Piotr Marek Blog

Archiwalny blog Piotra Marka zawierający wpisy sprzed kilku po powrocie do działalności.

Wyszukiwarka

niedziela, 1 lipca 2012

„Traktat Wersalski” oraz jego konsekwencje

         28 czerwca to rocznica podpisania „Traktatu Wersalskiego” z 1919 roku. Był on zalążkiem pod budowę nowej Rzeczypospolitej Polskiej. Jednak charakter tego państwa był niestety zbyt republikański, i porzucał wiele pradawnych elementów Tradycji Polski. Stąd nie gwarantował w pełni odrodzenia państwa utworzonego przez naszych Ojców Piastów. Nie przywrócono autorytetu, hierarchiczności i wyznaniowości, przez co kraj przypominał w wielu aspektach republikańską Francję po 1793 roku. Dokument zatwierdzony w 1919 roku gwarantował powstanie w Europie kilkunastu innych państw, choćby Finlandii. Każdym z nich zbudowano jednak w zgodzie z ideałami haniebnej rewolucji z Francji.
         Głównymi sygnatariuszami „Traktatu Wersalskiego” byli amerykański prezydent Thomas Woodrow Wilson, oraz premierzy: brytyjski David Lloyd George i francuski Georges Benjamin Clemenceau. Byli to republikańscy globaliści, ideowi spadkobiercy rewolucji 1789-1793, członkowie masonerii, zaś brytyjski premier, mający żydowskie korzenie, nie stronił od syjonistycznych sympatii. Kreowali się nienawiścią do Niemiec, Austrii i Węgier, z racji wypowiedzenia przez te kraje wojny porewolucyjnemu zachodowi. W pewnym stopniu ci trzej politycy byli ojcami Unii Europejskiej (dla przykładu Thomasowi W. Wilsonowi marzyły się „Stany Zjednoczone Europy”). W skutek postanowień „Traktatu Wersalskiego” powołano Ligę Narodów, czyli zalążek UE, ONZ i ponadnarodowych struktur globalnych. W większości sygnatariusze „Traktatu Wersalskiego”, byli najzwyklejszą w świecie zbieraniną syjonistów, jakobinów, wolnomularzy i rewolucjonistów. Tylko nieliczni z nich podpisywali go w dobrzej, wierze licząc na odrodzenie na jego mocy niepodległego państwa. Przewagę mieli jednak wywrotowcy. Taki dokument nie mógł więc powstawać z myślą o dobru jakiegokolwiek państwa, lecz wyłącznie w ideologicznym interesie prekursorów globalizmu. Samo jego podpisanie, i pokładanie w nim nadziei na zbudowanie państwa było błędem. Niepodległość tych kilkunastu państw była tylko częścią misternego planu sygnatariuszy traktatu. Zapewniała ona realizację kolejnego etapu w wielkiej rewolucji europejskiej, której celem była eliminacja ostatnich reakcyjnych państw europejskich, przy pozyskanej aprobacie społeczeństw dążących do niepodległości (zazwyczaj niezwiązanych z „Trójprzymierzem”). Pomogło przy tym bezmyślne zaślepienie rzeszy napaleńców żądnych odwetu na zaborcach w takim samym stopniu, jak niegdyś przyczyniło się do sukcesu krwawej rewolucji we Francji zacietrzewienie motłochu, rządnego zemsty za wyimaginowaną tyranię króla. Nie byli oni jednak w pełni świadomi politycznych manipulacji przy tym towarzyszących. Zarówno w rządach zaborców, jak i komitetach powstańczych, ogromne wpływy mieli talmudyści, członkowie tajnych związków i rewolucjoniści, którym zależało na wzajemnym wyniszczeniu się Narodów Europy. Ta niewiedza pchnęła naiwnych w objęcia politycznych szachrai, którzy zacierali jedynie ręce patrząc jak łatwo dali im się zmanipulować. Tak więc z jednej strony udało się syjonistycznym jakobinom wyeliminować reakcyjne rządy w państwach „Trójprzymierza”, zaś z drugiej strony zbudować odradzające się państwa od podstaw według ścisłych standardów republikańskich. Owoce traktatu były zatrute, zaś niepodległość Polski budowana na fundamencie dokumentu globalistów okazała się krucha jak dom wybudowany na piasku.
         Jak wspomniałem prawie każde państwo powstałe na mocy „Traktatu Wersalskiego” nie wskrzeszało w pełni tego powstałego we wczesnym średniowieczu. Zbudowano je na republikańskich standardach porewolucyjnego świata, w zgodzie z ideologicznymi wytycznymi spadkobierców libertyńskiego oświecenia. Nie odwoływało się więc ani do tradycji chrześcijańskich, ani pierwotnych (Słowian, German, Ugrofinów), które od wieków powiązane były z autorytetem władzy, hierarchią społeczną, czy panującą religią jako państwową. To jednak logiczne przy odbudowie kraju powierzonej pod opiekę zachodnim mocodawcom hołdującym „demokracji”, „tolerancji”, „prawom człowieka” i koncepcji „państwa otwartego”.
         Dla Polski taka niepodległość okazała się iluzoryczna. Z jednej strony dała suwerenność materialną tylko na 21 lat, a z drugiej strony otworzyła „ideologiczną puszkę Pandory”, której konsekwencje są widoczne obecnie w XXI wieku. Samo odrzucenie wtedy tylko kilku części składowych Polskiej Tradycji, pociągało za sobą stopniowo coraz bardziej pogłębiające się rozwydrzenie rewolucyjnych syjonistów i jakobinów. Z czasem żądali od nas coraz więcej. Dziś nie wystarczy im samo wyrzeczenie się Autorytaryzmu czy Hierarchii. Obecnie toczą oni walkę z tradycyjnym modelem rodziny, żądanie przywilejów dla sodomitów, a w przyszłości zapewne staną do walki o prawa dla kanibali. To jest właśnie skutek powierzenia Polski sygnatariuszom dokumentu z 28 czerwca 1919 roku! Chcieliście głupcy i naiwniacy „nowoczesności”, to teraz ponosimy jej skutki! W XXI wieku są już realizowane następne etapy rewolucji spotęgowane w Europie po klęsce Państw Centralnych (wszystkie kraje tego bloku były Reakcyjne, w Entencie „biała” była tylko Rosja).
         Wspomniana iluzoryczność takiej suwerenności objawiała się w jej jednowymiarowości. Zagwarantowała jedynie pełny powrót Polski w sferze materialnej, w mniejszym stopniu zaś w sferze kulturalnej i obyczajowej, i tylko w nikłym stopniu w sferze duchowej. Słuszna jest jedynie niepodległość pełna, czyli nie taka gwarantująca samego „powrót państwa na mapę”, ale także zapewniająca przywrócenie w owym państwie wartości stojących u źródeł jego powstania. A korzenie Polski jako państwa sięgają początków X wieku (chociaż wiek tutejszych nacji bywa szacowany nawet na 10 000 lat), i zostały przypieczętowane na mocy Chrztu 14 kwietnia 966 roku. Tylko w tych wartościach Polska jest w pełni sobą. Jedynie przy zachowaniu całego Narodowego Dziedzictwa możemy mówić o prawdziwej niepodległości.
         Pełne odrodzenie Polski wiązało się z poszanowaniem wszystkich wartości Średniowiecznej Cywilizacji Chrześcijańskiej. Możliwe było zarówno przy dotrzymani ugody z Rosją Carską, jak i na mocy postanowień „Traktatu Dwóch Cesarzy” z 5 listopada 1916 roku. Uzgodnienia te nie tylko gwarantowały pełne odzyskanie suwerenności we wszystkich sferach, ale również pozwoliłyby na odzyskanie państwa dwa lata wcześniej niż przy „łaskawej pomocy” państw zachodnich. Działania Romana Dmowskiego w Rosji z czasem przekształciłyby Autonomię Polską w Państwo Polskie. Z kolei zabiegi dyplomatyczne Władysława Studnickiego zyskały poparcie wielu przedstawicieli elity politycznej i wojskowej II Rzeszy. Owocem ich było poparcie generała Ericha Ludendorffa dla „Polskiego Pasa Granicznego” zapewniającego obecność ziem zachodnich wewnątrz terytorium Polski! Pojawiła się również szansa na uzyskanie kolonii zamorskich dla Polski w bogatych częściach Afryki. Gdyby te ustalenia doszły do skutku, Polska w późniejszych negocjacjach z Niemcami nie ryzykowała by terytorium własnym, ale mogła wymienić część zamorskich posiadłości w zamian za korzystniejszą granicę polsko-niemiecką. Umożliwiała to polityka Niemiec Wilhelma II, która w przeciwieństwie do bismarckowskiej, cechowała się większą ekspansją kolonialną niż europejską. Jednak wszystko to zostało zaprzepaszczone, bowiem granda nie mogącą znieść faktu powstania normalnej Polski, odrzuciła te korzystne dla nas postanowienia, i wolała zadowolić się ochłapami łaskawie rzuconymi (dopiero pod koniec wojny) przez spadkobierców libertyńskich rewolucji.
         Tajnym celem „Traktatu Wersalskiego” było wprowadzenie w reakcyjnych państwach Niemiec, Austrii, Węgier, a także i Turcji, jakobińskich republik laickich. Niemcy przekształcono w Republikę Weimarską. Tradycyjna flaga narodowa, w kolorystyce białej, czerwonej i czarnej, została zastąpiona szmatą karbonariuszy z rewolucji 1848. Ustawy ograniczające działania tajnych stowarzyszeń zostały uchylone, zaś nowo powstałe demokratyczne państwo prowadziło dużo bardziej antypolski kurs niż rządzy pruskie z czasów Kulturkampfu. Traktat nie określał jasno granic polsko-niemieckich, dając furtkę pod następujące kilka lat po zakończeniu Wielkiej Wojny krwawe potyczki terytorialne. Pozostawił nierozwiązaną kwestię Prus Wschodnich i Gdańska, dając możliwości pretekstu do przyszłych konfliktów. Austria i Węgry, będące ostatnim bastionem katolickiej państwowości w tradycyjnej formie, zostały całkowicie zdestabilizowane przez demokratyzację. W dawnym imperium Habsburgów zapanował chaos, a przeciwnicy polityczni strzelali do siebie nawzajem. W Turcji natomiast, państwo zostało zlaicyzowane tak samo jak republikańska Francja po rewolucji. Tradycyjne obrzędy religijne i kulturowe (jak tańce derwiszy) były zakazywane. W tym procesie destrukcji tureckich tradycji uczestniczył pro-republikański mason Kemal Atatürk. Tak oto rysują się tylko niektóre owoce „wersalskiego burdelu” w ostatnich państwach reakcyjnych Europy.
         Głównym poszkodowanym traktatu okazały się jednak Cesarskie Niemcy. Z państwa tego judeomasońskie elity zrobiły sobie „finansową dojną krowę”, przy pomocy wyssanego z palca argumentu winy tego kraju za wybuch I Wojny Światowej. Konflikt w rzeczywistości wywołała kierowana przez iluminatów „Czarna Ręka”. Rzekomo „serbska” „organizacja patriotyczna”, dokonała zamachu terrorystycznego na następcę tronu Austro-Węgier, którego konsekwencją było wypowiedzenie wojny agresorom przez zaatakowany kraj. Pokaźne fundusze na terrorystyczną działalność bałkańskich rewolucjonistów płynęły głównie ze Stanów Zjednoczonych. Tak więc I Wojna Światowa była wywołana przez amerykańską finansjerę, która umacniała lokalny terroryzm destabilizujący ostatnie Rzymsko-Katolickie Państwo w tradycyjnej formie. Wina Niemiec była wtedy nie większa niż Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji czy Włoch –polegała jeno na wypowiedzeniu wojny jednemu z sojuszników agresora. Jednak jakobińscy historycy potrafili odwrócić kota ogonem, a ich fałsze są powtarzane także przez „patriotów”. Winę za wybuch wojny nie poniósł w żadnej mierze jakikolwiek z jej inicjatorów, ale sojusznik zaatakowanego państwa wypowiadający wojnę pomagierom agresora. Ten tok rozumowania nie różni się niczym od myślenia mas obwiniających Polskę za wybuch II Wojny Światowej. Po tym kluczu za wybuch jakiejkolwiek wojny można oskarżyć każdego. Wystarczy do tego symboliczny związek z konfliktem. Przy pomocy powiązania logicznego kilku faktów, można z nich wywnioskować nawet największy absurd. Przykładowo II Wojnę Światową mogła (według tego klucza) wywołać Finlandia, gdyż „zaatakowała ZSRR w trakcie misji pokojowej” w momencie stabilizacji militarnej Europy. Jednak pomijając absurdy, człowiek kierujący się prawdą wie, że I Wojnę Światową wywołała „Czarna Ręka”. Terroryści sponsorowani przez finansjerę żydowsko-amerykańską. Koniec i kropka. Takie były fakty, a kto twierdzi inaczej, ten kryje tyłek wszelakim jakobinom, iluminatom i innym politycznym mąciwodom.
         Kolejną konsekwencją postanowień „Traktatu Wersalskiego” była potężna inflacja w Niemczech, która doprowadziła do zapaści finansowej kraju. Skutkiem tego była śmierć z głodu i bezrobocia od 2 do 4 milionów ludzi. Ponadto kilkanaście  milionów Niemców zepchnięto na margines społeczny. W tym czasie na szczyty drabiny społecznej wspinali się przedstawiciele mniejszości żydowskiej. To powodowało narastające oburzenie coraz mocniej marginalizowanych Niemców, pośród których rodziła się chęć brutalnego rewanżu za krzywdy wyrządzone przez sygnatariuszy i beneficjantów „Traktatu Wersalskiego”. Upokorzone społeczeństwo niemieckie, jak w dzisiejszych czasach polskie, w konsekwencji wybrało na swojego wodza radykalnego Adolfa Hitlera. Ten polityk okazywał się jedynym, który dał bezrobotnym pracę oraz wypchną państwo z dołka do pierwszej ligi krajów starego kontynentu. Poważną alternatywą dla niego byli jedynie komuniści (dążący do jedności z ZSRR wraz z pakietem jego zbrodni), oraz demokraci, którzy po wygranej dalej sprowadzaliby kraj w dół (jak współcześni liderzy III/IV RP), pociągając za sobą kolejne miliony ofiar nędzy i bezrobocia. Tak więc konkurencja nazistów wcale nie grzeszyła humanitarianizmem. Nic więc dziwnego, że wybór Niemców padł właśnie na Adolfa Hitlera. Nie było wtedy niestety lepszego liczącego się kandydata. Wyboru Adolfa Hitlera na wodza III Rzeszy można było jednak uniknąć. Wystarczyło zbojkotować postanowienia państw zachodnich jako bandyckie i chroniące prawdziwych podżegaczy wojennych. Wtedy Niemcy dalej byłyby „białe”, a brak demokracji uniemożliwiłby powstanie socjalistycznego lub nazistowskiego państwa. Tak więc II Wojna Światowa, wraz ze wszystkimi jej okrucieństwami, była kolejnym zatrutym owocem postanowień z 28 czerwca 1919 roku.
         Podsumowując, podpisanie „Traktatu Wersalskiego” przyniosło dla Polski skutki odwrotne od oczekiwanych. Zaprzepaściło odrodzenie państwa w zgodzie z wartościami stojącymi u źródeł jego powstania. Zaprzepaściło również szansę na uzyskanie zamorskich posiadłości, które oprócz dochodów, mogłyby pomóc w negocjacjach z państwami ościennymi o korzystniejsze granice. Wejście w konszachty ze spadkobiercami rewolucji oświecenia, i pozwolenie im na ekspansje światopoglądową na wschód, otworzyło „ideologiczną puszkę Pandory” której owoce są dziś odczuwalne w postaci degradacji obyczajowej i tradycyjnej państwa. Republika Polska powstania na mocy postanowień traktatowych w konsekwencji naraziła się na odwet społeczeństw przez niego pokrzywdzonych, czego konsekwencją była niemiecka agresja we wrześniu 1939 roku, PRL po wojnie, a dziś III/IV RP.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

piątek, 8 czerwca 2012

Rosyjscy kibice, „Fronda” i Debbie Schlussel

 Piotr Marek (Tomaszowice)        Ostatnio w prawicowym polskim środowisku politycznym dużo się mówi o antynarodowych wybrykach niektórych publicystów „Frondy”, a konkretnie Marty Brzezińskiej, oraz antypolskiej fali oszczerstw amerykańskiej dziennikarki żydowskiego pochodzenia Debbie Schlussel. Tematy te są ze sobą powiązane, gdyż dotyczą w obu przypadkach ataku na przedstawicieli polskiej myśli politycznej krytycznej wobec lobby żydowskiego, ze strony „neokonserwatystów” (zarówno „krajowych”, jak i amerykańskich).
         Zacznijmy od Debbie Schlussel. Urodziła się w rodzinie żydowskiej, zaś jej przodkowie pochodzili z Polski. Jest to kobieta o poglądach republikańskich, która od lat ma uparcie dąży do zaistnieniem na amerykańskiej scenie politycznej. Jej kariera, pomimo wczesnego startu, przez szereg okoliczności zatrzymała się na poziomie komentatorki i dziennikarki. Słynie z ciętego języka, brutalnie atakuje społeczność muzułmańską, oraz nie kryje sympatii dla zamachów z 22 lipca 2011 roku. Ostatnio oskarża Polaków o aktywny udział w zbrodniach przeciwko ludności żydowskiej podczas II Wojny Światowej. Wspomina przy tym o rzekomym wydaniu przez Polaka jej krewnych hitlerowcom „za butelkę whisky”. I tu jest pies pogrzebany! W tym momencie poddaję ten fakt wątpliwość, gdyż dorzeczny mógłby być jedynie w stosunku do Anglosasów. Skąd się tej ignorantce wziął u Polaków pociąg do whisky? Gdyby jeszcze mówiła o wódce, niemieckim piwie czy spirytusie, można byłoby jeszcze w jej historyjkę uwierzyć. Ale whisky? Tego gniotu nie tyka nikt, kto zna smak polskiej wódki! W tym momencie paniusia się skompromitowała. Prawda była taka, że przypadki przemocy polskiej wobec ludności żydowskiej były w tym czasie bardzo rzadkie. Występowały jedynie jako akcje odwetowe za zbrodnie żydowskich komunistów na Polakach. O żydowskiej przemocy wobec Polaków Debbie jednak nie wspomina, a o jej przykładach nawet nie chce słyszeć. Na jej facebook’owym profilu (prostym angielskim) napisałem jej takowy post:

What do you know about jewish crimes against Russians during „communist resolution” after WWI? 100 milions Russian people were murdered by jewish communist! What you know about jewish crimes against Polish people during war in 1920? 2-4 milions Germans died afer WWI (starvinity, unemployment) becouse international document signed in 1919! Adolf Hitler stopped this murdering of innocent Germans! Poland, Russia and Germany were victims before WWII! Were victims of Jews, USA, and republican west! What do you know about conservatism? You support demoracy, so you're not really conservative. Real conservatives are Monarchists! 

Dla nieznających angielskiego przetłumaczę mój komentarz:

Co wiesz na temat żydowskich zbrodni przeciwko Rosjanom podczas „komunistycznej rewolucji” po IWŚ? 100 milionów ludzi w Rosji zostało zamordowanych przez żydowskich komunistów! Co wiesz o żydowskich zbrodniach na Polakach podczas wojny w 1920? 2-4 miliony Niemców zmarło po IWŚ (głodówka, bezrobocie) z powodu międzynarodowego traktatu [wersalskiego – przypis PM] podpisanego w 1919! Adolf Hitler powstrzymał ten proces zabijania niewinnych mieszkańców Niemiec! Polska, Rosja i Niemcy były ofiarami przed IIWŚ. Były ofiarami Żydów, USA i republikańskiego zachodu! Co wiesz o konserwatyzmie? Popierasz demokrację, więc nie jesteś prawdziwie konserwatywna. Prawdziwi bowiem konserwatyści, to Monarchiści!

Po jego publikacji komentarz zniknął bardzo szybko. To dziwne, gdyż nie zawierał gróźb pobicia, gwałtu czy śmierci, jak wiele innych komentarzy. Jednak ten merytoryczny wpis okazał się o wiele bardziej dla jej niewygodny, co potwierdza zawarte powyżej przypuszczenia. Najbardziej prawdopodobnym powodem takiej publikacji tej dziennikarki jest chęć wkupienia się w łaski swoich bardziej wpływowych rodaków. Pozwoli jej to na zaistnienie w pierwszej lidze amerykańskich republikanów. Przy okazji wytknąłem Debbie nie tylko brak historycznego rozeznania, ale fałszywość jej konserwatyzmu. Sama posądza Polaków o „konserwatyzm z lumpeksu”, lecz jako zwolenniczka demokracji sama reprezentuje „chińską podróbkę” tej myśli społeczno-politycznej. W tym przypadku jest wyraźnie widoczny konflikt pomiędzy Tradycyjnym Konserwatyzmem Europejskim (który występuje w Polsce), a amerykańskim „neokonserwatyzmem”. Ten pierwszy wywodzi się z wczesnego średniowiecza, i opiera się o Autorytaryzm („Władza pochodzi od Boga”). Ten drugi ma rodowód oświeceniowy, rewolucyjny, opiera się o demokratyzm, syjonizm, i „prawa człowieka”. Stąd niezrozumienie neokonskiej Debbie Schlussel dla Tysiącletniej Tradycji Europejskiej i wartości z nią związanych.
         W Polsce możemy znaleźć podobnych światopoglądowo publicystów. Ostatnio panna Marta Brzezińska, redakcyjna koleżanka znanego „judeochrześcijanina” Łukasza Adamskiego, określiła epitetem „łysi neonaziści” polskich narodowców pikietujących w obronie tradycyjnej rodziny. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby obie strony stały w sprawie spojrzenia na rodzinę po „przeciwnej stronie barykady”. Jednakże Marta również deklaruje się jako zwolenniczka obyczajowa konserwatystka. Ubolewa jednak, iż najaktywniejsze w tej walce nie są „rodziny z dziećmi”, ale Polscy Nacjonaliści. Widocznie ci tzw. „łysi neonaziści” są ostatnią ostoją Polski w walce o tradycyjną rodzinę, zaś „herosi z mitów Brzezińskiej” wolą spędzić czas tej batalii przed telewizorem. Marta w swoim ślepym zacietrzewieniu gotowa jest przychylać się ku swoim przeciwnikom, radując się iż mają poparcie „postępowych rodzin z dziećmi”. Obnaża w ten sposób kruchość i słabość konserwatywnego światopoglądu jej i całego środowiska „judeochrześcijan”. Jest to bowiem „konserwatyzm” obcy temu, jaki jest właściwy każdemu Europejskiemu Narodowi. Oderwany jest od Średniowiecznej Tradycji, i bliższy jest mu „neokonserwatyzm” reprezentowany przez wspomnianą Debbie Schlussel. Z resztą to nie przypadek, że przedstawiciele „Frondy” sympatyzują z „Republikanami”. Łączy ich jedna linia ideologiczna, która tak samo jak komunizm czy liberalizm, jest nie do pogodzenia z wielowiekową Średniowieczną Tradycją Chrześcijańską. Głównymi założeniami tej doktryny są: deklarowany konserwatyzm obyczajowy (choć nie zawsze i nie we wszystkim), misja demokratyzacji świata, walka z „terrorystami” (lub inaczej „wrogami demokracji”), pro-syjonizm, antykomunizm i budowanie swojej polityki na „etosie antytotalitarnym”. Jak widać „Fronda”, albo jak kto woli „Frondelek” (co mi się kojarzy z „serdelek”), kroczy po ścieżce sprzecznej z Tradycją Katolicką. Jej przedstawiciele (tacy jak Marta Brzezińska czy Łukasz Adamski) gloryfikują amerykański neokonserwatyzm, którego przedstawiciele coraz śmielej atakują dobre imię Polski, przypisując Naszej Ojczyźnie łatki przeznaczone dla „wrogów demokracji”. Opamiętaj się więc „Frondo”, i opamiętaj się Marto. Masz miłą buźkę, ale niestety „w główce nie halo”. Nie sympatyzuj z tymi, którzy wbijają tobie i mi „nóż w plecy”, i nie atakuj Narodowców, gdyż walczą w tej samej, słusznej dla Polski sprawie.
         Częstym tematem rozprawek związanych z Euro 2012 są licznie przybyli do Polski kibice z Rosji. Przyjechali wyłącznie w celu wspierania swojej drużyny. Rosjanie mają poważną szansę zajść bardzo wysoko, i miło by było zobaczyć ich reprezentację na podium zamiast „stałej ekipy” z Europy Zachodniej. Władze Rosji zapewniły kibicom szereg udogodnień na czas Euro 2012. Przykładem tego są specjalne samoloty transportujące kibiców, czy wynajęty obiekt pod ich zakwaterowanie. Trzeba więc brać z nich przykład, i w przyszłości zapewnić takie atrakcje również polskim kibicom, a nie piętnować ich za to, że „u nich jest dobrze, a u nas źle”. Rosjanie otwarcie deklarują, że przybyli w celach „czysto sportowych”. Nie ma co nakręcać antyrosyjskiej propagandy, gdyż działanie to jest sprzeczne z polskim interesem narodowym. Niech media przestaną napuszczać Polaków przeciwko Rosjanom, i zajmą się lepiej odkłamywaniem propagandy niedoszłej amerykańskiej „konserwatywnej pani polityk”. Rosjanom dajmy spokój, niech wspomną te Mistrzostwa Europy najlepiej ze wszystkich innych.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

wtorek, 22 maja 2012

Tuzin wojskowych błędów w filmie „Rok 1612”

Piotr Marek (Lublin)         14 maja 2012 roku miałem okazję oglądać słynny kontrowersyjny rosyjski film „Rok 1612”. Produkcja okrzyknięta była mianem „antypolskiej”, i „propagującej rosyjskie tradycje imperialne czasów carskich”. Obejrzałem uważnie „Rok 1612” po czym stwierdziłem, że przeciętne hollywoodzkie produkcje są dużo bardziej antypolskie, również i hołdują w znacznie większym stopniu „imperialnym tradycjom amerykańskim (neokonskim)”. Filmy Woody’ego Allen’a są pełne niesmacznych antypolskich dowcipów, i jakoś nikt na to nie zwraca uwagi, pomimo sporej popularności w naszym kraju produkcji tego żydowsko-amerykańskiego filmowca.
         Moje uwagi odnośnie tego filmu są jednak inne. Pomijam fakt, że jest on przesiąknięty elementami fantastyki, zaś wydarzenia są przedstawione w sposób „luźny historycznie”. Zbulwersowały mnie jednak liczne błędy wojskowe. Skoro ktoś podejmuje się filmu zawierającego elementy batalistyczne, to niech czyni to w konsultacji z wojskowymi ekspertami, albo da sobie spokój. Nie jestem (na razie?) zawodowym oficerem. Powód jest prosty. Nie zamierzam zarażać się na marne kilka tysięcy miesięcznie w obronie systemu (demokracji) który traktuje wojskowych jak śmieci. Gdyby w Polsce funkcjonowało coś w stylu rosyjskiego Spetsnazu, gdzie życie kamrata jest cenniejsze niż kogokolwiek innego, to wstąpiłbym bez zawahania. Póki co na to się nie zanosi. Wracając do tematu nie mam w pełni wojskowych kwalifikacji. Jednakże podstawową wiedzę teoretyczną na ten temat posiadam. Stąd razi mnie wyraźne militarne dyletanctwo filmowców. Tak oto przedstawiam 12 błędów wojskowych filmu „Rok 1612”, wraz z moimi uwagami na ten temat. Błędy nie są przedstawione chronologicznie.

Jaki błąd wojskowy występuje
Jak powinno być
Kusznik, w pełni ukryty w wodzie, trafiał ze 100% skutecznością do przeciwników.
Nie uwzględniono tutaj czynnika przejścia bełtu ze środowiska ciekłego do gazowego (co powoduje wypaczenie i osłabienie lotu bełtu) oraz dodatkowego wpływu nurtu rzeki (dodatkowo zmieniając tor lotu bełtu).
Ukrywający się w wodzie kusznicy byli dobrym pomysłem na zaskoczenie przeciwnika. Nie raz wykorzystywano skrytych pod wodą strzelców. Jednakże w momencie strzału wynurzali broń aby zachować 100% celność. Kusza strzelca w momencie ataku powinna być wynurzona.
Podczas oblężenia twierdzy zapalali się zbrojni.
Ogień nie był w stanie zapalić zbrojnego. Mógł go co najwyżej oparzyć, ale nie zapalić. Pióra husarskie mogłyby się zapalić, ale bez większej szkody dla kawalerzysty.
Ogień powinien robić poważne szkody i siać spustoszenie głównie wobec licznej lekkiej piechoty i jazdy (posiadającej jedynie skórzane pancerze i kapelusze). Zbrojni jedynie mogliby zaznawać oparzeń nieopancerzonych części ciała.
Podczas potyczki na moście zbrojni ginęli od łuków trafiani w opancerzone miejsca.
Przebicie pancerza stalowego, dodatkowo wspartego kolczugą i skórą, pewne jest jedynie przy użyciu metalowego bełtu i stalowej kuszy. Kompozytowe kusze używające drewnianego bełtu miewały problemy z penetracją grubszego pancerza skórzanego. O łukach już nie wspomnę.
Łucznicy powinni starannie celować w nieopancerzone stalą części ciała w przypadku ataku na zbrojnych. Swobodną walkę powinni prowadzić jedynie wobec lekkich jednostek. Jedynie arkebuzerzy, strzelcy z piszczałami i kusznicy (ze stalowymi kuszami) powinni swobodnie eliminować zbrojnych w wyniku trafienia w opancerzone części ciała.
Zbrojni podczas oblężenia nieśli drabiny.
Podczas oblężeń drabiny niesione były w dużych ilościach, aby jak najwięcej udało się ich przyprzeć do muru. Była to misja straceńcza, do której wykorzystywano lekkie i mobilne jednostki piesze, najczęściej niewolników.
Drabiny powinny być niesione przez lekkich, zwinnych i szybkich piechurów, głównie jeńców, lub (potencjalnych) niewolników. Zbrojni wcale nie powinni nieść drabin. Byli zbyt kosztowni na wytracenie, i za wolni na dojście do muru z niewielkimi stosunkowo stratami.
W momencie trafienia rozgrzaną kulą w prochownię wojsk polskich, niemieccy najemnicy siedzieli jak osłupiali zamiast podjąć spontaniczną reakcję.
W tym momencie albo Niemcy staraliby się wyskoczyć z prochowni (ratując siebie i ostrzegając kamratów), albo w akcie desperacji próbowaliby wyrzucić kulę.
Piechota po wtargnięciu na atakowane mury, zamiast umocnić drogę dojścia dla nowych rzutów szturmujących, wdawała się w bezsensowną szermierkę.
Podczas oblężenia piersi, którzy wdarli się na mury, osłaniali wejścia dla nowych fal atakujących. Tamci dopiero przedzierali się kolejno w głąb. Szturmujący wybieraliby cele możliwie jak najłatwiejsze do eliminacji i jak najbardziej znaczące taktycznie.
Piechota, która jako pierwsza wdarła się na zamkowe mury, powinna zabezpieczać drabiny aby kolejni kamraci mogli wedrzeć się w głąb linii oporu obrońców. Atakujący nie powinni wdawać się od razu w bezmyślną szermierkę, ale starać się zadać jak najdotkliwsze straty na murach. W tym celu staraliby się powybijać załogi katapult, które byłe łatwe w eliminacji, i zadawały ogromne straty atakującym (poza murami).
W wyniku silnej eksplozji prochowni armata została „rozerwana na kawałki”.
Rozsadzenie działa było możliwe jedynie w wyniku implozji połączonej z absolutnym zakorkowaniem wylotu lufy. To także nie „rozrywało działa na kawałki”, ale poważnie „poszarpało” jego lufę.
Eksplozja prochowni poniszczyłaby działa w inny sposób. Uległy by zniszczeniu układy jezdne i „drewniane podwozie” armaty. Armaty w wyniku eksplozji nie powinny w żaden sposób ulec „rozerwaniu na kawałki”, ale ucierpieć na sposób właściwy dla eksplozji.
Podczas oblężenia jako pierwsza do szarży ruszyła ciężka jazda (husaria) pomimo obecności lżejszych formacji konnych.
Kiedy wódz decyduje się na atak przy użyciu kawalerii, jako pierwszą do szarży zawsze wykorzystuje lekką jazdę. Jest tańsza i szybsza. Po niej dopiero rusza ciężka jazda.
Na pierwszy rzut do ataku ruszyliby lekkokonni (jak „lisowczycy”), dopiero po nich pancerni, a na końcu ciężka husaria.
Ciężka jazda (husaria) jako pierwsza forsowała bramę bez rekonesansu.
Nikt nigdy, nawet w największym stanie upojenia, nie rzuca bez przeprowadzenia zwiadu ciężkiej jazdy przez bramę wroga.
Najpierw zaatakowaliby bramę lekkokonni czyniąc rekonesans, a dopiero potem możliwy byłby atak przy użyciu ciężkiej i półciężkiej jazdy (husarii i pancernych).
Kula łańcuchowa, użyta przeciwko ciężkiej jeździe, została wystrzelona w górę w wyniku czego dokonała dekapitacji kilku konnych z rzędu, i była jeszcze w stanie zawalić strop bramy.
Kule łańcuchowe były wykorzystywane w marynarce do łamania masztów, zaś na lądzie do koszenia szeregów idących wąską kolumną (przecinając przeciwników). Przypadek drugi był jednak możliwy tylko wobec nieopancerzonych jednostek. W przypadku ataku na kawalerię kule łańcuchowe ścinały konie „po nogach”, po czym upadający konny stawał się celem halabardników i piechoty z berdyszami. Dekapitacja ciężkiej jazdy przy użyciu takiej kuli była niemożliwa przez szereg zabezpieczających blach ochronnych na ramionach zbroi (które wybijały linki i łańcuchy w górę). Jeśli nawet taka sztuka udałaby się wobec jednego jeźdźca, to na nim by się to skończyło. O rozbiciu stropu bramy po przecięciu (nawet jednego) konnego nie byłoby mowy.
Okoliczność ataku husarii w tym filmie na bramę sprzyjała ukazaniu strzału z użyciem kuli łańcuchowej w sposób rzeczywisty. Nie wiem jednak dlaczego twórca musiał „odlecieć z fantazją”? Kula łańcuchowa wystrzelona powinna być w nieopancerzone nogi koni husarskich, po czym skosiłaby kilkunastu pierwszych kawalerzystów na glebę. Ci staliby się łatwym łupem dla piechoty z berdyszami. Skoszona jazda zatarasowałaby przejście dla pozostałym, i szarża w sposób zgodny ze stosowanymi historycznie standardami zatrzymana byłaby jednym strzałem! Takie piękne ukazanie prawidłowego użycia jednej kuli łańcuchowej przeciwko szarży w wąskim pomieszczeniu zostało zaprzepaszczone na rzecz bezmyślnej „wariacji artystycznej”.
Pocisk artyleryjski z przeciętnego działa przerwał Rosjanina (czy tam Rosjankę) „na pół” uderzając w bok ciała.
Według symulacji na żelowych manekinach, emitujących właściwości ludzkiego ciała, uderzenie ciężkiej kuli w brzuch „od frontu” powoduje penetrację ciała na wylot. W przypadku strzału w bok pocisk dochodzi do połowy ciała. Jedynie w przypadku wielkich kolubryn kula radykalnie mogła rozerwać górę ciała trafionego. Użyte w filmie armaty były jednak zbyt małe, aby rozerwać człowieka. Bisekcja zwłok miałaby miejsce jedynie po upadku na kanciaste twarde podłoże (po uderzeniu bocznym ciężkiej kuli).
Pocisk artyleryjski powinien spenetrować ciało do połowy, a bisekcja wystąpić w momencie upadku na twarde kanciaste podłoże.
Rosjanie siali spustoszenie prowizoryczną armatą zrobioną ze skóry.
Taka armata miałaby bardzo niską donośność i mizerną siłę penetracyjną. Po załadowaniu większej ilości prochu, pękłoby. Realniejszym pomysłem byłyby atakujące „płonącymi głazami” katapulty.
Skórzane działo winno mieć mniejszą donośność i siłę uderzenia. Pocisk z niego nie byłby w stanie dokonać dekapitacji, uszkodzić stropu bramy, czy polecieć na daleki dystans, przebić ściankę prochowni, i wyrządzić szkód na tak wielką skalę jak w filmie.

          Jak wspomniałem, nie jestem zawodowym oficerem, i nie studiowałem (na razie) na żadnym wojskowym uniwersytecie. Uwagi i zastrzeżenia te są skierowane z punktu widzenia pasjonata, stąd mogą wystąpić pewne błędy dostrzegalne przez fachowców z dziedziny militarystyki. Jestem otwarty na uwagi, i chętnie wysłucham zastrzeżeń do moich 12 punktów. Proszę również każdego, żeby nie wykorzystywał zaprezentowanej tutaj tabeli do brudnych gierek filmowego półświatka. Niech tabela pozostanie jedynie moim komentarzem zawierającym uwagi na dostrzeżone przeze mnie błędy.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 29 kwietnia 2012

O postępującej feminizacji kultury

        Nieraz to nasłuchałem się opinii znanych osób o tym, że dzisiaj kultura (rzekomo) jest robiona „wyłącznie pod mężczyzn”. To po prostu bzdura, gdyż ja, jako mężczyzna, wcale tak tego nie odczuwam. Wręcz przeciwnie, często współczesne wytwory obrażają mnie jako mężczyznę. Obecną „kulturę” odbieram raczej jako kreowaną pod wzorzec tzw. „wojującej kobiety”. Nie jest on skierowany do kobiet w sensie ogólnym, lecz do specyficznego modelu wywodzącego się z agresywnej odmiany feminizmu.
         Piotr Marek 15-09-2011Przejdę najpierw do przedstawienia konkluzji ze swoich obserwacji na temat obu płci. Analizując sposób myślenia mężczyzn i kobiet, oraz oglądając reakcje przedstawicieli obydwu płci na pewne zjawiska, można z czasem wywnioskować pewne ich gusta i upodobania. Takie obserwacje prowadzę mniej więcej od nauki w lubelskim „Gimnazjum nr 3”. Prowadziłem je także w II LO („Zamoyu”), i prowadzę je nadal. Kobiety na ogół okazywały się wrażliwsze na przemoc i krzywdę (nawet nieprzyjaciół), chociaż zdarzały się przypadki odwrotne. Tak samo w przypadku mężczyzn. Można było spotkać osoby o wrażliwości podobnej do typowo kobiecej. To mówię z doświadczeń własnych obserwacji prowadzonej przez kilka etapów mojego życia. Wnioski z moich obserwacji wypływają również takie: nie zaimponuje się kobiecie bezmyślną przemocą, nie zaimponuje się grubiaństwem, dominacją, żadną zaborczością. Zaimponuje się cierpliwością, umiejętnie wykorzystywaną siłą, kooperacją, wyrozumiałością oraz poszanowaniem woli. Co prawda mogą zdarzyć się wyjątki, ale są one naprawdę rzadkie, w swoim toku obserwacji zarejestrowałem ich nie więcej niż kilka.
         Kobiety nie imponuje wszechobecna przemoc. Nie czyni tego gdyż wyrażania ona, zadaniem feministek, rzekomą „dominację samców”. Czyni to dlatego, że ma w swojej psychice bardziej humanitarne podejście do świata. Stąd jak widać ruch humanitarian zdominowany jest przez członków płci żeńskiej. Mężczyzny również nie imponuje kobieta, która swe problemy chce rozwiązywać jedynie poprzez przemoc. Nie znaczy to jednak, że kobiety mają być całkowicie bezbronnymi istotami. Mężczyźni preferują kobiety potrafiące stawić czoło przeciwnościom losu. O tym zapomniała ideologia „damy i dżentelmena” powstała około XIX wieku,  która przerobiła kobietę w „bezradną niedojdę”. Ideologia ta jest zła, i nie ma nic wspólnego z tradycjami europejskimi, ale wyłącznie z kaprysami wąskich kręgów anglosaskich elit. W dużej mierze ludzie tworzący tą ideę byli na bakier zarówno z Prawem Krajowym, jak i Dekalogiem. Wymyślili więc sobie taką zasadę aby zagłuszyć swoje sumienie i poczucie uczciwości wobec innych.
         Osobowość kobiety cechuje na ogół większe współczucie i troska, która jednocześnie powinna być powiązana z całkowitą umiejętnością rozwiązywania przeciwności losu. Mężczyzna natomiast preferuje proste i szybkie rozwiązania, co niekiedy wiąże się z ucieczką w przemoc. Wszelkimi metodami dąży do rozwoju własnej osoby. Częściej niż kobieta dąży do zaszczytów i laurów zwycięstwa, co widać chociażby po większej ilości mężczyzn niż kobiet pragnących sukcesu politycznego. Istnieje również tzw. „męska duma”, którą mi jest ciężko zdefiniować. Jest ona niezrozumiała dla kobiet tak samo, jak dla mnie nie będą zrozumiałe ich „żeńskie sprawy”. Ważne jest więc, aby obydwie strony dobrze to zrozumiały, i starały się żyć w zgodzie z „wrodzonymi osobowościami”. Co prawda mogą być wyjątki co podkreślam raz jeszcze, ale w toku moich obserwacji było ich naprawdę mało.
         Niestety obecna ideologia, którą można zauważyć we współczesnej kulturze, wypacza wnioski jakie można wyciągnąć z takich prostych obserwacji. Opiera się o feministyczne kłamstwo na temat rzekomej „męskiej dominacji” i „dyskryminacji kobiet na przestrzeni wieków”. Propaganda ta opiera się o wybiórcze wyrywki z historii, w których to podkreśla się jedynie niedogodności kobiet z zamierzchłych czasów, przy jednoczesnym uwypuklaniu zalet bycia mężczyzną. Prawda była jednak inna. Mężczyźni mieli dawniej prawa i przywileje, ale nie za darmo. Powszechna służba wojskowa i większa odpowiedzialność wobec prawa nie dotyczyły kobiet, ale właśnie mężczyzn. Kobieta, szczególnie z wyższych sfer, w dawnych czasach mogła „pod kloszem” przeżyć całe swoje życie. Mężczyzna, bez względu na stan czy posiadanie, otoczony był przez szereg pułapek, które mogły mu odebrać życie. Dla przykładu podczas II Wojny Światowej niemieckie panienki pałętały się po wioskach i gziły się z amerykańskimi żołdakami, podczas gdy kilkuletni niemieccy chłopcy pod srogimi restrykcjami byli wciągani do walki. A gdy przyszłoby do korzystania z dobrodziejstw zwycięstwa owe panienki głośno domagałyby się profitów (za darmo). Podczas egzekucji często puszczano kobiety wolno (często pomimo współwiny), a skazywano na śmierć niewinne dzieci płci męskiej. Dziecko nie ma takiej świadomości i odpowiedzialności jak dorosły. Kobieta jest tak samo świadoma popełnianych czynów jak mężczyzna! Z jakiej to więc racji życie mężczyzny ma być gorzej cenione od życia kobiety? Czy to nie była historyczna dyskryminacja mężczyzn? Była! Ciekawe co na to feministki?
         Jak wykazałem, obraz świata widziany oczami feministek, jest znacznie odmienny od rzeczywistości. Aktywistki tego ruchu są ślepe na wspomniane pułapki życia, na które przede wszystkim narażeni są mężczyźni. Proponowane przez nie równouprawnienie nie jest tym, za co się podaje. Dąży jedynie do „nadania przywilejów męskich kobietom”. Chce więc uczynić z mężczyzny „gorszą płeć”, ponieważ nie chce usunąć pułapek życia na jakie są narażeni przedstawiciele płci męskiej. Gdyby feministki walczyły z przejawami dyskryminacji po obu stronach, wtedy naprawdę można byłoby je nazwać „bojowniczkami o równouprawnienie”. Póki co na razie „walczą o dominację”, zdobycie „męskich przywilejów” bez ryzyka na jakie narażeni są przedstawiciele płci męskiej.
         Teraz przejdę do głównego tematu jaki chciałem tu poruszyć. Otóż współczesna „kultura” drastycznie dyskryminuje płeć męską. Nie jest prawdą, że dawniej, choćby kinematografii, promowano jeno męski szowinizm. Dawne filmy nie były „szowinistyczne”, ale „męsko-centryczne”, czyli zamknięte wokół spraw dotyczących wyłącznie mężczyzn. O męskim szowinizmie można byłoby mówić, gdyby lansowano dominację płci męskiej nad żeńską. Jednak tak nie było. Kobiety występowały po prostu w tle, jako zwykli ludzie jakich można było spotkać na co dzień. Współcześnie „bohater żeński” zajął równe miejsce „męskiemu”, ale jedynie na tych obszarach, które są jakby to ująć „korzystne”. Wyłonił się z dużym impetem wzorzec „silnej kobiety”, ale nie pojawił się przy tym wzorzec „pokonanej kobiety”, pomimo obowiązującego powszechnie modelu „pokonanego mężczyzny”. W ten sposób wytworzył się w kulturze trend dyskryminujący męską płeć. Stawia on dużo częściej mężczyznę w roli „pokonanej ofiary”, przy jednakowym dla obydwu płci zachowaniu wzorca „silniejszego zwycięscy”.
         Kiedyś spotkałem się w sieci z opinią, według której „pokazanie kobiety choćby z maleńkim pistolecikiem” jest „postrzegane jako feminizm”, przy jednoczesnej „akceptacji mężczyzny wymachującego wokół AK-47”. Takie podejście było oceniane oczywiście krytycznie. Nie było by w tym proteście nic gorszącego, gdyby na celowniku obydwu tych broni byli odpowiedni przedstawiciele różnych płci. Tymczasem owa tendencja w światowej kulturze, szczególnie kinematografii, kreuje dla obydwu płci jedynie silne wzorce zwycięzców, zaś „role ofiar” zarezerwowane są wyłącznie dla mężczyzn. Mamy więc tu kolejny przykład dyskryminacji płci męskiej w kulturze. Nie tylko w powieściach i filmach sensacyjnych występuje dyskryminacją męskiej płci. Dużo bardziej sprawa zaszła w kinie grozy, katastroficznym czy fantastycznym, gdzie ginie 90% bohaterów męskiej płci, i tylko jedna, dwie kobiety (i to często w mniej podły sposób). W ogólnym zarysie przedstawia płeć męską mniej zaradną, która „może przetrwać, ale raczej zginąć”. Kobieta natomiast przedstawiana jest jako „ta, co poradzi sobie lepiej”. W ten sposób dzisiejsza „kultura” niszczy „wzorzec męskości”. Nie może być więc skierowana pod mężczyzn, ale przeciwko nim.
         Kiedyś pewna feministka napisała mi, iż „twarde laski podobają się facetom”. Być może jest w tym ziarno prawdy, jednakże lansowanie tylko „twardych lasek” obok „miękkich i twardych facetów” wcale nikomu się nie podoba. Wręcz przeciwnie, drażni, a niestety w kulturze coraz częściej skazani jesteśmy tylko na tego typu modele! Dawna kultura pokazywała reakcje realne, bazujące na zasadzie obserwacji zachować. Dziś natomiast kreuje się „histeryzujących facetów”, robi z mężczyzn mięczaków. Spotkać nawet można silnych, dorosłych mężczyzn „rzygających na zapach i widok flaków”, pomimo tego, że dziewczynka która też miała z nimi taką samą styczność w ogóle nie miała mdłości. To kolejny dowód na to, że kultura coraz bardziej podlega postępującej feminizacji. Nie jest to robione to ani pod mężczyzn (którzy lubią wybierać wzorce z którymi mogą się utożsamiać), ani pod kobiety (które na ogół nie lubią przemocy). Jest to kreowane wyłącznie pod ideologów wojującego feminizmu, którym zależy na wykreowaniu obrazu mężczyzny jako zbędnego, który w zasadzie powinien ulec likwidacji. Określić to mogę mianem zabiegu systematycznego niszczenia wzorca męskości. Jak wiadomo największy wpływ na kulturę ma dziś Hollywood, a on zdominowany jest przez środowiska przyklaskujące ruchom feministycznym. Tak oto kultura z męsko-centrycznej przemieniła się w feministyczną…
         Film „Seksmisja” Juliusza Machulskiego był po nikąd proroczy. Na pewnym forum ogólnopolskim spotkałem opinię agresywnej feministki o tym, że mężczyźni nie są już do niczego potrzebni. Kobiety, zdaniem jej, „same mogą się rozmnażać” przy użyciu próbówek, zaś płeć męska powinna wprost być wyeliminowana. Ten dekadencki pogląd zagraża naturalnemu porządkowi w świecie, w którym jest miejsce dla obydwu płci. Wspomniany film miał być aluzją wobec patologii państw totalitarnych. W pewnym sensie dzisiaj można dosłownie odbierać jego przekaz, jako ostrzeżenie przed tym, co planuje totalitarny (w swoich praktykach) wojujący feminizm.
         W dawnej kinematografii, jak chociażby w filmach z Clintem Eastwoodem, kreowano wzorzec „silnego męskiego charakteru”, który współcześnie niestety systematycznie wymiera. W tamtych dziełach kina ten typ był przeciwstawiany „złemu męskiemu wzorcowi”. Po stronie protagonisty znajdowali się zarówno męscy jak i żeńscy sojusznicy, zaś „czarne charaktery” i „ofiary” były obydwu płci. Dziś „silny męski wzorzec” systematycznie zanika na rzecz „silnego kobiecego”, zaś „zły męski charakter” nadal pozostaje jedynym „negatywnym modelem”. To wyraźnie wskazuje na postępującą feminizację kultury. Równouprawnienie w kulturze to fikcja, gdyż modele kobiece są zdecydowanie częściej „atrakcyjniejsze”. W serialach także widoczna jest tendencja feministyczna. Kobiece charaktery, nawet słabsze na początku, ewoluują do roli „silnych”. Męskie nie zawsze, bowiem „twardzielami” są tylko ci, co byli nimi od początku. Podobnie jest z podejściem do godności obu płci w kulturze masowej. Przeważnie męskie życie traktowane jest z góry jako „gorsze”. Śmierć kobiety celebrowana z niebywale większą czcią niż mężczyzny, czy nawet dziecka! Taki obrót sprawy nie jest żadnym „równouprawnieniem”, ale podeptaniem męskiej godności. W kinematografii, telewizji i literaturze fabularnej bez skrępowania promowana jest przemoc kobiet wobec obydwu płci. Gdyby to samo zastosować do mężczyzn, od razu wszędzie trąbiono by o „propagowaniu przemocy wobec kobiet”! Gdzie jest więc to „równouprawnienie”? Nigdzie!  
         Ze szczerą łzą w oku wspominam filmy Alfreda Hitchcocka, bądź te z udziałem Clinta Eastwooda. Biją one na łeb tę współczesną tandetę, naszprycowaną feministyczną propagandą okraszoną rzekomo atrakcyjnymi „efektami specjalnymi”.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 26 lutego 2012

ACTA, piraci, paserzy

         Jak niektórzy się orientują jestem przeciwny ACTA i wszelkim nadmiernie rozbudowanym inicjatywom chroniącym „prawa autorskie”. Moje stanowisko wynika z faktu, że współcześni twórcy często swoje „opatentowane dzieła” opierają o dorobki twórców nieżyjących już kilkaset lat. Często na filmach słyszymy muzykę „klasyków wiedeńskich”, przewija nam się w tle popularny obraz, albo znany literacki cytat. Z jakiej więc racji mają być przyznane patenty filmom czy utworom korzystającym de facto z cudzego dorobku, bez żadnego wynagrodzenia. Dlaczego nie ma prawnej ustawy, aby wytwórnia filmowa czy muzyczna, korzystająca z twórczości dajmy na to Wolfganga A. Mozarta, miała obowiązek przelania części swoich dochodów na muzea czy inne placówki upamiętniające twórczość i życie tego wybitnego artysty? Skoro „złamaniem praw autorskich” ma być zdjęcie na którym widnieje logo znanego koncernu, to dlaczego takie samo prawo ma nie obowiązywać samych twórców? Prawda jest jednak taka, że jedno jest tak samo absurdalne jak drugie. Kompozytor już nie żyje (prawa majątkowe i inne już nie obowiązują), zaś zdjęcie ujmuje część krajobrazu którego żaden koncern nie wykreował. Po prostu „ustawa o prawach autorskich” jest na tyle głupia, że być jej nie powinno. Zabezpiecza interesy twórców którzy sami często niewiele wnoszą swojego to raz, dwa nie sprzyja samej sztuce, gdyż w swoim zapisie chroni zarówno dzieła jak i tandetę. Jej konsekwencje widać gołym okiem. Dla mnie zachodzi ogólnie degrengolada kultury muzycznej, graficznej i filmowej. Nie uogólniam. Są dziś i dzieła wybitne, ale są niestety przykryte masą „sprzedającej się tandety”.
         Zanim przejdę do dalszej części zagadnienia, muszę zwrócić uwagę na to, że coraz częściej w mediach terminem „pirata” określa się „paserów”. Pirat to osoba zajmująca się dystrybucją produktów pozyskanych nielegalnie. Nabywca tychże jest paserem. Tymczasem medialna nagonka „wrzuciła wszystkich do jednego worka”. Niedługo dojdzie może do tego, że za pobicie będą takie same kary jak za morderstwo. A to prosty krok to zwiększenia liczby zabójstw. Pirat to pirat, a paser to paser, i niech media „nie odwracają kota ogonem”. Kary mają być stosowne, a nie jednakowe.
         Darmowe kopiowanie produktów (jeśli miałoby być karane) winno się wiązać z przymusowym zakupem produktu. Jednakże za drugiej strony powinno istnieć prawo do reklamacji. Nie raz zakupię film którzy mnie po prostu wkurzy, i na dodatek taka szmira przynosi milionowe korzyści jej twórcom! W ten sposób sztuka schodzi na psy. Tak czy siak wszyscy będą kupować, a twórcy będą nas katowali coraz większą lipą. Ustawy prawne będą chronić interesy twórców coraz mocniej, a ci będą robić coraz większą lipę i nikt z tym nic nie zrobi. Jeżeli ustawodawcy i prawnicy chcą chronić szmirę, to niech nie biadolą że pewnego dnia obudzą się w świecie w którym wszystkim wszystkie ekrany i monitory nagle eksplodują w tej samej chwili tuż po ich załączeniu. Ja nie żartuję, współczesne prawo sprzyja robieniu coraz większej tandety. Krytycy powinni moim zdaniem przydzielać jakieś gwiazdki produktom kulturalnym, i na ich podstawie oceniać się powinno stopień ochrony danego wytworu. Im ma mniej gwiazdek, tym mniej ma praw ochronnych. Wtedy byłoby lepiej.
         Inną skuteczną metodą walki z piractwem i paserstwem jest ustalanie przyjaźniejszych cen produktów. Wspominał o tym Wojciech Cejrowski posługując się przykładem Steve’a Jobs’a, który rozpoczął sprzedaż utworów muzycznych za 99 centów. Wtedy piractwo stało się nieopłacalne. Ludziom zarobki nie wzrastają, a ceny rosną, a to jest główną przyczyną rozwoju piractwa i paserstwa. Nikt jakoś się nie przejmuje prawami pracowników, którzy całe życie się uczyli tylko po to, aby pracować za mniej niż 1000 PLN miesięcznie. Jednak podnosi się larum gdy coś uszczupla już i tak pełne kieszenie wyrobników kulturalnej tandety. Jeżeli pensje w kraju wzrosną, piractwo będzie stopniowo zanikać. Najlepiej jednak byłoby wycenić produkty w cenie przysłowiowej złotówki, a wtedy zjawiska piractwa nie będzie. Propozycję takiego rozwiązania sprawy wysuną nie kto inny jak twórca i producent programów telewizyjnych, a więc osoba bardzo zainteresowana tematem ochrony praw autorskich.

         Moja propozycja na rozwiązanie tej kwestii jest taka:
1.     Krytycy i konsumenci przyznają danemu produktowi kulturalnego gwiazdki. Na ich podstawie określamy stopień ochrony produktu. To zwiększy bezpieczeństwo dla produktów dobrej jakości kosztem tandety.
2.     Jeśli ma być kara za paserstwo, to jedyna możliwość jej realizacji to zakup produktów pozyskanych nielegalnie (po wcześniejszym zniszczeniu kopii nielegalnej). Kara nie powinna mieć wymiaru sądowego.
3.     Jeżeli produkt się nie spodoba, konsument ma mieć prawo do zwrotu kosztów zakupu. To oduczy muzyków, producentów, reżyserów i innych robienia tandety, gdyż na nich też powinna być kara, i to w takiej właśnie postaci.

Gwarantuję, że taki przepis rozwiąże ten problem dużo skuteczniej niż wszelkiej maści ACTA inne tego typu bzdury.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 29 stycznia 2012

Operacja „Lew Morski” – Wojna o Wielką Brytanię 1940

Geneza niemieckiej agresji na Wielką Brytanię
         Po pokonaniu Francji w 1940 roku, kolejnym krokiem Niemiec do pozyskania dominacji w Europie, było zajęcie Wielkiej Brytanii. Zjednoczone Królestwo było znaczącym niemieckim oponentem podczas I Wojny Światowej. Jego pokonanie, podobnie jak w przypadku Francji, miało dla Niemców znaczenie symboliczne – odwet za klęskę i upokorzenie po I Wojnie Światowej. Wielka Brytania była także potężnym mocarstwem kolonialnym. Imperium Brytyjskie władało posiadłościami niemal na całym świecie. Jego potencjalny upadek pozwoliłby „Państwom Osi” zająć posiadane przezeń terytoria. To utorowałby temu blokowi drogę do dominacji w skali światowej. Ziemie, surowce, ludzie oraz produkty przynoszące korzyści Imperium Brytyjskiemu, byłyby wtedy w posiadaniu Niemiec, Włoch i Japonii. Swoją drogą Imperium Brytyjskie słynęło także z podobnej okrutności co ZSRR i III Rzesza. Obozy koncentracyjne (dla ludności tubylczej) istniały tam na wiele lat przed pierwszymi podobnymi placówkami wybudowanymi przez komunistów i nazistów.
Sytuacja w przededniu wojny
         Pomimo uznania przez Niemców Wielkiej Brytanii za wroga, Adolf  Hitler do końca próbował przeciągnąć ją na swoją stronę. Obiecywał Brytyjczykom wolną rękę na morzach w zamian za brak ich interwencji w sprawy kontynentu europejskiego. Częściowo kalkulacje takie mogły być dobrym posunięciem. W ten sposób dominująca flota morska świata nie przeszkadzałaby III Rzeszy w prowadzeniu działań wojennych. Jednak Wielka Brytania odrzuciła ofertę führera. Wiązało się to w pewnej części z powiązaniami ideologicznymi Wielkiej Brytanii z pozostałymi krajami nieprzyjaznymi Niemcom. Ponadto dominacja Niemiec w świecie stwarzała zagrożenie dla interesów istniejących imperiów kolonialnych. Imperium Brytyjskie miało wiele poważnych atutów przemawiających na ich korzyść w starciu z Niemcami. Czołowa flota świata, ogromne zasoby surowców, pokaźny potencjał ludzki oraz lepsze samoloty dawały Brytyjczykom możliwość swobodnej konkurencji z III Rzeszą. Ponadto dawało im przewagę rozpracowanie przez polskich kryptologów mechanizmu działania niemieckiej maszyny szyfrującej „Enigma”. Dzięki temu rozkazy Głównodowodzącego Luftwaffe Reichsmarschalla* Hermanna Göringa nadawane za jej pośrednictwem były rozszyfrowywane i przekazywane naczelnemu dowództwu Armii Brytyjskiej. Niemcy z kolei mogli liczyć na większy stosunek sił w powietrzu wynoszący 10:37 na ich korzyść (dokładnie 2800 niemieckich samolotów w stosunku do brytyjskich 756). Niemieckie maszyny były jednak słabsze technologicznie od brytyjskich. Bombowiec nurkujący Junkers Ju-87 nie stawiał czoła wymaganiom pola walki, zaś Messerschmitt Bf-109 ustępował brytyjskim myśliwcom typu Spitfire czy Hurricane. Potężny niemiecki dwusilnikowy myśliwiec Messerschmitt Bf-110 okazał się za mało zwrotny. Wiara w jego możliwości pośród niemieckich elit okazała się daremna.
Początek Wojny
         Niemiecka inwazja na Wielką Brytanię przybrała nazwę „Bitwy o Anglię”. Jednak skala działań wojennych i sposób prowadzenia tej „bitwy” był charakterystyczny dla typowej kampanii. Jej główną areną walk stało się powietrze, a na drugim miejscu morze (podczas tej „kampanii” rzadziej angażowane były siły lądowe, i to głównie po stronie alianckiej). Inwazja na Wielką Brytanię zyskała kryptonim „Lew Morski”. Zakładała zneutralizowanie brytyjskiego panowania na morzu i w powietrzu na własnym obszarze. Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem całej operacji Adolf Hitler zlecił wstępne ataki na brytyjskie patrole i konwoje. Było to dla Niemiec fatalne posunięcie. Hermann Göring nie miał wtedy jeszcze żadnych konkretnych planów prowadzenia wojny. Działania zaczepne przygotowano już 4 lipca 1940 roku, na ponad miesiąc przed oficjalnym rozpoczęciem „kampanii”. Atakowano linie kolejowe i patrole brytyjskie. Pod koniec tych przedwczesnych i niezaplanowanych akcji Niemcy stracili 93 samoloty, a Brytyjczycy tylko 48.
Przebieg wojny
         „Bitwa o Anglię” rozpoczęła się oficjalnie 13 sierpnia 1940 roku. 1500 niemieckich bombowców rozpoczęło bombardowanie kluczowych strategicznie obiektów brytyjskich: lotnisk, zakładów zbrojeniowych i punktów obrony przeciwlotniczej. Atakowano nieustannie główne miasta brytyjskie takie jak Londyn, Liverpool czy Birmingham w celu zastraszenia i złamania całego społeczeństwa. Ataki bombowe w pierwszej fazie tej de facto kampanii, były całkowicie pozbawione eskorty myśliwskiej, stąd ponosiły ogromne straty. 11 września Niemcom udało się zbombardować Pałac Buckingham, jednak według oficjalnego brytyjskiego raportu nie ucierpiał nikt z rodziny królewskiej. Opór brytyjskiej obrony przeciwlotniczej wzmacniał się z każdym dniem. W działaniach obronnych żołnierzy wspierali cywile, zarówno mężczyźni jak i kobiety. Znaczna ilość strąceń niemieckich maszyn sprawiła, że 17 września odwołano operację „Lew Morski”. Naloty bombowe, w celu ciągłego nękania Brytyjczyków, trwały jednak nadal. Wyraźnymi błędami w dowodzeniu wyróżnił się Adolf Hitler, będący głównym twórcą niemieckiej klęski w „Bitwie o Anglię”. Niemieckie ataki na określone brytyjskie punkty strategiczne (głównie lotniska), pomimo wstępnych strat, wznowione przyczyniłyby się do ich zajęcia. Tymczasem Hitler nieustannie decydował się na atakowanie coraz to nowych, i nie nadszarpniętych punktów obrony. W ten sposób zamiast zająć Brytyjczykom jakąkolwiek część ich obszaru, nieustannie wyniszczał coraz bardziej już nadszarpnięte siły Luftwaffe. Była to seria „niewytłumaczalnych” decyzji Hitlera, podobnych do bezsensownego wstrzymania ataku na Dunkierkę podczas Kampanii Francuskiej. To kolejny powód do przypuszczeń, iż Adolf Hitler mógł być angielskim agentem. W trakcie samej powietrznej obrony Wielkiej Brytanii sławą okryli się Polscy piloci, walczący początkowo w eskadrach brytyjskich. Dzięki sukcesom zdecydowano się na utworzenie samodzielnych polskich dywizjonów, z których największą sławę zyskał Dywizjon Myśliwski 303, który pozbawił Luftwaffe ponad 200 maszyn. Poza Polakami sukcesy w obronie Wielkiej Brytanii odnosili piloci z Czech, a także z Kanady. W trakcie walk część pilotów wyróżniała się szczególną skutecznością w eliminowaniu  wrogich samolotów. Zyskiwali dzięki temu przydomek „Asów Myśliwskich” (podczas I Wojny Światowej takim „Asem” był Głównodowodzący Luftwaffe Hermann Göring). Niemieckimi „Asami” byli między innymi Adolf Galland i Werner Mölders, natomiast po stronie polskiej wyróżniali się Stanisław Skalski, Jan Zumbach, Mieczysław Popek czy Zdzisław Krasnodębski (założyciel i pierwszy dowódca Dywizjonu 303).
Koniec wojny
         Coraz skuteczniejsza brytyjska obrona przeciwlotnicza odpierała niemieckie natarcia z powietrza. To zmusiło III Rzeszę do całkowitego zaniechania planów zajęcia Wielkiej Brytanii. Jednak ataki bombowe, oraz w dalszej fazie wojny rakietowe, na Wielką Brytanię trwały nadal. Niemcy próbowali również ataków na brytyjskie połączenia morskie. Działania te miały doprowadzić do „blokady Wielkiej Brytanii”, która miała na celu podciąć podstawy egzystencji Brytyjczyków. Konwoje z dostawami broni, surowców, żywności, oraz produktów pochodzących z kolonii, były nieustannie niszczone. W odpowiedzi na to Brytyjczycy organizowali eskorty. Polem tej walki było już nie tylko powietrze, ale także i morze. Działania takie trwały niemalże do końca niemieckiej dominacji w Europie Zachodniej. W ten sposób „Bitwę o Anglię” przeobraziła się w „Bitwę o Atlantyk”. Oficjalny koniec samej „Biwy o Anglię” był 31 października 1940 roku. Niemieckie lotnictwo straciło według różnych źródeł 40-52% swoich sił. Straty Luftwaffe w stosunku do RAF wyniosły 3:1, zaś w stosunku do Polskich Dywizjonów 302 i 303 wyniosły 9:1. Według posiadanych przeze mnie źródeł Niemcy stracili ponad 2000 ludzi, z czego 1000 to piloci. Brytyjczycy stracili pond 540 ludzi, zaś straty polskie wyniosły 29 pilotów. Była to militarna porażka Niemiec, której autorem w dużej mierze był Adolf Hitler. Na duże straty niemieckie przyczynili się nie tylko alianccy piloci, ale także brytyjska obrona przeciwlotnicza wsparta nowowprowadzonymi urządzeniami radarowymi.
Kalendarium działań w trakcie walk o Wielką Brytanię
  • 4 lipca 1940. Zaplanowanie wstępnych działań wojennych przeciw Wielkiej Brytanii.
  • 10 lipca 1940. Pierwsze datowane ataki Niemców na konwoje oraz partole brytyjskie. Pod koniec wstępnych działań Niemcy tracą 93 maszyny, a Brytyjczycy 48.
  • 13 lipca 1940. Wydanie dyrektywy o wojnie powietrznej lecz Hermann Göring nie ma w tym czasie żadnych konkretnych planów działania.
  • 13 sierpnia 1940. Oficjalny początek „Bitwy o Anglię”. Ataki na konwoje i miasta z fabrykami. Eskadra niemiecka znad Norwegii ponosi ogromne straty z powodu braku eskorty myśliwskiej.
  • 18 sierpnia 1940. Ataki niemieckie na lotniska brytyjskie. Zniszczono lotnisko Kenley oraz uszkodzono lotnisko Biggin Hill. Straty Luftwaffe wyniosły 71 maszyn, zaś RAF 27.
  • 25 sierpnia 1940. Ataki na Warmwell.
  • 28 sierpnia 1940. Ostre ataki na Liverpool.
  • 31 sierpnia 1940. Ataki na lotniska: Biggin Hill, Debden oraz Hornchurch. Straty Luftwaffe to 41 maszyn, a RAF 39. Ponadto RAF stracił kilka jednostek na ziemi.
  • 4-9 września 1940. Nalot na zakład bombowców w Weybridge i Brooklands. Bombardowane są miasta: Liverpool, Bristol, Londyn. Straty RAF to 120 maszyn, a Luftwaffe 148.
  • 7 września 1940. Pierwsze Brytyjskie użycie radarów. Rozkaz Adolfa Hitlera i Hermanna Göringa o bombardowaniu Londynu. Przechwytywanie pozycji samolotów przez radary zmusza Luftwaffe do ślepego bombardowania punktów docelowych.
  • 11 września 1940. Niemcy zbombardowali Pałac Buckingham oraz zakłady produkcji myśliwców Spitfire w Southampton. Straty Luftwaffe to 29 maszyn, a RAF 21.
  • 15 września 1940. Zacięte walki nad Londynem. Brytyjczykom dokuczać zaczyna brak pilotów. Straty Luftwaffe wyniosły tego dnia aż 60 maszyn, zaś RAF tylko 27.
  • 17 września 1940. Ataki RAF. Odwołanie operacji „Lew Morski”.
  • 18 września 1940. Ataki na Londyn. Straty Luftwaffe to 19 maszyn, zaś RAF 12.
  • 19 września 1940. Ataki RAF na flotę i stacje niemieckie.
  • 25-30 września 1940. Naloty na fabryki w Bristol, Southampton, Yeowil. Straty RAF to 83 maszyny, a Luftwaffe 143. Rozpoczyna się okres walk myśliwskich. W październiku naloty to codzienność.
  • 31 października 1940. Oficjalny koniec „Bitwy o Anglię”. Powstrzymanie niemieckiej inwazji na Wielką Brytanię.

*Tytuł Reichsmarschall (pol. Marszałek Rzeszy) był nadawany jako najwyższy stopień wojskowy w armii Świętego Cesarstwa Rzymskiego, dla najwybitniejszego ze strategów, przewyższającego swoimi umiejętnościami zarządzania i dowodzenia wojskiem innych Feldmarszałków (pol. Marszałków Polnych). Władze III Rzeszy, lubujące się w bezpodstawnym nadawaniu swoim liderom tytułów zarezerwowanych dla Rycerzy i Paladynów, nieomieszkały w awansowaniu na niego bez pokrycia najwyższego w hierarchii partyjnej NSDAP marszałka. Hermann Göring był przeciętnym dowódcą, i jego awans był symbolicznym uznaniem jego osoby przez pryzmat dokonań dla partii, a nie wyrazem nadzwyczajnego talentu dowódczego.

Na podstawie Kronik II Wojny Światowej, książek i opracowań całość przygotował: Piotr Marek

poniedziałek, 26 grudnia 2011

„Fall Gelb” – Kampania francuska 1940

Geneza niemieckiego ataku na kraje Europy zachodniej.
         Niemiecka „Kampania Skandynawska” była wstępem dla docelowej kampanii przeciwko Francji. Zdobycie Danii i Norwegii  uniemożliwiało powstanie drugiego frontu na północy. Wojna przeciwko wielkiemu zachodniemu sąsiadowi III Rzeszy była rewanżem za klęskę w poprzednim konflikcie. Jednak podłoże wojny wiązało się nie tylko z korzyściami polityczno-ekonomicznymi dla Niemiec. Republika Francji uchodziła za jednego z głównych „odwiecznych wrogów” Rzeszy Niemieckiej. Pokonanie jej było symbolicznym upokorzeniem systemu republikańskiego, który reprezentowała. Według założeń ideologicznych przywódców III Rzeszy zniszczenie Republiki Francji było, obok zgładzenia ZSRR, jednym z głównych wymogów zaprowadzenia politycznego porządku w nowej „Aryjskiej Europie”. Z punktu widzenia geopolityki gwarantem mocnej pozycji Niemiec na zachodzie Europy, po zajęciu Francji, była przychylność nowych sąsiadów. Włochy i Hiszpania z oczywistych względów należały do takich państw. Szwajcaria zachowała neutralność. Prawdopodobnie była przez Niemców traktowana jako alternatywna droga ucieczki w przypadku „podwinięcia się nogi”. Belgia i Holandia dodatkowym punktem opornym w podboju Francji, stąd niemiecka „Kampania Francuska” była w rzeczywistości agresją na trzy kraje Europy zachodniej: Francję, Belgię i Holandię.
Sytuacja w przededniu wojny.
         Naczelne dowództwo aliancie nie wyciągnęło wniosków z błędów popełnionych podczas walk w Norwegii. Nie rozpatrzyli tego, że francuska obrona wsparta Brytyjskim Korpusem Ekspedycyjnym nie potrafiła stawić czoła niemieckiej ofensywie. Dodatkowo Francuski Sztab Generalny błędnie wywnioskował iż walki, tak jak podczas I wojny światowej, przerodzą się w wojnę pozycyjną. Według ich błędnych rozważań front miałby ustabilizować się na zajętych pozycjach, po czym zmęczone ciągłymi natarciami pozbawione wsparcia i zaplecza z odległych krain Niemcy miałby ulec wobec wielkiej potęgi kolonialnej. Kolejnym poważnym błędem Francuskiego Sztabu Generalnego, poniekąd powiązanym powyższym założeniem, było kurczowe trzymanie się niezrozumiałej hipotezy, iż Niemcy zaatakują Francję tylko i wyłącznie od południowej granicy w okolicach Ardenów. Zbagatelizowali możliwość Niemieckiej agresji na Belgię i Holandię, oraz atak na ich kraj z terytoriów tych dwóch państw. Granice północne obstawili jedynie symbolicznie. Z kolei w okolicach zakładanego błędnie przez nich miejsca ataku wybudowali w tym rejonie potężną sieć umocnień i bunkrów zwaną „Linią Maginota”. Sieć ta kosztowała Francję niebagatelną sumę, a osłaniała kraj jedynie od południowej granicy poniżej Ardenów. Było to fatalne posunięcie, świadczące bądź o dyletanctwie wojskowym, bądź o celowej szkodliwości działania na rzecz państwa, ze strony francuskiego dowództwa. Nie można nigdy zakładać, że wróg zaatakuje tylko z jednego konkretnego miejsca. Trzeba rozpatrzeć wszystkie warianty, i przygotować się na każdy z nich oddzielnie. To od wieków stosowana praktyka przez rozsądnych wodzów i strategów, do która jak widać była francuskiemu dowództwu obca.
Początek wojny.
         Niemieckie wojska zostały postawione w stan gotowości do działania 9 maja 1940 roku. Agresja wojsk niemieckich przeciwko Francji, Belgii i Holandii rozpoczęła się 10 maja 1940 roku, pod kryptonimem „Fall Gelb” („Wariant Żółty”). Główne uderzenie III Rzeszy na Francję nastąpiło nie w okolicach „Linii Maginota”, ale znad terytoriów Belgii i Holandii. Siły niemieckie w „Kampanii Francuskiej” składały się z trzech Grup Armii. Grupa Armii „A” atakowała od środkowego odcinka frontu, głównie przez góry Ardeny, a od północy (4 Armia) przez belgijskie miejscowości Namur i Dinant. Głównodowodzącym Grupy Armii „A” został najstarszy i bardzo wykwalifikowany niemiecki gen. pułk. Gerd von Rundstedt. W jej skład wchodziły cztery Armie: 4 Güntera von Kluge, 2 Maximiliana von Weichsa, 16 Ernsta Buscha i 12 Wilhelma Lista połączona z Grupą Pancerną Ewalda von Kleista. Liczyła według posiadanych przeze mnie danych 45,5 dywizji, w tym 2 Pancerne i 3 Zmotoryzowane. Grupa Armii „B”, atakująca od północnej części frontu, miała za zadanie dokonać inwazji na Francję przez terytorium Belgii i Holandii. Na jej czele stanął inny wykwalifikowany gen. pułk. Fedor von Bock. W skład tej jednostki taktycznej wchodziły dwie Armie: 18 Georga von Küchlera i 6 Waltera von Reichenaua. Liczyła według posiadanych przeze mnie danych 29,5 dywizji, w tym 3 Pancerne i 2 Zmotoryzowane. Grupa Armii „C”, atakująca od południa, miała za zadanie związać walkami siły francuskie zgromadzone wokół Linii Maginota, ułatwiając swobodne działanie jednostkom taktycznym z Grupy Armii „A”. Na czele tej jednostki taktycznej stanął wykwalifikowany gen. pułk. Wilhelm Ritter von Leeb, a w jej skład wchodziły dwie Armie: 1 Erwina von Witzlebena i 7 Friedricha Dollmanna. Według posiadanych przeze mnie danych liczyła 19 dywizji. Dodatkowo Niemcy posiadali jeszcze 42 rezerwowe Dywizje Piechoty. Nad całością działań czuwało OKH (Oberkommando des Herres), czyli Naczelne Dowództwo Sił Lądowych, na czele którego stał bardzo wykwalifikowany gen. pułk. Walther von Brauchitsch, a nadzorował wszystko Adolf Hitler. Siły aliancie natomiast opierały się w dużej mierze o Armie Francuskie. W przeciwieństwie do kampanii w Polsce w 1939 roku, gdzie Niemcy posiadali przewagę liczebną (choć nie zawsze jakościową), o tyle w przypadku kampanii we Francji w 1940 roku, Niemcy dysponowali znacznie słabszymi siłami niż przeciwnik. Dla przykładu niemiecka broń pancerna była znacznie słabsza od tej, jaką dysponowali Francuzi. Podstawowymi jednostkami pancernymi Rzeszy tego okresu były lekkie czołgi Panzer I i Panzer II. Te pierwsze, uzbrojone były jedynie w dwa karabiny maszynowe 7,92 mm, poza wersją Panzer I „Ausf C”, dysponującą działem 20 mm. Opancerzenie tych maszyn wynosiło (według posiadanego przeze mnie leksykonu) do 13 mm. Z kolei seria Panzer II dysponowała w każdej wersji działem 20 mm, a jego opancerzenie sięgało około 35 mm. Ogółem Niemcy posiadali do 2000 sztuk czołgów tych dwóch typów. Nieliczne czołgi średnie Panzer III i Panzer IV mogły już powalczyć z francuskimi, ale także nie dorównywały ich możliwościom. Panzer III posiadał opancerzenie porównywalne do lekkiego czołgu Panzer II, a momentami bywało, iż mógł w niektórych miejscach posiadać lżejszy pancerz! Działo 37 mm i większa masywność pojazdu kompensowały te braki. Panzer IV był czołgiem średnim również o podobnie mizernym opancerzeniu, jednak był znacznie masywniejszy od poprzednich konstrukcji, i dysponował działem 75 mm. Wadą tego działa była krótka lufa, a co się z tym wiąże, słabszy zasięg i możliwości. Dopiero późniejsze wersje tych czołgów mogły przewyższać opancerzenie alianckich czołgów lekkich i średnich, ale i tak pod tym względem nie dorównywały czołowym maszynom przeciwnika. Dla kontrastu Francuzi dysponowali 1600 lekkimi czołgami Renault R-35 o kalibrze działa 37 mm i opancerzeniu 40 mm (a więc lekki czołg francuski był lepszy od średniego niemieckiego). Dla ciekawostki dodam, iż w składzie Armii Polski także znajdowało się (z tego co wiem) ponad 100 sztuk tych francuskich czołgów. Atutem Francuskich Wojsk Pancernych był doskonały średni czołg SOMUA S-35, o dziele kaliber 47 mm i opancerzeniu do 55 mm. Mieli ich około 250 egzemplarzy. Ponadto w dyspozycji wojsk francuskich były także czołgi ciężkie, jak Char B1, dwudziałowy (75 mm w kadłubie i 45 mm na wieży), dysponujący opancerzeniem do 65 mm. Także z tymi dwoma maszynami jednostki Panzerwaffe nawet nie miały szans w otwartej walce. Przedni pancerz Char B1 był dla artylerii niemieckich czołgów „nie do przebicia”. Francja przewyższała Niemcy jakościowo i ilościowo w każdym rodzaju uzbrojenia, nie tylko w jednostkach pancernych. Wadą francuskich maszyn było zaprojektowanie ich dwuosobową załogę, czyli artylerzystę i kierowcę. Niemieckie maszyny były sprawniejsze, gdyż posiadały więcej członków załogi, co umożliwiało sprawniejszą koordynację działania. Osoba ładowniczego znacznie szybciej umożliwiała precyzyjne oddawanie strzałów z artylerii pojazdu. Same siły alianckie wspierane były wojskami Francji, Holandii i Belgii, oraz Brytyjskim Korpusem Ekspedycyjnym. Holandia wystawiła siły złożone z 8 dywizji i rezerwy, a Belgia 18 dywizji i rezerwy. Francuzi posiadali 3 Grupy Armii, których nazwy pochodziły od nazwisk ich dowódców. Grupa Armii 1 „Billotte” strzegła granic Francji na północ od Linii Maginota. Dowódcą jej był gen. Gastone Billotte. Posiadała cztery Armie: 7 gen. Henriego Girauda (w okolicach Dunkierki), 1 gen. Blancharda, 2 gen. Huntzigera i 9 gen. Corapa, wsparte Brytyjskim Korpusem Ekspedycyjnym Lorda Gorta (właśc. Johna Verekera). Posiadała około 29 dywizji (w tym 3 lekkie dywizje zmechanizowane i 2 zmotoryzowane, oraz 4 pełne i 2 niepełne dywizje kawalerii, liczone jako połówkowe). Brytyjski korpus ekspedycyjny posiadał 9 dywizji piechoty. Grupy Armii 2 i 3 skoncentrowane były wokół „Linii Maginota”. Grupa Armii 2 „Pretelat” strzegła północnej części francuskiej sieci umocnień. Jej dowódcą był gen. André-Gaston Prételat. Posiadała trzy Armie: 3 gen. Condé, 4 gen. Requina i 5 gen. Bourreta. Posiadała 35 dywizji wspartych dodatkowo jedną Dywizją Brytyjską. Grupa Armii 3 „Besson” strzegła południa sieci umocnień. Dowódcą jej był gen. André Besson. Składała się w zasadzie z jednej 8 Armii gen. Garchery’ego, ale związana była z nią także 6 Armia gen. Touchona. Cała Grupa Armii 3 posiadała 14 dywizji. Ponadto Francja posiadała kilkadziesiąt dywizji rezerwy dla różnych odcinków frontu. Przedstawione jednostki stanowiły jedynie obronę granicy państwa. Istniały także francuskie siły wewnątrzkrajowe. Nad całością operacji czuwał gen. Maurice Gamelin, a po nim od 19 maja 1940 gen. Maxime Weygand.
Przebieg wojny.
         Kierunek niemieckich ataków całkowicie zaskoczył wojska sprzymierzonych. Holandia została zaatakowana przez niemieckie wojska spadochronowe. Spadochroniarze po opanowaniu lotnisk i głównych węzłów komunikacyjnych uniemożliwili jakąkolwiek obronę. Belgia dzięki wsparciu brytyjsko-francuskiemu broniła się troszkę dłużej od Holandii, ale i tak nie dała rady natarciom niemieckich wojsk pancernych gen. Heinza Guderiana. Następnie niemieccy pancerniacy podążając w kierunku Ardenów rozbijali kolejno każde napotkane zgrupowania wojsk francuskich. Rozwój sytuacji umożliwił Niemcom drogę przez Sedan, Kanał La Manche i rzekę Mozę. 22 maja 1940 wojska niemieckie dotarły aż do ujścia Sommy. Rozcięty został na pół aliancki pas obronny. Odcięte zostały na północy najlepsze jednostki francuskie i brytyjskie liczące ponad 50 dywizji. Francuzi widząc tragiczną sytuację na froncie zdecydowali się na zmiany personalne na stanowisku Głównodowodzącego Francuskiej Obrony. 19 maja 1940 roku w miejsce odwołanego gen. Maurice Gamelina urząd ten objął przebywający w Syrii gen. Maxime Weygand, który z kolei potrzebował kilku dni na przybycie i objęcie urzędu. Władze francuskie korespondowały z nowym premierem Winstonem Churchillem na temat planów ewakuacji wszystkich sił, oraz przygotowaniu brytyjskiej gospodarki na prowadzenie działań wojennych. Nowy rząd brytyjski za pierwszy swój cel postawił sobie ratowanie resztek oddziałów brytyjskich walczących na terenie Francji. Groziła im zagłada. Heinz Guderian zdążył wraz ze swoimi pancerniakami zająć porty w Boulogne i Calais, i z całym impetem zmierzał ku Dunkierce. Gdyby marsz na Dunkierkę zrealizowany został w tempie nadanym przez Heinza Guderiana, wojska brytyjskie zamknięte byłyby w kotle bez możliwości ewakuacji. Z „niewyjaśnionych okoliczności” Adolf Hitler wstrzymał na jakiś czas to natarcie. Tutaj nasuwa się hipoteza, czy Adolf Hitler nie był w rzeczywistości angielskim agentem? W historii II Wojny Światowej będzie jeszcze kilka takich jego „dziwnych decyzji” ułatwiających Anglosasom prowadzenie wojny, często nawet kosztem interesów Niemiec. Sama ewakuacja nastąpiła natychmiastowo, przy użyciu wszelkich możliwych środków. W przeciągu tygodnia pomiędzy 27 maja a 4 czerwca 1940 roku zdążono przerzucić spod Dunkierki w okolice angielskiego Dover prawie 330 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy. Tymczasem na południu frontu Niemcy dziesiątkowali lepiej wyposażone wojska francuskie. Rozmiary klęski Francji były ponad oczekiwania nawet dla władz III Rzeszy. Polska pomimo braku wparcia broniła się dłużej i znacznie skuteczniej niż silniejsza od Niemiec i wsparta sojusznikami Francja. Tutaj warto dodać ciekawostkę, że przed wojną Polska ubiegała się o zakup od Republiki Francji wielu egzemplarzy czołgów średnich SOMUA S-35, jednak „dobry i kochający sojusznik” nie zgodził się pomimo uczciwej zapłaty Polski za transakcję. Czyż nie byłoby z tych wspaniałych czołgów większego pożytku we wrześniu 1939, aniżeli w maju 1940, porównując rozmiary klęski obu tych państw? Czy może gdyby transakcja została zrealizowana, nie byłoby już mowy o klęsce Polski? Tego niestety nie możemy się dowiedzieć. Możemy co najwyżej snuć przypuszczenia. W walkach przeciwko Niemcom miały brać udział we Francji także polskie jednostki. Zgodnie z umową pomiędzy Władysławem Sikorskim a Mauricem Gamelinem miały walczyć jako jeden korpus, jednak rozwój wypadków spowodował, że rzucane były chaotycznie na różne odcinki frontu. Co prawda jednostki te odnosiły pewne sukcesy. 1 Dywizja Grenadierów gen. B.Ducha odniosła zwycięstwo pod Lagarde. 2 Dywizja Strzelców Pieszych gen. B.Prugara-Ketlinga walczyła na wzgórzach Clos-du-Doubs, wycofując się dopiero na wieść o planowanej francuskiej kapitulacji. W rejonie Champaubert i Montbard walczyła będąca w fazie formowania 10 Brygada Pancerno-Motorowa gen. S.Maczka, która także wycofała się widząc brak sensu dalszej walki.
Koniec wojny.
Dziesiątkowane na południu frontu jednostki francuskie kapitulowały pod naporem niemieckim. 14 czerwca 1940 roku Niemcy wkroczyli do Paryża. Ten fakt przyczynił się do rychłej kapitulacji Republiki Francuskiej. Nowy premier Francji marszałek Philippe Pétain zwrócił się z prośba o rozejm. 22 czerwca 1940 roku Francja podpisała zawieszenie broni. Prawie 2/3 terytorium Francji dostało się pod okupację. Południowa część kraju jednak pozostała w rękach Francuzów. Według umowy utworzono tam proniemiecką Francję Vichy z Philippem Pétainem na czele. Władze tego kraju w dużej mierze były zależne od Berlina, jednak w wielu dziedzinach realizowały własną i niezależną politykę. Francuscy patrioci  do dziś są podzieleni w sprawie słuszności tej decyzji. Rodzi ona spór w granicach politycznego „realizmu” i „prometeizmu”. Czy lepiej było przelewać krew Francuzów do końca, i oddać w konsekwencji wszystkie ziemie pod okupację, narażając dodatkowo własny naród na represje polityczne? Czy może lepiej było zachować część ziemi, oraz swoich rodaków, od krwawych prześladowań i ciężkiej okupacji, takiej jak trafiła się chociażby Holendrom? Francja Vichy zerwała z republikańskimi antywartościami, będącymi zgniłymi owocami rewolucji z końca XVIII wieku. Przywrócono w niej katolickie nabożeństwa, oraz odsunięto osoby nie będące francuskiej narodowości (głównie Żydów) od sprawowania ważnych urzędów państwowych. Pozbawiono masonerię ogromnych przywilejów jakimi cieszyła się w republice. Władzę we Francji Vichy mogli sprawować tylko rodowici Francuzi. W tzw. „wolnej Francji” bardzo często do władzy dochodzili ludzie nie mający z narodowością francuską nic wspólnego, co budziło liczne sprzeciwy i protesty rodowitych Francuzów. Często „własny” republikański rząd przed wojną krwawo tłumił te narodowe wystąpienia. Czy to rzeczywiście była to wolna Francja? Francja przed 1940 rokiem była krajem, który całkowicie zerwał z Tradycją Chlodwiga, z której de facto wyrósł. Państwo Vichy zatem było pierwszym krokiem do odzyskania prawdziwej Francji, która zginęła wraz z rewolucją 1789 roku. Od państwa uzależnionego od innego państwa, przy oddanym rządzeniu krajem, można szybko przejść do współpracy partnerskiej na zasadzie wzajemnego poszanowania. Niewola może być nie tylko w obrębie okupacji jednego państwa przez drugie. Zniewolone może też być państwo rządzone przez gangi i grupy nacisku, zarówno te lokalne i terrorystyczne, jak i międzynarodowe o charakterze ekskluzywnym. W takiej właśnie niewoli była Francja przez 1940 rokiem.
Kampania Francuska 1940
Kampania Francuska 1940 - Faza 1
Kampania Francuska 1940
Kampania Francuska 1940 - Faza 2
Kalendarium działań wojennych w Europie Zachodniej.
  • 10 maja 1940. Atak Niemiec na Belgię, Holandię i Francję.
  • 10-11 maja 1940. Bitwa o Fort Eben-Emael. Spektakularna akcja niemieckich spadochroniarzy.
  • 12 maja 1940. Zdobycie miasta Sedan.
  • 13 maja 1940. Przekroczenie Linii Mozy. Zajęcie Liège.
  • 14 maja 1940. Bombardowanie Rotterdamu. Kapitulacja Holandii.
  • 16 maja 1940. Siły brytyjsko-francuskie wycofują się z terytorium Belgii na tereny za Linią Skaldy. Korpus Hermanna Hotha zajmuje Cambrai. Heinz Guderian podąża w kierunku Saint-Quentin.
  • 17 maja 1940. Niemcy zdobywają Brukselę. Francuzi wycofują się poza zajęte pozycje. Silne Ataki Luftwaffe uniemożliwiają Francuzom działania.
  • 18 maja 1940. Tworzenie nowego gabinetu we Francji. Philippe Pétain zostaje premierem. Niemcy zajmują Saint-Quentin, Cambrai i Antwerpię.
  • 19 maja 1940. Przegrupowanie niemieckich jednostek pancernych. 7 Dywizja Erwina Rommla naciera w kierunku Arras. Kontratakuje 4 Dywizja Charlesa de Gaulle’a, jednak mimo sukcesów jest zmuszona do odwrotu. Wieczorem Niemcy zajmują Abbeville. Niemcy utrzymują linię od Ardenów po Kanał La Manche.
  • 22 maja 1940. Niemcy znad odcinka La Manche atakują w kierunku północnym ku Boulogne i Calais. Belgowie wycofują się do linii rzeki Lys.
  • 23 maja 1940. Rozkaz zatrzymania Grupy Armii „A”. Brytyjczycy opuszczają Arras.
  • 24 maja 1940. Niemcy nadal nacierają na Boulogne i atakują Calais wzdłuż rzeki Lys i okolic Tournai. Kontrofensywa aliancka zależna jest od tego, czy Belgowie przełamią linię frontu. Adolf Hitler rozkazuje wstrzymać natarcie. Hermann Göring żąda zwiększenia udziału lotnictwa Rzeszy.
  • 25 maja 1940. Grupa Armii „B” wypiera Belgów z Menin (Menen), likwidując ostatnie punktu oporu w Boulogne.
  • 26 maja 1940. Ewakuacja Dunkierki, i odwrót do tego miasta wszystkich możliwych wojsk alianckich.
  • 27 maja 1940. Niemcy wznawiają natarcie.
  • 28 maja 1940. Kapitulacja Belgii o godzinie 1100.
  • 29 maja 1940. Niemcy nacierają na Dunkierkę. Bombardują miasto mimo oporu RAF-u.
  • 30 maja 1940. Niemcy chwilowo wycofują się znad Dunkierki z powodu zamieszania jakie wynikło z sytuacji pośród dowództwa niemieckiego.
  • 3 czerwca 1940. Ponowienie ataków na Dunkierkę. Trwa ewakuacja miasta.
  • 4 czerwca 1940. Niemcy wkraczają do Dunkierki.
  • 5 maja 1940. Niemcy atakują Linię Weyganda rozłożona nad rzeką Sommą i Aisne.
  • 6 czerwca 1940. 7 Dywizja Erwina Rommla odnosi sukces, zaś Grupa Heinza Guderiana zdobywa przyczółki Aisne.
  • 10 czerwca 1940. Włochy wypowiadają wojnę Anglii i Francji i rozpoczynają natarcie na południowych odcinkach frontu.
  • 13 czerwca 1940. Siły francuskie na zachód od Paryża wycofują się do Loary. Brytyjczycy próbują ruszyć z Korpusem Ekspedycyjnym.
  • 14 czerwca 1940. Zajęcie Paryża. Grupa Armii „C” próbuje przełamać Linię Maginota.
  • 15 czerwca 1940. Niemcy zajmują Strasburg i Verdun.
  • 16 czerwca 1940. Przełamanie Linii Maginota.
  • 17 czerwca 1940. 1 Dywizja Grenadierów gen. Bronisława Ducha walczy z 12 Korpusem pod Lagarde. Zmuszona zostaje do odwrotu. Czołgi Heinza Guderiana docierają do Pontarlier. Niektóre z grup dotarły do górnego brzegu Loary zbliżając się do Bretanii i Normandii.
  • 18 czerwca 1940. Niemcy zajmują Cherbourg.
  • 19 czerwca 9140. Zajęcie Nantes i Saumur.
  • 20 czerwca 1940. Zajęcie Lyon i Vichy.
  • 23 czerwca 1940. Pierre Laval zostaje wicepremierem. Maxime Weygand degraduje Charlesa de Gaulle’a.
  • 30 czerwca 1940. Zajęcie wysp normandzkich na La Manche.
  • 24 czerwca 1940. Zawieszenie broni. Rozejm w Compiègne. Podpisany w tym samym wagonie co rozejm kończący I Wojnę Światową akceptujący klęskę Niemiec w I Wojnie Światowej. Miało to być symboliczne wzięcie odwetu przez Niemcy za upokorzenie porażką w poprzednim konflikcie.

Na podstawie Kronik II Wojny Światowej, książek i opracowań całość przygotował: Piotr Marek

piątek, 5 sierpnia 2011

Śmierć Andrzeja Leppera

Nie wierzę w samobójstwo Andrzeja Leppera. Czytałem, że miał plany na niedzielę. Jak ktoś chce targnąć się na swoje życie, to dzwoni lub zostawia list. Szczególnie polityk. Wszystko jest tutaj grubymi nićmi szyte. Łatwo kogoś zabić: zastrzelić czy powiesić, a potem wmówić samobójstwo. Tak bardzo łatwo zrobić. Zobaczcie, że nawet policja nie ma do końca pewności, co do okoliczności śmierci, a media już ogłaszają samobójstwo jeszcze przed oficjalną ekspertyzą! Judeomasońska prasa w XIX wieku ogłaszała śmierć zamordowanego monarchy lub ważnego oficera często jeszcze przez ogłoszeniem zgonu czy oficjalnym zamachem (J.M.C.Rodriguez Wolnomularstwo i jego tajemnice). Czasami ofiara uchodziła z zamachu cało, kompromitując powiązane z zamachowcami media. Tak jest być może i w tym przypadku. Andrzej Lepper miał plany na przyszłość w polityce. Miał startować w najbliższych wyborach. Miał wiele do zrobienia. Jeśli polityk się zabija, to wtedy, gdy nie pozostaje mu już nic. Andrzej Lepper miał jednak jeszcze wiele atutów. To samo z siebie podważa teorię samobójstwa. Łatwo kogoś zabić i otumanić tępe masy. Zabito polityka bo zagrażał wszystkim. Nie wierzę w samobójstwo, nie wierzę. Tym bardziej, że policja i eksperci nie ogłosili oficjalnej ekspertyzy, a zrobili to już dziennikarze.
Andrzej Lepper był mi najbliższy w 2010
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie, a Światłość wiekuista niechaj Mu świeci.

Z wyrazami głębokiego żalu,
Piotr Marek