwalczającą świętokradztwo? Najwyraźniej pozostał tu jedynie w sferze kulturowej, bo ten tradycyjnie rozumiany zszedł już dawno do podziemia.
Polskie elity, podające się za prawicowe, w większości na Stanach Generalnych, ze swoimi poglądami reprezentowałyby stronę rewolucyjnej lewicy! Przesiąknięte są bowiem: republikanizmem, tolerancją i „prawami człowieka”, czyli antywartościami, które doprowadziły w konsekwencji do pierwszego w historii nowożytnej masowego ludobójstwa mającego miejsce podczas rewolucji we Francji. Szczyt swojego zwyrodnienia republikanie osiągnęli podczas masakry rojalistów w Wandei! Pomimo masowego poparcia dla paryskich władz ze strony przywódców amerykańskich, stowarzyszeń demokratycznych oraz organizacji wolnomularskich, niektóre rządy wystąpiły zbrojnie przeciwko rewolucji. Były to władze: Prus, Austrii, Związku Niemieckiego i przede wszystkim Rosji. Niestety ich wojska zostały uwiązane lokalnymi zamieszkami, przez co siły prusko-niemieckie przegrały na froncie francuskim. To dało zwycięstwo rewolucjonistom, którzy stworzyli we Francji podwaliny do przejęcie władzy w tym kraju przez Napoleona. Skutkiem jego polityki było zalanie krwią całej Europy. W taki bandycki sposób francuscy republikanie rozprzestrzeniali w Europie demokrację i „prawa człowieka”. Dużo się mówi o „zbrodniczych systemach”, ale nikt nie raczy wspomnieć, że pierwszym takowym była właśnie demokracja!
Nauczeni przykładem konsekwencji rewolucji we Francji, nie możemy pozwolić na bezkarne masakrowanie ludności neojakobinom z Kijowa. Separatyści broniący de facto prawowitej władzy są jak współcześni powstańcy z Wandei. Możemy zauważyć wiele analogii między tymi dwoma przewrotami. We Francji obalono legalny rząd, a następnie zamordowano głowę państwa wraz z całą jego rodziną. Dokonano bluźnierczego aktu królobójstwa. Na Ukrainie obalono również prawowitego przywódcę państwa. Wiktor Janukowycz jest więc w pewnym sensie współczesnym Ludwikiem XVI, który na szczęście uniknął publicznej egzekucji, ale nie uniknął kampanii oszczerstw pod jego adresem. Kolejną analogią są występujące w obu przewrotach kontrrewolucje w obronie prawowitego porządku. Obywa spotkały się z równą nienawiścią ze strony zwolenników nowego porewolucyjnego ładu. We Francji jakobini nieludzko rozprawili się z powstaniem w Wandei. Zwłoki zabitych profanowano bądź wykorzystywano do produkcji przedmiotów codziennego użytku. To właśnie demokracji z Paryża, a nie naziści z Niemiec jako pierwsi wytwarzali torebki, buty i rękawiczki z ludzkiej skóry. Nikt jednak nie raczy o tym powiedzieć. Na Ukrainie porewolucyjna władza okazała część swojego zwyrodnienia podczas nieudanych prób masakry bojowników z Donbasu. Ciała mordowanych ludzi podpalano, aby zatuszować ślady po użytych narzędziach zbrodni. Kontrrewolucjonistów ocalił solidaryzm słowiański i mądrość wielu ludzi, którzy poznali już zgubne skutki zachodnich ideologii. Życzmy więc powodzenia zarówno Władimirowi Putinowi, jak i samej Noworosji, gdyż ich sukces wielkim będzie tryumfem świata tradycyjnego nad światem porewolucyjnym.

Dziękuję,
Piotr Marek

wtorek, 11 listopada 2014

Piotr Marek - Kandydat do Sejmiku Województwa Lubelskiego



Kandyduję do lubelskiego Sejmiku Wojewódzkiego. Mam zaszczyt startować jako lubelski lider KW LPR, stąd chcę z grubsza przedstawić co bym chciał zrobić w ramach jego kompetencji.


1. Stanowienie aktów prawa miejscowego, w szczególności statutu województwa, zasad gospodarowania mieniem wojewódzkim, zasad i trybu korzystania z wojewódzkich obiektów i urządzeń użyteczności publicznej

Mienie użyteczności publicznej należy do nas wszystkich, dlatego w interesie każdego mieszkańca Lubelszczyzny powinno leżeć zadbanie o to, aby było ono jak najwyższej jakości. W zasadzie jest to temat rzeka, i długo by o nim opowiadać. Po prostu należy o mienie wspólne dbać, ustalać proste i jasne zasady jak z niego korzystać, i przestrzegać procedur, a nikomu i niczemu nic się nie stanie.

2. Uchwalanie strategii rozwoju województwa oraz wieloletnich programów wojewódzkich

Uważam za priorytet rozwój gospodarczy naszego województwa, poprzez wspieranie rozwoju lokalnych inicjatyw zajmujących się technologią oraz inżynierią. Problemem Lubelszczyzny jest bezrobocie i zacofanie technologiczne, więc należy podjąć wszelkie kroki które te dwa problemy rozwiążą w sposób trwały i efektywny. Dodatkowo zamierzam walczyć o większy rozwój energetyki cieplnej oraz górnictwa węglowego. Choć Lubelszczyzna nie Śląsk, ale zakłady produkujące technologię wykorzystywaną w górnictwie na pewno przyczynią się do rozwoju i spadku bezrobocia w regionie. Tutaj istotnym moim postulatem jest silniejsza współpraca Lubelszczyzny ze Śląskiem w ramach „podobieństwa górniczego” obydwu województw. Ponadto jako sentymentalista miłujący wartości narodowe uważam, że szczególnie ważne powinno być dla nas wspieranie krajowego przemysłu oraz rodzimych inwestorów. Współpraca z zagranicą również wchodzi w grę, ale tylko z najlepszymi, i mam na myśli tutaj Niemców i Japończyków. Ci piersi przodują w przemyśle mechanicznym i technologiach produkcyjnych, ci drudzy w elektronice i informatyce. Jedni i drudzy produkują najlepsze samochody, więc tylko głupiec porzuciłby z nimi współpracę.

3. Uchwalanie planu zagospodarowania przestrzennego

Jako tradycjonalista zamierzam walczyć z profanacją miejsc historycznych. Starówki i okolice zamków nadal muszą zachować swoje tradycyjne walory, zaś galerie, centra handlowe i inne bałwochwalcze pomniki demoliberalizmu mają być lokalizowane z dala od tych pomników historii. Na profanację miejsc istotnych dla Polaków nie będzie miejsca, chyba, że chcemy stać się republiką bananową.. Jak patrzę na zamek nie chcę aby moje oczy były katowane widokiem ohydnej galerii, hipermarketu czy innego tego typu monstrum. Podkreślam tutaj, że niczego nie zamierzam burzyć, ale będę zabiegać o to, aby nie zrobić z dzielnic historycznych demoliberalnego jarmarku.

4. Podejmowanie uchwały w sprawie trybu prac nad projektem uchwały budżetowej
5. Podejmowanie uchwały w sprawie szczegółowości układu wykonawczego budżetu województwa
6. Uchwalanie budżetu województwa
7. Określanie zasad udzielania dotacji przedmiotowych i podmiotowych z budżetu województwa
8. Rozpatrywanie sprawozdań z wykonania budżetu województwa, sprawozdań finansowych województwa oraz sprawozdań z wykonywania wieloletnich programów województwa

W zasadzie wszystkie punkty od 4 do 8 sprowadzają się do tego samego. Jest pięć głównych punktów dotyczących zagospodarowania budżetu województwa. Są to: edukacja, inwestycje, sport, środowisko i zdrowie. Moja koncepcja dla nich to: 10% na edukację, 45% na inwestycje, pozostałe punkty po 15%. Dlaczego najmniej na edukację? Gdyż finansowanie fabryk bezrobocia nastawionych pod etaty dla belfrów zatrudnionych po znajomości to wyrzucanie publicznych pieniędzy w błoto! Dublowanie wielu kierunków humanistycznych, menadżerskich czy jakiś pseudo-technicznych hybryd zarządzania i inżynierii nie będzie miało u mnie poparcia. Konkretne nauki stricte techniczne oraz medyczne będą finansowane za to na poziomie wyższym, naturalnie po pozyskaniu na nie funduszy wynikających dzięki odcięciu od finansowania różnych głupot. Jestem człowiekiem aktywnym, i uważam, że przyszłość województwa leży w zdrowiu i sprawności jego mieszkańców, stąd postuluję, żeby dać nieco większy nakład na sport, zdrowie i środowisko. Jednak główną bolączką Lubelszczyzny jest bezrobocie wynikające z zacofania technologicznego tego województwa. Młodzi Polacy z tego powodu uciekają stąd bez zamiaru powrotu. Dlatego aby ich zatrzymać musimy inwestować, inwestować i przede wszystkim inwestować. Bez inwestycji i przychodów jakie one przynosi nie będzie można o czymkolwiek rozmawiać.

9. Podejmowanie uchwały w sprawie udzielenia lub nieudzielenia absolutorium zarządowi województwa z tytułu wykonania budżetu województwa

Powiem tak, jak się okaże, że inwestycje mają daleko w poważaniu, i będą trwonić nasze pieniądze na nieproduktywną edukację to im absolutorium udzielać nie zamierzam. Nawet jak im sejmik je przydzieli, z racji większości, to i tak nie dzięki mojemu mandatowi.

10. Uchwalanie przepisów dotyczących podatków i opłat lokalnych

Jestem zwolennikiem niskich podatków, minimalizacji biurokracji oraz walki z obciążeniami inicjatywy gospodarczej w województwie. Nie wiem na ile będzie mi dane podziałać, ale postaram się zrobić w tej sprawie jak najwięcej w ramach moich kompetencji. Jak wspomniane kompetencje radnego okażą się wystarczające, będę z inicjatywami chodzić do biur poselskich.

11. Podejmowanie uchwał w sprawie powierzenia zadań samorządu województwa innym jednostkom samorządu terytorialnego

Wiadomo, Sejmik obradujący w Lublinie nie będzie znał od podszewki problemów mieszkańców Hrebennego, i będzie potrzeba przekazać pałeczkę lokalnym działaczom, gdyż oni będą mogli rozwiązać problem szybciej, efektywniej i trafniej niż my w stolicy województwa.

12. Uchwalanie Priorytetów współpracy zagranicznej województwa
Zapewne Sejmik zdominuje PiS, PO, Lewica Razem, PSL, więc będzie mi bardzo, bardzo ciężko cokolwiek zwojować. Zapewne będzie wielkie wymachiwanie ukraińskimi flagami, umizgi do syjonistów, banderowców, rewolucjonistów, buntowników i wbijanie szpilek w serce Rosji. Ja natomiast uważam tą strategię za zgubną dla kraju i województwa, więc postuluję współpracę z sąsiadami, zarówno Rosjanami, jak i Niemcami. Z każdym z tych krajów historycznie udało nam się nawiązać układy, i to bijące na łeb sojusze z Francją czy przeklętym USA.

Punkty 13-20 wyjdą w praniu, tj. wynikają z pracy już jako takiej, także omawianie ich nawet z grubsza nie ma sensu. Postanawiam dodać coś od siebie.

Jako radny będę: nieprzekupny, tradycjonalistyczny, propaństwowy, militarystyczny, zdyscyplinowany, pilny, sumienny, uczciwy, silny, niezależny i kompetentny. Jak ktoś mi nie wierzy, niech spyta moich wieloletnich znajomych.

Piotr Marek,
kandydat do Sejmiku Wojewódzkiego.
Numer 1 KW Liga Polskich Rodzin w Lublinie.
Głos oddany na kogoś innego jest głosem straconym!!!

czwartek, 14 lutego 2013

Kraków jako Stolica Polski

        Historycznie uważam Kraków, a nie Warszawę, za prawowitą SPiotr Marek_Kościół Mariackitolicę Polski. Kraków był piastowskim miastem królewskim, zbudowanym do roli miasta stołecznego. Warszawa została stolicą z potrzeby chwili, na polecenie szwedzkiej dynastii Wazów. Powód był błahy – z Warszawy było bliżej do Szwecji. Jako Polski Tradycjonalista proklamuję przywrócenie Krakowa jako stolicy. Z narodowego punktu widzenia również moje stanowisko jest słuszne. Kraków był stolicą „pierwszej polskiej dynastii”. Warszawa została stolicą z powodu kaprysu „obcej dynastii”.
         W Warszawie byłem wiele razy. W Krakowie na razie jeden raz. Warszawa niczym nie przewyższa Lublina. Jest to taki „większy Lublin, z mniejszym bezrobociem”. Jest więc to takie samo miasto, ma starówką, ale „czuć w nim ducha rewolucji”. W Krakowie natomiast mamy dobrze zachowaną starówkę, zaś przechodząc się jej uliczkami można poczuć „ducha tradycji”. Idąc nią można się poczuć jak w czasach rycerstwa z tą różnicą, że do klimatu tamtych czasów „dorzucono” samochody, komórki i elektryczność. Jednym słowem to miasto wymarzone dla tradycjonalisty. Nie byłem nigdy w Poznaniu, ale też zamierzam się tam wybrać. Poznań zawiera tradycyjne „pruskie budownictwo”. Jest to architektura biała,okalana ciemnym drewnem, przypominająca zachodnioeuropejskie budownictwo czasów Średniowiecza. To moja ulubiona architektura, a mamy jej tam sporo. Z pewnością poczułbym w tym mieście ducha „konserwatyzmu walczącego”. Takiego, co dzierży bagnet i nosi pikielhaubę. Takiego, co spuszcza łomot masom w błękitnych kurtkach i czapkach fryzyjskich…
         Zwiedziłem kilka polskich miast. Zwiedzę kilka niemieckich, rosyjskich i austriackich w niedalekiej przyszłości. Kraków to miasto, w którym jest dużo miejsca, gdzie można poczuć „ducha tradycji”. Stąd należy mu się miano Stolicy Polski. W Warszawie tego nie ma, jest zbyt „nowoczesne” jak dla mnie.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

czwartek, 31 stycznia 2013

Niemiecka muzyka wojskowa

         Ludzie preferują różne typy muzyki. Ja najbardziej lubię dwa gatunki: klasyczną (Wolfgang A. Mozart, Joseph Haydn, Ludwig van Beethoven, Richard Wagner) oraz wojskową (Panzerlied, British Grenadiers). Ta druga jest rozumiana jako typowo żołnierska (układana na froncie przez walczących), jak i komponowana specjalnie (przez mistrzów artystycznego rzemiosła). Za najlepszą w swojej klasie uznaję niemiecką muzykę wojskową. Cechuje ją dynamika, prostota tekstu, pogoda ducha, nastawianie na zwycięstwo. Wiele z nich jest jednak bardzo trudnych do śpiewania dla laików i początkujących. Wynika to z obecności licznych przejść oraz niespodziewanych skoków rytmu.
         Z wykształcenia, ani de facto z zamiłowania, nie jestem muzykiem, więc nie wdaję się w szczegóły. Postaram się krótko scharakteryzować dlaczego właśnie niemiecka muzyka wojskowa najbardziej przypada mi do gustu. Odpowiem też dlaczego polska muzyka wojskowa nie jest moją ulubioną.
         Zacznę od drugiego. Muzyka wojskowa dla mnie ma być historią wojskową. Opowiadać o czynach żołnierza, gloryfikować jego sukcesy, dawać poczucie dumy ze służby w armii własnego kraju. W polskiej muzyce niestety tego nie ma. Zazwyczaj bohater najpierw „dostaje kosza od swojej laski”, następnie w uniesieniu miłosnego zawodu zaciąga się do służby, po czym ginie. Pieśń taka jest pesymistyczna, nie podnosi morale, a perspektywa śmierci dobra jest jedynie dla szalonego romantyka. Brak w takiej pieśni odwołania do dobra państwa, radości ze służby we własnej formacji, lojalności wobec legalnej władzy, nadziei na zwycięstwo. Jasieńko „dostający kosza” i „padający pod jarem” niestety nie jest dobry dla żołnierzy, których zadaniem jest pokonać nieprzyjaciela. Jest dobry dla sfrustrowanego romantyka, a nie dla realisty. Pieśń wojskowa ma być wojskowa, więc ma nie być tragicznym romansem. Chcę zwyciężać dla dobra kraju, a nie ginąć w porywie miłosnego zawodu!
         Wojskowa muzyka niemiecka nie zawiera wątków nieszczęśliwej miłości. Bohater jej ostatecznie nie ginie, lecz raduje się ze zwycięstwa. Niemiecką muzykę wojskową cechuje dynamika. Utwór jest żywy, szybki, nastawiony na uniesienie słuchacza. Opowiada nie tyle o jakiejś konkretnej historii pojedynczego żołnierza, ale o pozytywnych emocjach jakie towarzyszą wszystkim w chwili służby oraz walki. Muzyka taka podnosi morale, oraz zachęca do zwyciężania. To jest właściwy cel żołnierza! Nie ginąć, ale zwyciężać! Szczególnie pozytywne emocje odczuwam po moim ulubionym marszu Panzerlied. To pieśni czołgistów „Panzerwaffe”. Utwór ten słucham zarówno wtedy, gdy odczuwam potrzebę podniesienia na duchu, jak i wtedy, gdy chcę uczcić swoje sukcesy melodią zwycięzców najlepszych w swojej klasie (niemieccy pancerniacy to taki sam gwarant jakości jak polscy kawalerzyści czy brytyjscy marynarze swego czasu). Tematyka niemieckiego marszu dotyczy pozytywnych uczuć wynikających z wojaczki. Zawiera również element lojalności wobec własnego państwa, miłości do osoby władcy lub przywódcy, gloryfikuje tradycyjne wartości każdego europejskiego państwa. Jej bohaterowie idą w bój jako zwycięzcy. Idą w bój jako najlepsi żołnierze. Idą w bój jako ci, dla których walka jest kluczem do zwycięstwa. Idą w bój by radować się z sukcesu własnego kraju. Celem ich jest pomyślne życie we własnej ojczyźnie. Taka powinna być pieśń wojskowa. Nie dziwi mnie, że Niemcy są od Polski silniejsi. Nie czyni Niemców silniejszymi większa populacja, większe terytorium, bardziej rozwinięta gospodarka. Czyni ich takimi rozsądne podejście do polityki, realizm, prawidłowe podejście do wojny, rozsądniejsze podejście do życia. Gdy osiągniemy taki sam stan ducha jak Niemcy, będziemy tak samo silni, jak oni. A Niemcy cenią siłę. Gdy zobaczą, że Polska tak samo silna jak oni, inaczej będą z nami rozmawiać!
         Przeciwnicy Panzerlied mogą zarzucać, iż śpiewali ją czołgiści puszczający ludność Warszawy przed „Tygrysy”. Po pierwsze „Tygrysy” (Panzerkampfwagen VI „Tiger”) to były czołgi ciężkie, których Niemcy nie puszczali byle gdzie (bo nie mieli ich zbyt wiele). Po drugie taktyka niemiecka miała na celu ograniczenie ilości ofiar własnych, kosztem ludności cywilnej nieprzyjaciela. Fakt, że ci czołgiści walczyli przeciwko nam, wynika głównie z prozachodniej polityki władz sanacyjnych, dla których opinia Londynu i Paryża była ważniejsza dobro Polski i kontynentu. Jeszcze  bodajże do 1939 roku Adolf Hitler nie wykluczał wspólnego wariantu ataku ZSRR z Polską i Japonią w sojuszu. Dlaczego nie skorzystano z tej szansy? To już inna historia. Faktem jest, że z jednej strony niemiecka taktyka może wydawać się straszna. Oto bezbronni ludzie puszczani przed gąsienice 57-tonowych potworów. Jednakże z drugiej strony ci sami ludzie nie widzą nic złego w bombardowaniu z wysokości 2 kilometrów jeszcze bardziej bezbronnych żołnierzy w koszarach! Czyż cywil z kamieniem nie ma większych szans w starciu z czołgiem (zatkanie wylotu lufy), niż żołnierz z karabinem wobec bombowca na wysokim pułapie? Oczywiście, że większe szanse ma ten pierwszy! Taktyka niemiecka, stosowana de facto przez wiele innych armii, miała na celu zwiększenie bezpieczeństwa własnych jednostek kosztem obcej ludności. Stosowano ją nie tylko w Polsce, ale też i we Francji, oraz ZSRR. Sowieci również ją praktykowali. To taktyka kogoś, dla kogo życie żołnierza jest cenniejsze od przypadkowego cywila, to taktyka kogoś, dla kogo życie własnego rodaka jest cenniejsze od życia obcego. Życie, za życie. Nic szokującego dla dowódcy. Nie chciałbym służyć w formacji, dla której życie cywilnej dziwki czy pijaka jest cenniejsze od mojego, żołnierskiego. Jeżeli taki jest teraz standard NATO, to ja się z niego wypisuję! Wstąpię do Specnaz, jak kiedyś, uczynił Leon Degrelle,walcząc w Waffen-SS.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 28 października 2012

Ja, „rosyjski agent”

        Do tej pory uważałem romantyzm za domenę jedynie politycznych zadymiarzy mieszających katolicyzm z jakobinizmem. Jednak po 25 października 2012 roku wyzbyłem się wszelkich złudzeń. Dotarł do mnie szokujący fakt, że ta zgubna dla Polski ideologia,  popularna jest pośród młodzieży wykształconej „nie humanistycznie”. To oznacza, że mam dużo pracy w dziedzinie uświadomienia historycznego nieszczęśników w moim wieku. Droga, którą niechlubnie kroczą, skazuje nasze państwo na fatalne zabetonowanie rodzimej sceny politycznej pomiędzy dwie przyjazne demoliberalizmowi, syjonizmowi i rewolucjonizmowi partie: PO i PiS.
         Romantyzm w swej naturze jest zaprzeczeniem Realizmu. Polska odmiana romantyzmu, związana z tradycją powstańczą, ma korzenie jakobińskie. XIX-wieczne powstania na ziemiach polskich, przygotowywane były w zgodzie z wytycznymi francuskich i amerykańskich republikanów. Była to ideologia o laickim, oświeceniowym rodowodzie, na polski grunt zaszczepiona dzięki sprytnej syntezie tejże z katolicyzmem. Powstania rujnowały zabiegi dyplomatyczne Realistów, którzy latami pracowali na coraz korzystniejsze dla Polaków warunki pod zaborami. Praca ich polegała na stopniowym, oraz skutecznym, budowaniu polskiej państwowości u boku Carskiej Rosji (najczęściej) lub Królestwa Pruskiego (rzadziej). Realiści kierowali się poszanowaniem Tradycji kształtującej Narodowe Dziedzictwo Polski. Romantycy to dziedzictwo odrzucili na rzecz utopijnych ideałów rewolucji „amerykańskiej” i „(anty)francuskiej”. W ich chorym zamyśle setki lat polskiej tradycji były „średniowiecznym ciemnogrodem”. Odrzucili je zatem jakby nigdy nic. A te wartości kształtowały naszą tożsamość w ramach Cywilizacji Europejskiej. Były więc bardzo ważne. Odrzucenie ich było de facto wyrzeczeniem się kluczowych elementów składowych Polskości. W obliczu tego, współcześni ich spadkobiercy, określający się bezprawnie mianem „prawdziwych patriotów”, są w rzeczywistości „prawdziwymi grabarzami” Polskiego Dziedzictwa.   
         Ja określam siebie jako Realistę. Z tego względu szanuję średniowieczny i piastowski rodowód Polski. To oznacza, że dziedzictwo naszego państwa scharakteryzowane jest wartościami związanymi z tym okresem. Jedną z takich wartości jest chociażby Autorytaryzm. Opiera się on na wzajemnej korelacji autorytetu władcy i szacunku do niego ze strony podwładnych. Respektowana jest poprzez szacunek wobec legalnej władzy. Drugą ważną wartością jest choćby solidarność wobec własnych rodaków. Naród jest w tej tradycji  pojmowany jako wspólnota ducha, krwi, cywilizacji i pochodzenia. Pojęcie narodu nie jest tożsame z pojęciem społeczeństwa (ogółu mieszkańców państwa) oraz obywateli (ogółu uprawnionych mieszkańców państwa). Polacy to potomkowie ludzi od pokoleń pracujących i walczących dla dobra państwa polskiego. Nie są to więc „pierwsze lepsze” przybłędy, kupujące swoją „narodowość” za głupotę lub dolary. Kolejną wartością jest własność, która była respektowana zarówno w systemie feudalnym, jak i późniejszym narodowym oraz katolickim korporacjonizmie. Liberalizm i socjalizm wypaczyły pojęcie własności. Jeden odrzucił fakt, iż coś może być wspólne (jak droga czy most kolejowy), drugi zaś odrzucił własność prywatną (jak dom czy ziemia). Kolejnymi wartościami są: język, ziemia, dziedzictwo przodków czy tradycyjna religia. Wszystkiego tego jestem świadomy dzięki latom studiów nad polityczną, wojskową i kulturalną historią Europy.
         Kim dokładnie jest Realista? To człowiek. Który między innymi: twardo chodzi po ziemi, wyzbył się zgubnych ideałów i w zgodzie z faktycznymi możliwościami mierzy potencjał swojej grupy na politycznej szachownicy. W polityce zagranicznej stara się ugrać jak najwięcej w obecnie panującej sytuacji. Realista broni jak najwięcej części składowych dziedzictwa jego wspólnoty. Dobiera takich sojuszników, którzy będą jak najkorzystniejsi dla wzmacniania własnych wielowiekowych tradycji. W średniowieczu, kiedy wszystkie państwa respektowały takie same wartości, praca realisty była bardzo prosta. Polegała jedynie na doborze sojusznika najlepiej sprzyjającego potędze własnego państwa. Trzy wydarzenia świata zachwiały te tendencje po dziś dzień. Były to kolejno: Rewolucja w Anglii (1640-1660), Rewolucja Amerykańska (1775-1783), Rewolucja we Francji (1789-1793). W przypadku Rewolucji Angielskiej mieliśmy do czynienia z pierwszymi, nieśmiałymi próbami całkowitego odrzucenia wielowiekowych tradycji. Pozostałe dwa wydarzenia były bardziej radykalne. Po nich nastąpiła zmiana w podejściu do sojuszu z innymi państwami. W grę zaczął wchodzić także światopogląd jakim dane państwo się kieruje. USA, Republika Francji czy Republika Włoch reprezentowały wojujący rewolucjonizm. Carska Rosja czy Królestwo Pruskie były z kolei bastionami reakcji (a więc tradycji). Republiki kierowane były przez politycznych zadymiarzy: jakobinów, karbonariuszy, i innych rewolucyjnych wywrotowców. Państwa „Świętego Przymierza” zaś, kierowane były przez królów i cesarzy ucieleśniającymi autorytet władzy. Realista Polski był świadomy, że budowa państwa respektującego nasze wartości cywilizacyjne, możliwa jest jedynie w sojuszu z pogromcami agresywnego rewolucjonizmu. Dlatego też Roman Dmowski, Władysław Studnicki czy Józef Haller prowadzili politykę niepodległościową Polski w oparciu o sąsiadujące ze sobą konserwatywne Cesarstwa. W wieku XX groźba komunistycznych rewolucji, bądź fali agresywnego republikanizmu zachodniego, zmuszała realistów do współpracy z dyktaturami faszystowskimi. Reżimy te, choć tylko w pewnym skrawku całokształtu światopoglądu, zachowywały jeszcze szczątki dziedzictwa cywilizacyjnego. Przykładem tego może być choćby ogromny respekt dla legalności władzy pośród żołnierzy SS. Współcześnie nie ma państwa w pełni ucieleśniającego chrześcijańskie wzorce państwa Średniowiecznej Cywilizacji Europejskiej. Ostatnim takim systemem było Cesarstwo Austro-Węgier. W XX wieku nie istniały reakcyjne monarchie, ale za to były wzorujące się na nich Autorytarne Narodowe Dyktatury (choćby Hiszpania Francisco Franco). Dziś pierwiastki tegoż dziedzictwa zachowywane są choćby przez Rosję Władimira Putina czy Białoruś Aleksandra Łukaszenki. Systemy te są katechoniczne, czyli powstrzymujące przez całkowitą moralną degrengoladą zachodniej rewolucji laickiej, syjonistycznej i demoliberalnej. Dlatego, jako realista wiem, że w oparciu tylko o te państwa jest cień szansy na odrodzenie naszej cywilizacji. Stąd jestem świadomym politykiem prorosyjskim XXI wieku. Popieram także teoretyczną koncepcję „Trójkąta Kaliningradzkiego” (Polska, Rosja, Niemcy). Jednak Niemcy widzę w nim jako państwo historyczne, zwalczające polityczne burdy, a nie współczesną republikę, tak samo oderwaną od swoich korzeni jak III/IV Rzeczpospolita. Obecnie Polska wcale nie prowadzi polityki „płaszczenia się względem Rosji”. Kto twierdzi inaczej, ten „odwraca kota ogonem”. Polska jest dziś narzędziem, w rękach zachodnich syjonistów oraz neokonserwatystów, które osłabia białoruską administrację, i wspiera destabilizację samodzielnej Rosji. Rządzący Polską spadkobiercy romantyków, sami prowadzą politykę „płaszczenia się przed zachodem”. Wiernie realizują wywrotowe wytyczne Brukseli, oddają za bezcen krajowy majątek zachodniemu kapitałowi, podlizują się zbrodniczym syjonistom, oraz przyjmują zgniłe ochłapy od Waszyngtonu za cenę polskiej krwi. Każdy, kto ten fatalny stan rzeczy chce zmienić, zyskuje przydomek „rosyjskiego agenta”, bądź „wroga demokracji”. Takie są fakty!
         Rosja na dzień dzisiejszy jest najkorzystniejszym partnerem dla Polski. Postrzega nas jako sojusznika w walce ze światową hegemonią neokonserwatyzmu. W RFN widzimy ogromne tendencje na przyzwolenie dla działalności różnych ziomkostw chcących anektować dla siebie znaczną część naszych zachodnich terytoriów. Republika Francji to najbardziej zdegenerowane państwo Europy kompletnie nie nadające się na sojusznika. Jej hegemonia w Europie oznaczałaby totalną laicyzację i jakobinizację całego kontynentu. USA to już dno totalne. Państwo to jest zbudowane na wartościach XVIII-wiecznych rewolucji, a więc na fundamentach wrogich naszej Cywilizacji. Stanowi zagrożenie nie tylko cywilizacyjne, ale i terytorialne. Stany Zjednoczone za swój cel biorą światową dominację, w imię rozprzestrzeniania antywartości „rewolucji amerykańskiej”, kosztem wiekowych tradycji wszystkich państw. W tym kraju kluczową rolę odgrywa „zakon neokonserwatystów”, czyli nieformalna tajna grupa skupiająca tamtejsze elity polityczne. Kształtuje ona od dziesięcioleci politykę zagraniczną tego państwa. Ma ścisłe związki z syjonistami, których wspólnym celem jest globalna hegemonia na gruzach tradycyjnych cywilizacji. Dowodzą tego kolejne wojny krok po kroku eliminujące główne bastiony oporu przed ich hegemonią.
         Po wyraźnym przedstawieniu swojego politycznego stanowiska, dnia 25 października 2012 roku, zostałem przez koleżankę ze studiów, określony sławetnym mianem „rosyjskiego agenta”. To nie pierwszy raz w moim życiu, ale pierwszy raz poza forum internetowym. Kiedy tylko z jej ust to usłyszałem, od razu wiedziałem, iż reprezentuje typowo romantyczne spojrzenie na politykę. Jej późniejsze argumenty to potwierdziły. Zostałem nazwany „rosyjskim agentem”, bowiem opowiadam się za partnerskim sojuszem Polski i Rosji, który na chwilę obecną jest jedynym korzystnym dla nas układem. Choćby nie wiadomo jak wiernopoddańcze peany padały ku czci Brukseli, Tel-Awiwu czy Waszyngtonu, to zawsze dla romantyków będą one „polską polityką zagraniczną”. Z kolei najmniejsza próba budowania najkorzystniejszego sojuszu Polski ze słowiańską Rosją, będzie w ich oczach wyrazem „agenturalności”. Terminologia „rosyjskiego agenta” jest  typowa dla romantyków i niepodległościowców, dla których „agenci” są szkoleni jedynie w Moskwie i czasem też w Berlinie. Niezaznanym z tematem dodam, że już wcześniej dowiedziałem się o tym, że jestem „rosyjskim agentem”. Dowiedziałem się również, że jestem „pułkownikiem KGB”, „parobkiem Kremla” oraz „oficerem dyżurnym GRU”. Kiedy wypowiadałem się pozytywnie o Francji Vichy, czy Leonie Degrelle, dowiedziałem się także, że jestem dodatkowo „agentem niemieckim”, „kombatantem SS” (Schutzstaffel, na szczęście nie ta „sekta”) oraz „byłym hitlerowcem”. Oskarżano mnie także o neopogaństwo (no ba, w końcu porządny ze mnie „niemiecki nazista”). Jedni wytykali mi sympatie prorosyjskie, inni wmawiali proniemieckie, a jeszcze inni mieli mi za złe tradycjonalizm katolicki. Jednym słowem, ważna ze mnie osobistość, podwójny agent z ogromnymi wpływami w Watykanie. Ciekawe jak w moim wieku wytłumaczyć „hitlerowską przeszłość”? Może jako odhibernowanego w Argentynie oficera SS przebudzonego w momencie gdy towarzysze pomyśleli, że „już czas”? Odkładając żarty na bok, moi polityczni oponenci dowodzą swoich poważnych urojeń. Ich ataki płynące pod moim adresem były serią zaprzeczających sobie pomówień. Nie mogłem być bowiem „tradycjonalistą katolickim” i „neopoganinem” zarazem. Prawda jest taka, że ludzie ci za wszelką cenę próbują przeforsować swoje stanowisko jako „jedyne słuszne dla państwa”. Nie prowadzą przy tym jednak analizy historycznej, tylko opierają swoje przypuszczenia jedynie o powszechnie dostępne źródła. Te są zaś tworzone głównie przez spadkobierców powstań i rewolucji. I w tym tkwi źródło naszego niezrozumienia. Ja jestem politycznym realistą, prowadzącym politykę w duchu tradycjonalizmu, oni zaś romantykami, którzy kierują się „emocjonalnym patriotyzmem”, uczuciem, a nie rozumną analizą.
         Ośmieliłem się także skrytykować osobę nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego koleżanka również mi nie wybaczyła. Prezydent ten był dla narodowca czy konserwatysty zły. Podobnie jak wielu innych, ale to już inna historia. To właśnie prezydent Lech Kaczyński podpisał „Traktat Lizboński”, pozbawiający Polskę suwerenności na rzecz dyktanda Brukseli. Swoimi poglądami ucieleśniał dziedzictwo romantycznych rewolucji XIX wieku. Sympatyzował z NATO-wskimi i syjonistycznymi agresorami. Był wrogi dziedzictwu ruchu narodowego, wrogi tradycyjnemu katolicyzmowi, wrogi wszelkim przejawom reakcji. Narodowa i konserwatywna linia polityczna była mu obca, zaś bliski mu był fatalny romans Polski z NATO i UE. Interesy polskie były dla niego tożsame z amerykańskimi i izraelskimi. Poróżniał Polskę ze słowiańską Rosją, popierał destabilizację Białorusi, wspierał swoją osobą gruzińskich podżegaczy wojennych (popieranych przez USA oraz Izrael). Identyfikował się bardziej z kulturą żydowską niż z tradycjami polskimi. To nie koniec fatalnych jego posunięć. Można byłoby je wyliczać akapitami. Był politykiem syjonistycznym, neokonserwatywnym, ale z całą pewnością nie polskim. I to ma być „dobry prezydent”?
         Droga moja koleżanko, moi polityczni oponenci. Porzućcie błędną romantyczną myśl polityczną! Nie idźcie tą drogą!!! Prowadzi ona bowiem do politycznego i gospodarczego unicestwienia Polski. Przejdźcie na rozsądne ścieżki politycznego realizmu, będącego jedynym gwarantem potęgi naszego państwa. To zabiegi realistów, pracujących u boku reakcyjnych państw: Rosji, Austrii czy Niemiec, przybliżały Polskę do niepodległości. To realizm marszałka Philipa Pétaina, uchronił Francję przez milionami ofiar. Realizm polityczny polega na podejmowaniu takich działań, które dają maksymalne korzyści w danej sytuacji. Do takich działań bynajmniej nie należy obecnie konflikt z Rosją. Realizm objawia się na doborze takich partnerów politycznych, którzy będą jak najlepszymi gwarantami bezpieczeństwa naszych interesów oraz tradycji cywilizacyjnych. Dlatego należy obrać kurs na sojusz z katechoniczną Rosją, przeanalizować możliwości wdrożenia „Trójkąta Kaliningradzkiego” i porzucić rewolucyjny zachód, kroczący drogą wartości obcych temu, z czego wyrastamy. Nie wolno nazywać realistów „agentami”. Należy ich wysłuchać, wziąć sobie do serca ich argumenty, i kierować się nimi w życiu i w polityce.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 21 października 2012

Publicysta nie jest nieomylny!

          Ale chamówa! Takie oto słowa cisną mi się na usta po lekturze części komentarzy do moich felietonów. Piszący je najwyraźniej zapominają, że jestem takim samym człowiekiem jak i oni. Z tego względu mi także mogą przytrafić się błędy, mogę o czym zapomnieć, lub najzwyczajniej w świecie, mogę o czymś nie wiedzieć. Należy mieć to na uwadze, gdy zostawia się komentarz nie tylko pod moim tekstem, ale i innych publicystów wyrażających opinie podobne do moich.
         Współczesna publicystyka jest w pewnym sensie obarczona ryzykiem. Felietonista tradycjonalistyczny, prezentujący swoje treści, naraża się na ataki ze strony politycznych oponentów. Czyni to jednak dla dobra umiłowanej mu społeczności. Społeczność ta nie zawsze niestety mu się odwdzięcza. Cóż, taka dola działacza. W każdym bądź razie kieruje się dobrem narodowym, chęcią restauracji naszych wielowiekowych tradycji. Proszę więc o współpracę, i ewentualne uzupełnianie moich publikacji o rzeczowe i merytoryczne komentarze. Gdy zdarzą mi się braki w informacji na jakiś temat, to wynikają one bądź ze zwykłego zapomnienia, bądź niepewności co do ich autentyczności. Czasem może brakować mi materiałów źródłowych, stąd także staram się unikać tego typu faktów w swoich publikacjach. Rozumieją to jednak narodowi i tradycjonalistyczni komentatorzy. Z nimi chętnie współpracuję. Inna sprawa dotyczy antynarodowych i rewolucyjnych trolli, którzy zawsze będą ujadać jak bure kundle. Tymi to w ogóle nie należy zawracać sobie głowy. W myśl powiedzenia „co nie zabija, wzmacnia”, ich obecność traktuję jako nowe doświadczenie w moim codziennym trudzie naprawy błędów występujących w naszym państwie.
         Osobiście nienawidzę politycznych kundli. Jeśli ktoś jest wrogą tradycjonalizmowi gnidą, to niech zjeżdża na swoje rewolucyjne podwórko! Nie musi wcale czytać ani moich, ani podobnych do nich publikacji. Misja każdego działacza mojego pokroju to ratowanie resztek Tradycji zniszczonej przez wieki burd destrukcyjnych cywilizacyjnie. Osobiście w każdym z felietonów staram się zmieścić maksymalną ilość mojej wiedzy na dany temat. Prezentuje wszystko w najkrótszy możliwy sposób. Mimo bogatego zasobu wiedzy nie jestem nieomylnym omnibusem, i zdarza mi się zapomnieć o czymś napisać w toku tworzenia publikacji. Proszę nie mieć mi tego za złe, bowiem uwierzcie, sami na moim miejscu popełnialibyście nie mniejsze błędy. Czy byłoby wam miło, gdyby po opublikowaniu waszego tekstu jakiś zarozumialec, siedzący wygodnie w domku i ukrywający się pod pseudonimem, zaczął was bluzgać z powodu braku wspomnienia na jakiś temat? Raczej nie. Więc nie czyn bliźniemu tego, co Tobie nie miłe…
         W przeciwieństwie do „całodobowych internautów”, ja mam o wiele więcej rzeczy na głowie, niż tylko publicystyka. Codzienne obowiązki pochłaniają mi większość czasu. Jednakże działalność uważam za swój polityczny obowiązek, stąd resztka mojego wolnego czasu zostaje właśnie nań poświęcona. Jednakże nie mam czasu na wysiadywanie w sieci całymi dniami. Nie mogę sobie pozwolić na tropienie najświeższych sensacji ze świata polityki i jemu pokrewnych. Jeśli ktoś poświęca na to cały swój czas, to znaczy, że ma niewiele do roboty i powinien zająć się swoim własnym życiem.
          Większość prostackich komentarzy pod moimi publikacjami ma na celu zdyskredytować moją działalność. Rewolucyjne gnidy, czyhające na najmniejszy mój błąd, poniosą w tej walce niechlubną porażkę. Inna sprawa dotyczy marud „zawodowo narzekających” na każdego, nawet najlepszego  publicystę. Jak są tacy mądrzy, to niech sami opublikują własne teksty. Wtedy na pewno zaznają smak biadolenia innych, podobnych im gagatków. Sytuacji nie poprawią mendy siedzące całymi dniami przed komputerem i narzekające na wszystko od lewa do prawa. To nie tędy droga! Jak chcecie coś osiągnąć, to przestańcie jęczeć, i weźcie się sami do roboty dla dobra Kraju, Tradycji i Cywilizacji.

PM