Piotr Marek Blog

Archiwalny blog Piotra Marka zawierający wpisy sprzed kilku po powrocie do działalności.

Wyszukiwarka

niedziela, 8 maja 2022

Monarchia jako gwarant pokoju i wolności

Monarchia jako gwarant pokoju i wolności 


Dokonana po I Wojnie Światowej demokratyzacja Europy nie przyniosła trwałego pokoju. Wręcz przeciwnie, była przyczyną zaognienia sytuacji na Starym Kontynencie. Pozbycie się monarchii w Rosji i w Niemczech doprowadziło do powstania systemów totalitarnych. Przepychanki pomiędzy totalitarnymi i demokratycznymi republikami, finansowanymi przez kapitał amerykański, doprowadziły do wybuchu kolejnej, jeszcze tragiczniejszej II Wojny Światowej. Mimo tego anglosaskie elity polityczne dalej eksportują rewolucję demokratyczną na wschód. Niesie to za sobą tragiczne konsekwencje. Politycy amerykańscy (oraz zainspirowani nimi czerwoni lub pomarańczowi republikanie europejscy) nie chcą przyznać, że ich antymonarchistyczna obsesja niesie za sobą śmierć i zniszczenie. Taka postawa irracjonalnego zaślepienia ideologią jest charakterystyczna dla wszystkich obłąkanych rewolucjonistów. Niestety tacy szaleńcy mają wpływ na stanowienie praw krajowych i międzypaństwowych. Jeśli nie będą oni odsunięci od władzy, ich działania będą nieść za sobą kolejne nieszczęścia. Jedynie odrodzenie się europejskich monarchii, mających realny wpływ na stanowienie praw, może skutecznie powstrzymać to szaleństwo.

24 lutego 2022 roku media przekazały nam informację o rozpoczęciu wojny na Ukrainie. Politycy rosyjscy oraz amerykańscy przepychają się we wzajemnych oskarżeniach o doprowadzenie do tego konfliktu. Przyczyna tej wojny tkwi jednak w wydarzeniach roku 1917. To typowa fatalna konsekwencja demokratyzacji Europy. Gdyby Rosjanie, Białorusini oraz Ukraińcy nadal żyli zjednoczeni pod berłem carskim, nadal byłby dziś pokój pomiędzy tymi wschodnimi Słowianami. Monarchia Romanowów jednak została zniszczona w 1917 roku. Skutkiem tego było powstanie komunistycznego państwa totalitarnego. Rozpad ZSRR, po kilkudziesięciu latach, na kilka pomniejszych, wieloetnicznych systemów demokratycznych, stał się zarzewiem nowych konfliktów. W większości z tych republik faktyczne rządy sprawują służby oraz finansowi oligarchowie, którzy uzależnili od siebie wielu polityków. W Carskiej Rusi taka sytuacja byłaby niemożliwa. Monarchia posiada skuteczne narzędzia do powstrzymania mafii, pyszałkowatych oligarchów oraz polityków przed ich szalonymi zapędami. Czy zatem proklamowanie „Wielkiej Rusi” (pod berłem carskim), jak niegdyś Wielkiej Brytanii (pod wspólną koroną królewską), dałoby trwały pokój pomiędzy Rosją, Ukrainą i Białorusią? Tego wykluczyć nie można. Tym bardziej, że w trakcie tejże wojny, według kilku źródeł, Maria Romanowa oferowała aktywną pomoc dla wielu jej ofiar, często wbrew interesom rosyjskich oraz ukraińskich decydentów.

Zamerykanizowani ludzie, zaślepieni mitem demoliberalnej rewolucji, nie są w stanie dostrzec możliwości, jakie daje europejskim narodom ustrój monarchistyczny. Nie wiedzą bowiem, że monarchizm jest dla narodów Europy czymś naturalnym. Monarchia jest dla nich częścią ich tradycji. Czynnikiem kształtującym ducha narodowego, mającym swoje korzenie w chrześcijaństwie oraz dziedzictwie ich przodków. Wspomnianym wyżej ludziom „wolność” pomyliła się z systemem demokratycznym. Takie osobniki niczym nie różnią się od bolszewików, którzy to z kolei „wolność” utożsamili z komunizmem. Sama współczesna demokracja odbiera ludziom bardzo dużo prawdziwej wolności. Raz, często przeradza się w socjalizm, który stopniowo pozbawia ludzi godziwych warunków do samodzielnej egzystencji. Dwa, republika demokratyczna zmusza ludzi do życia w systemie, który sam z siebie tonie w coraz bardziej absurdalnych przepisach. Narody Europy swoją wolność zawdzięczały właśnie monarchiom. Odbierając im koronowanych władców, skazali je na niewolę partii politycznych, układów, złodziejskich danin oraz irracjonalnych przepisów. 

Podręczniki oraz media jednogłośnie wmawiają wszystkim, że upadek „zaborczych monarchii” był jedyną możliwą drogą do odzyskania przez Polskę wolności. Jest to nieprawda. Była to tylko jedna z opcji, która w dodatku dała podstawy do tragedii września 1939 roku. Naziści nie mieliby bowiem władzy, gdyby nadal rządził Kaiser. W XIX wieku Polacy nie raz mogli odzyskać wolność na drodze „pracy u podstaw”. Wszystko to jednak rujnowały kolejne rewolucje, określane w mediach i podręcznikach mianem „powstań”. Odrodzona Polska, po 1918 roku, została ostatecznie demokratyczną republiką. W Europie każdy system demokratyczny, ze swej natury, jest stopniowo kolonizowany politycznie przez angloamerykański zachód oraz przeróżne, często kosmopolityczne, środowiska lewicowe. Co prawda narodowcy wygrali pierwsze, ideowe wybory po 1918 roku. Jednak już w następnych ulegli już opcjom skierowanym w lewo. Te zaś realizowały faktycznie nie polskie, ale radzieckie tudzież zachodnie interesy. Taka właśnie jest pułapka demokracji. Z pozoru wolność. W praktyce niewola partii, układów, tyrania mniejszości i absurdalnych przepisów. Tylko odrodzenie na drodze monarchii dałoby Polsce najwięcej wolności.

Niemal identyczna sytuacja była po 1989 roku. Parlament początków III RP był na swój sposób „demokratyczny”. Kolejne jego kadencje przynosiły jednak coraz to nowsze mechanizmy utrudniające wejściu do niego inicjatyw oddolnych. Jak się okazało, system szybko się zdegenerował. Demokracja z czasem staje się areną do swawoli dla przeróżnych, egoistycznych cwaniaczków, których dawne królewskie rody chętnie zaganiały do uczciwej pracy. Wspominane przez Grzegorza Brauna „mafie, służby i loże” stanowią faktyczną wewnętrzną dekadencką elitę każdej republiki. Naród w takim systemie staje się zakładnikiem partii politycznych oraz amerykańskich oligarchów wspieranych przed klany bankierskie (głównie żydowskie, jak np. Rothschildów) czy Wall Street. Analizując to wszystko trzeba niestety stwierdzić, że w 1918 roku naród polski nie uzyskał upragnionej wolności. Polacy przeszli płynne spod panowania zaborców do niewoli międzynarodowych układów mafijnych, przejmujących automatycznie władzę, wraz z nastaniem demokracji.

Demokratyzacja Europy nie przyniosła nikomu na Starym Kontynencie pokoju i wolności. Polityka prezydenta USA Thomasa W. Wilsona, przeciwnika „koncepcji władzy pochodzącej od Boga,” realizowana po 1918 roku, doprowadziła do powstania systemów, które wraz z amerykańskim kapitałem, wywołały II Wojnę Światową. Wszystkie wojny, od tych z końca XX wieku, po tę na Ukrainie, to konsekwencje upadku monarchii, stanowiących czynnik powstrzymujący liczne, w tej części świata, zarzewia konfliktów zbrojnych. Gdyby Habsburgowie dalej władali swoim państwem, najpewniej nie byłoby dziś tragicznej historii Serbów, Chorwatów i Bośniaków. Gdyby Kaiserowie nadal rządzili w Niemczech, kobiety z ich miast nie byłyby dziś masowo napadane i gwałcone. Polska będąca królestwem nie byłaby skazana na obecną inflację oraz przepychanki polityczne. Romanowowie nie pozwoliliby zabijać się wzajemnie Rosjanom, Ukraińcom i Białorusinom. Wszystkie te tragedie nie miałby miejsca, gdyby nie demokratyzacja Europy po 1918 roku.

 

Pozdrawiam,

Piotr Marek

sobota, 9 maja 2020

Różnica między podejściem wolnościowym a liberalnym

Różnica między podejściem wolnościowym (prawicowym), a liberalnym (raczej lewicowym).

Na początku XXI wieku można było zaobserwować w Polsce polityczny „zwrot w prawą stronę” młodego pokolenia. Były to lata powolnego budowania się duopolu politycznego Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Młodzi patrioci tamtych lat swoje nadzieje pokładali głównie w organizacjach narodowych, monarchistycznych i wolnościowych. Ideowa prawica miała swoją reprezentację w parlamencie i samorządach dzięki silnej pozycji Ligi Polskich Rodzin. W tym okresie główną rolę na prawicy odgrywał przede wszystkim Roman Giertych. Dzięki prawicowej tendencji dużą popularnością cieszyły się w tamtym okresie takie portale jak: „Prawy.pl”, „ProPolonia”, ,,Prawica.net”, narodowy portal „Nacjonalizm.org” czy konserwatywny (monarchistyczny) „Konserwatyzm.pl”. Były to także czasy popularności kontrowersyjnej strony „Polonica.net”, ale to już inna historia. Janusz Korwin-Mikke regularnie wygrywał konkursy na najpopularniejszy blog. Z kolei pośród polityków parlamentarnych ideowej prawicy przodował jako bloger Wojciech Wierzejski. Osobiście także sam publikowałem własne artykuły czy felietony w tamtym czasie, do czego znowu powoli wracam.
Wspomniane witryny skupiały narodowców, konserwatystów, oraz przedstawicieli środowisk wolnościowych. Portale te zajmowały się działalnością formacyjną, a publikujący na nich felietoniści często prowadzili między sobą zażarte nawet polemiki. Niemniej jednak ostra wymiana zdań nie kończyła współpracy między stronami – wręcz przeciwnie – dzięki niej można było lepiej się poznać. W kwestiach ekonomicznych wolnościowe stanowisko cechowało środowisko polskich monarchistów. W odróżnieniu od typowego środowiska „konserwatywno-liberalnego”, akcent monarchistów zawsze był nastawiony na ustrój polityczny oraz wartości moralne omawiane na równi obok zagadnień ekonomicznych. Konserwatywni liberałowie natomiast podchodzili do spraw społecznych bardziej materialistycznie i wysuwali zawsze na pierwszy plan swojej dyskusji poglądy na gospodarkę i swobody obywatelskie. Tematy moralne oraz geopolityka były zawsze u nich na drugim planie. To jest błędne rozumowanie, bo nawet najbogatsze społeczeństwo, bez przemyślanej geopolityki, padnie szybko łupem państw ambitnych o słabszej gospodarce, ale o silniejszym potencjale militarnym. Monarchiści nigdy jednak nie byli orędownikami socjalizmu i surowych państwowych regulacji – wręcz przeciwnie – historycznie byli pierwszymi obrońcami własności czy wolności. To pod panowaniem Habsburgów przecież swoje początki miała słynna „ekonomiczna szkoła austriacka”. W Polsce początków XXI wieku istniała polityczna symbioza pomiędzy wolnościowymi partiami „korwinistycznymi” a organizacjami monarchistycznymi. Członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego został były euro-poseł Kongresu Nowej Prawicy – Michał Marusik. Perypetie polityczne jakie miał w tym czasie Janusz Korwin-Mikke były omawiane przed polskich monarchistów. Taka symbioza była wtedy czymś naturalnym pomimo tego, iż monarchista, w odróżnieniu od „korwinisty”, widzi prawicę znacznie szerzej niż tylko w materialistycznych kwestiach „podatków, ubezpieczeń i marihuany”. Wszyscy wolnościowcy, konserwatywni liberałowie oraz monarchiści potrafili działać wspólnie w ramach KZM i KNP. Nikt nie myślał nikogo eliminować z szeregów organizacji tylko dlatego, że preferował inne nastawienie akcentów w spojrzeniu na prawicowość, niż reszta członków klubu lub partii. Konieczne jest obecnie przywrócenie tej dobrej symbiozy w ramach łączenia się ideowej prawicy w jeden silny nurt polityczny. W przeciwnym wypadku polska patriotyczna prawica ideowa znowu zostanie rozbita i osłabiona.
Przechodząc do głównego tematu tego felietonu formacyjnego warto podkreślić, iż prawicowa idea „wolnościowa” jest odmienna od centrolewicowej ideologii „liberalnej”. Dla prawicowego „wolnościowca” podstawowa dewiza to tak, iż „jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna u kogoś innego”. Każdy prawicowy „wolnościowiec”, używając własnego rozumu oraz wolnej woli, stara się dobierać jak najlepsze rozwiązanie w obrębie obowiązujących zasad moralnych. Taki człowiek zawsze będzie popierać prawo do życia nienarodzonych, szanować nietykalność własności, sprzeciwiać się prawu ograniczającemu naturalną egzystencję czy szanować godność drugiej osoby tak, jak własną. Podstawą niepodważalną każdego „prawicowca” jest wielowiekowa tradycja z jakiej się wywodzi. Idea wolnościowa istniała niemalże od początku kształtowania się zbiorowości ludzkich. Pierwsze prawa były kształtowane głównie w myśl zasady „co nie zabronione, to dozwolone”. Prawa takie były w gruncie rzeczy czystym spisem przewinień i kar za nie przewidzianych. Egzekwowano je konsekwentnie bez wyjątków. W obecnych demokracjach ta zasada została niestety zachwiana, a prawo stało się spisem wymuszonych absurdów ograniczającym naturalne ludzkie potrzeby niekrzywdzące innych.
Typowy „liberał” z kolei często z góry nakreśla jakieś konkretne „wolnościowe rozwiązanie”, a wszystkie inne opcje każe odrzucać z góry jako „państwową represję” tudzież tzw. (w jego oczach) „socjalizm”. Problem takiego rozumowania polega na tym, że pewna rzecz będąca „wolnością” jest dla jednego, może okazać się zamachem na nią u drugiego. W ten sposób „liberał” przestaje być „protektorem wolności”, a staje się amatorem własnych zachcianek w myśl dekadenckiego „róbta co chceta”. Posłużę się znanym mi z życia przykładem. Liberalne buntowanie się przeciwko „ograniczeniu prędkości na drodze” może skrzywdzić innych uczestników ruchu, którzy przez nieznajomość terenu, lub chwilowe niedomaganie własnego sprzętu, preferują, używając własnego rozumu, mniejszą prędkość. Nie dla każdego więc „wolnościowa jazda” to „szybka jazda”. Zdrowy rozsądek nakazuje poruszać się wolniej komuś, kto nie na dobrze danego terenu, a inni powinni jego wolność do jazdy z mniejszą prędkością uszanować. Prawicowi „wolnościowcy” to szanują, „liberałowie” natomiast mają z tym problem. Preferencje dotyczące prędkości to typowy przykład sytuacji spornej, w której nie ma jednego „wolnościowego” rozwiązania. Liberałowie, niczym dawniej komuniści, doktrynalnie narzucają z góry coś jako „wolnościowe”, podczas gdy prawicowi konserwatyści swój wolny wybór opierają na samodzielnym myśleniu. W sytuacji spornej należy bowiem wybierać „najlepsze rozwiązanie z możliwych”. To jest właśnie prawdziwe podejście „wolnościowe”, a nie narzucanie z góry jakiś, nie do końca rozsądnych, zachowań.
Pozbawiona ograniczeń moralnych, źle ujęta „wolność” stawiana ponad tradycję, etykę chrześcijańska czy prawo do życia jest typowa dla liberalizmu. Z ogromnym niezrozumieniem spotyka się często, stosowana przez konserwatystów, krytyka światopoglądu liberalnego, który na pierwszy plan dyskusji o społeczeństwie wysuwa postulaty „konsumpcyjne” nad „moralnymi”. Zabieg ten jest dla liberałów opłacalny, bowiem przedstawianie siebie jako „turbo-obrońców przed podatkowym terrorem systemu” zasłania ich upadłe moralnie postępowanie i lewicowe poglądy obyczajowe. Wolnorynkowy ruch polityczny, propagujący rozwiązłość i ruinę moralną, ma niewiele wspólnego z „prawicą”. Liberałowie są tego świadomi, dlatego celowo stosują zabieg sprowadzenia całej dyskusji o „prawicowości i lewicowości” jedynie do sfery ekonomicznej. W przeciwnym wypadku straciliby jakiekolwiek poparcie społeczne, bo ekonomicznie nie byliby atrakcyjni dla lewicy, zaś moralnie dla prawicy. Gdyby prawda o nich wyszła na jaw, byliby skończeni...
Przedstawiciele konserwatywnego-liberalizmu oburzają się na monarchistów za to, że tamci sprzeciwiają się sprowadzaniu „prawicy” do „zwolenników wolnego rynku”. Wolny rynek nie jest istotą prawicowości, ale właśnie liberalizmu. Wolność w gospodarce cechowała nurty prawicowe, ale nie ona nigdy czynnikiem o tym decydującym. W ocenie jednostki jako „prawicowej” lub „lewicowej” liczyła się przede wszystkim sprawa ustroju politycznego. W dalszej kolejności istotne były takie sprawy jak: obyczajowość, moralność, struktura społeczna i podejście do hierarchii. Dopiero w późniejszym okresie funkcjonowania podziału sceny politycznej, utożsamiono „prawicę” z wolnością gospodarczą, zaś „lewicę” z socjalizmem oraz większą ingerencją prawa w sprawy ludzkiej egzystencji. Nie sugeruję przez to, że gospodarka czy prawo są nie ważne, ale podkreślam, iż w tej sprawie nie są pierwszorzędnymi czynnikami decyzyjnymi. Osobiście, jak na konserwatystę przystało, opowiadam się za wolnością, a nie opresyjnymi regulacjami.
Termin „prawicy” i „lewicy” wziął się ze Stanów Generalnych poprzedzających wybuch rewolucji we Francji w XVIII wieku. Po „prawej stronie” Francji, zasiedli zwolennicy monarchii i porządku chrześcijańskiego, których potem określono jako „prawica”. Z kolei po „lewej stronie”, zasiedli zwolennicy republiki oraz porządku rewolucyjnego, których potem określono jako „lewica”. Pierwotnymi wartościami „prawicowymi” są więc: monarchizm, hierarchia społeczna, tradycja chrześcijańska oraz przywiązanie do dziedzictwa cywilizacyjnego. Poglądy na gospodarkę nie były rozpatrywane przy kształtowaniu się tamtego podziału.
Liberalizm wywodzi się z kultury anglosaskiej czasów oświecenia. Jest to ideologia „naturalna” dla tradycji angloamerykańskich, ale dla krajów Starego Kontynentu jest dość rewolucyjna. Owszem, jeśli jakiś prąd liberalny zwróci się w stronę konserwatywną, to można jak najbardziej zakwalifikować go jako „prawicowy”. Niemniej jednak to konserwatyzm, a nie liberalizm, czyni ów nurt „prawicowym”. Podstawą liberalizmu jest głoszenie kultu niemalże całkowitej swobody jednostki. W formie umiarkowanej owa swoboda jest w różnym stopniu ograniczona, choćby normami wynikającymi z obyczajowości czy religii. W wersji radykalnej natomiast, swoboda jednostki stoi ponad jakimikolwiek ograniczeniami. Trzeba jednak przyznać, że klasyczni liberałowie, mocno akcentowali prawo własności oraz zwalczali regulacje blokujące możliwość działania jednostki. To było „mocno prawicowe” z ich strony. Nie można jednak całego liberalizmu zaliczyć do typowej „ideowej prawicy”. Skrajna forma liberalizmu, przedstawiona powyżej, jest prądem typowo lewicowym, natomiast kierunek umiarkowany można określić jako centrowy (z możliwością odchylenia w prawo lub w lewo).
Dodatkowo zauważyć można, iż niektórzy politycy prawicy zbytnio przeceniają siłę „portalów społecznościowych”. Działalność na nich nie jest w praktyce decydująca o końcowym wyniku wyborów, więc nie można pokładać w nich całej swojej nadziei. Ilość „polubień” nie da nikomu zwycięstwa, a wielu wybiera tę opcję do szpiegowania. Wie to każdy, kto ma już kilka wyborów powszechnych za sobą. Komiczna jest też postawa histerii wobec postów i komentarzy z polemiką. Skrytykowanie kogoś, pod jego własnym postem, jest pojmowanie przez niektórych, jako „ostateczne rozwiązanie współpracy”. Jeżeli ktoś zwraca komuś uwagę, to ma na celu nakierowanie tej osoby na właściwą stronę. Zrywanie kontaktów „za komentarz pod postem” jest dla doświadczonych działaczy po prostu niepoważne. Konserwatyści „starszej daty” często stosują taką polemikę, po zakończeniu której nikomu nie przychodzi do głowy obrażać się na kogokolwiek. Konstruktywna krytyka nie ma na celu zdyskredytować stronę przeciwną, ale nakierować ją na właściwą ścieżkę. Merytoryczna krytyka nigdy nie powinna prowadzić do „końca współpracy” – wręcz przeciwnie – do jeszcze silniejszego jej umocnienia. Rozumiem brak zaufania do człowieka, który od początku za plecami spiskuje przeciwko komuś. Jednakże jak osoba przyjazna zwraca komuś wagę, to obrażanie się na nią może spowodować jej niechęć. W ten sposób „z przyjaciela” możemy sobie zrobić „wroga”. Mimo zatargów musimy sobie wybaczać. Sama polemika pisana na portalu politycznym ma „większą wagę” niż zwykły post na Facebook. Portale społecznościowe nie powstały do prowadzenia na nich polityki. Głównie są przeglądane tylko przez zalogowanych użytkowników. Po wprowadzeniu ograniczeń posty są prawie niewidoczne z zewnątrz. Wpływ postów na masowe kształtowanie opinii publicznej jest niewielki. Owszem, dla indywidualnej potrzeby warto poinformować „swoich znajomych” (z portalu) o własnej aktywności jako publicysta czy kandydat. Wybory jednak nadal wygrywa się przez kontakt z „żywymi ludźmi”, którzy często nie wiedzą, co to „Twitter” czy „Facebook”. O wygranej zawsze decydować będzie przede wszystkim agitacja między prawdziwymi ludźmi, a nie pomiędzy, często fikcyjnymi, profilami. Dominacja w sieci jest ważna, ale nie jest wystarczająca, aby wygrać.
Liczni „działacze wolnościowi” podpierają się najbardziej znanymi postaciami ich ruchu takimi jak: Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz, Sławomir Menzen czy Wojciech Cejrowski. Niestety wielu z nich przyjmuje w praktyce postawę zgoła odmienną ich „autorytetów”. Chcą być „bardziej ideowi od ich liderów”. Nakreślają samozwańczo jakieś „jedynie słuszne, wolnościowe stanowiska”, podczas gdy ich „autorytety” mogłyby nie podzielać entuzjazmu dla takiej postawy. Jest wiele niejednoznacznych kwestii spornych, wobec których nie da się nakreślić „jedynego prawicowego stanowiska wolnościowego”. Pierwsza z nich to choćby uniwersalny środek płatniczy. Może być nim zarówno złoto, srebro, bite monety lub diamenty. Nie można nakreślić tutaj „jedynego stanowiska wolnościowego”. Druga kwestia jest społeczna. Dotyczy oczywiście narkotyków. Jest to temat mało istotny dla polskich warunków, bowiem grono zainteresowanych nim jest niewielkie i zazwyczaj lewicowe moralnie. Niemniej jednak wielu samozwańczych „turboprawicowych wolnościowców” lubi go poruszać. Z jednej strony penalizacja narkotyków będzie sprzyjać rozwojowi mafii. Z drugiej strony, rozpowszechnianie pośród społeczeństwa niepopularnej używki może wygenerować rzesze narkomanów. W ten sposób „wolnych ludzi uczynimy niewolnikami używki”, i to o ironio, „w imię wolności”. W tym przypadku ocieramy się o chrześcijański dylemat moralny o tym, czy możemy „do grzechu przyzwalać”. Oczywiście, że nie możemy, ale czy bardziej przysłużymy się dobru zakazując narkotyków, czy na nie zezwalając? Na ten temat można toczyć ciężkie boje, a obie strony sporu mogą tygodniami wzajemnie wyzywać się od „socjalistów” lub „lewaków”. Nie można więc wszędzie znaleźć „jedynej słusznej wolnościowej” linii, gdyż wszystkie rozważone przez nas opcje mają swoje „prawicowe za i przeciw”.
Piotr Marek i Sławomir Menzen w mieście Lublin
Dnia 8 marca 2019 roku miało miejsce w Lublinie spotkanie  ze Sławomirem Menzenem, wiceprezesem partii KORWiN. Po nim miałem okazję krótko z nim porozmawiać oraz zrobić sobie okolicznościowe zdjęcie. Podczas konwersacji Sławomir Menzen zawsze powtarzał, że „szanuje moją opinię” (na nieoczywisty temat sporny), a co za tym idzie, „szanuje opinię każdego” (w podobnej, niejednoznacznej kwestii). Poruszony przeze mnie temat dotyczył złota, jako najbardziej uniwersalnego środka płatniczego, ale to nie ważne. Jeden z liderów „największej wolnościowej partii w Polsce” pokazał na swoim przykładzie jak ma rzeczywiście wyglądać „podejście wolnościowe”. Zaprezentował na moich oczach modelowe poszanowanie zdania innej osoby w niejednoznacznej kwestii spornej. Obydwaj mogliśmy się mylić, lub też jeden z nas mógł mieć rację, niemniej jednak ślepy „upór na swoim” mógłby doprowadzić do wybrania błędnego rozwiązania. Gdy wszystkie rozwiązania danej kwestii, mają swoje dobre i złe strony, nie ma sensu lansować któregoś z nich jako „jedynego słusznego”. Prawicowe spojrzenie na wolność nakazuje rozpatrzenie wszystkich opcji celem wyłowienia tego, które w danej chwili przyniesie najwięcej dobrych owoców.    
Wracając z kolei do wstępu warto wspomnieć także rok 2015. To był czas swoistego „apogeum niezadowolenia” młodego elektoratu. W wyborach na Prezydenta Polski tamtego roku stanęli do walki liczni kandydaci antysystemowi. Z perspektywy czasu dzisiaj najmocniej cenię Jacka Wilka (dla mnie najlepszy poseł VIII kadencji sejmu), na którego oddałem głos w prawyborach prezydenckich „Konfederacji” w Lublinie. Z kolei Paweł Kukiz, który miał być nadzieją dla polskich ruchów antysystemowych, okazał się wielkim rozczarowaniem, podobnie jak inny „turbopatriota” tamtych czasów, czyli Marian Kowalski. Ci dwaj po 2019, delikatnie mówiąc, „przeszli na pozycje systemowe”. Tego drugiego „zostawię już w spokoju”, bo jest taka zasada, że „nie kopie się leżącego”. Skupimy się na tym pierwszym. Paweł Kukiz, po uzyskaniu w 2015 roku trzeciego wyniku w wyborach prezydenckich, dał wielu zdeterminowanym działaczom nadzieję na utworzenie wspólnego ruchu, który odsunie od władzy panujący układ PO-PiS. Tak się jednak nie stało. Zapoczątkował „rewolucję kukizowską”, która pod hasłem „Jednomandatowych Okręgów Wyborczych”, jedynie zamieszała sceną polityczną i doprowadziła do marginalizacji środowisk konserwatywnych oraz monarchistycznych. Media głównego nurtu mocno nagłaśniały polityczne działania fanatyków ordynacji jednomandatowej, określanych jako „WoJOWnicy”. Ruch Kukiz’15 nienaturalnie wypromował przeróżnych nieznanych republikanów oraz liberałów konserwatywnych, którzy teraz posiadają dominującą pozycję polityczną po prawej stronie. Republikańscy „WoJOWnicy” zdołali nawet założyć, w 2019 roku, własną partię pod nazwą „Federacja dla Rzeczpospolitej”, ale to już inna historia. Przed rokiem 2015, dzięki Lidze Polskich Rodzin, prym wiodły, w sposób naturalny, środowiska narodowe oraz konserwatywne. Środowisko to założyło swój ruch i wprowadziło, na jasno określonym programie, swoich ludzi do rad i parlamentu. Po wyborach parlamentarnych w 2015 roku, przez wspomnianą „rewolucję kukizowską”, doprowadzono do nienaturalnej ich marginalizacji na rzecz liberałów, republikanów oraz medialnie nagłośnionych „WoJOWników”. Ośrodki polityczne, oraz listy wyborcze ruchu „Kukiz’15”, zdominowane były przez partie i stowarzyszenia wspomnianych środowisk, zaś ideowi konserwatyści oraz niezależni samorządowcy spychani byli odgórnie na dalsze funkcje i miejsca. Ruch Pawła Kukiza miał w 2015 roku połączyć „wszystkie środowiska antysystemowe”, a tym czasem przerodził się szybko w trampolinę promując republikanów i liberałów (którzy często nie mieli nic wspólnego z ideą JOW). Dodatkowym problemem 2015 roku było „rozbicie głosów” wyborców „anty-systemu” na: KORWiN, KWW Grzegorza Brauna „Szczęść Boże”, KWW Zbigniewa Stonogi czy „Samoobronę”. To pokazuje ostateczną słabość demokracji, która promuje osoby niekompetentne i miałkie ideowo. Tak oto przez sztuczny zabieg systemu liberalizm jest wiodącym „nurtem prawicowym” w Polsce.
Podsumowując wszystko istnieje wyraźna różnica między typowo „prawicowym” myśleniem „wolnościowym” a „centrowo-lewicowym” myśleniem „liberalnym”. Podejście „wolnościowe” kieruje się zasadą, iż „co nie jest zabronione, to jest dozwolone”. Prawo stanowi spis rzeczy, których robić nie wolno, gdyż z natury swojej krzywdzą drugiego człowieka, czy nawet też samego ich wykonawcę. W momencie gdy mamy do czynienia z sytuacją sporną, w której nie ma jednoznacznie najlepszego rozwiązania, wybieramy to, które w danej chwili przynosi najlepsze owoce. Liberalizm to ideologia polityczna z czasów rewolucji „oświeceniowych”, która głosi swobodę danej jednostki „ponad wszystko”. Liberalizm często dąży do ustalonego odgórnie „jedynego słusznego rozwiązania” bez analizy moralnych jego konsekwencji. Ideologia ta dała podstawy do negowania „prawicowego porządku społecznego” w konserwatywnej (do czasów oświecenia) Europie. Liberalizm jest więc ideologią klasyfikującą swoje miejsce na pozycjach „centralnych” lub „lewicowych”. Nie może być on traktowany jako sztandarowy przykład „ideowej prawicy” na Starym Kontynencie. Jest on naturalny dla tradycji amerykańskiej, ale dla dziedzictwa europejskiego jest on rewolucyjny.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 29 września 2019

Piotr Marek – charakterystyka kandydata KW Konfederacja Wolność i Niepodległość


Urodziłem się 10 lipca 1988 roku w Lublinie. Polityka, wojskowość oraz historia były od zawsze moimi zainteresowaniami. Od początku marzyłem o tym, żeby jako profesjonalny polityk dokonać poważnych przemian w mojej ojczyźnie. W trakcje nauki w lubelskim Gimnazjum nr 3 miałem po raz pierwszy styczność z lokalną komórką władzy samorządowej. Byłem, jako jeden z niewielu ochotników, młodzieżowym uczestnikiem w posiedzeniu Rady Osiedla Nałkowskich w Lublinie.

Ukończyłem II LO im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Lublinie w klasie matematyczno-fizycznej. Wybrałem tę szkołę, gdyż uważałem za konieczne, aby idealny mąż stanu skończył elitarną szkołę, posiadającą poważnego patrona, w klasie z rozszerzeniem ścisłym. Następnie planowałem edukację w WSO we Wrocławiu, jednak ostatecznie, przez krótki czas na dokonanie wyboru, zdecydowałem się na Wydział Elektrotechniki i Informatyki Politechniki Lubelskiej na kierunku Elektrotechnika. Obroniłem pracę zatytułowaną „Wybrane problemy rozwoju energetyki jądrowej w Polsce” na ocenę bardzo dobrą.

Podczas studiów postanowiłem wstąpić do Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Zostałem przyjęty z datą 2 lutego 2009 roku decyzją prezesa Adama Wielomskiego. Na dzień dzisiejszy daje mi to udokumentowane ponad 10 lat działalności w ruchu antysystemowym. KZM był pierwszą organizacją, w której zdobywałem doświadczenie w działalności politycznej. W latach 2009-2011 moimi politycznymi mentorami byli tacy ludzie jak: Adam Danek, Adam Wielomski, Karol Jasiński (prezes KZM Lublin), Dariusz Kosiur, zaś potem także Ronald Lasecki czy Arkadiusz Meller. Dla doświadczonych polityków antysystemowych te nazwiska nie są obce. W latach 2009-2011 ukazywał się cyklicznie dwumiesięcznik „Monarchista – Pismo Przełomowe”, w którym ukazywały się w większości jego numerów moje artykuły o tematyce wojskowej, historycznej oraz politycznej. Periodyk dostępny jest do dziś w sieci.

W 2011 roku byłem uczestnikiem Pierwszego Marszu Rotmistrza Witolda Pileckiego w Lublinie. Było na nim jakieś kilkadziesiąt osób, a w pierwszym jego rzędzie szedłem ja obok Karola Jasińskiego. KZM Lublin, pod przewodnictwem tego wspaniałego człowieka, był jednym ze współ-propagatorów tego popularnego dziś w Lublinie patriotycznego wydarzenia cyklicznego. Dziś wielu świeżo upieczonych działaczy antysystemowych powołuje się na uczestnictwo w tym marszu. Ja miałem z kolei zaszczyt wspierać budujących go ludzi w czasach, gdy był on jeszcze niepopularny…

23 czerwca 2015 roku zostałem zaproszony na Pierwszą Warszawską Konwencję Monarchistów. Wtedy to po raz pierwszy miałem do czynienia z Konfederacją Spiską. Zaproszenie wysłał mi Piotr Fudali. Wydarzenie prowadzili dwaj znakomici monarchiści: Jan Lech Skowera oraz doktor Jacek Caba (lekarz z wykształcenia znany z reklam). To był polityczny moment przełomowy w moim życiu. Od tego wydarzenia znalazłem organizację, którą mam obecnie zaszczyt reprezentować w ramach KW Konfederacja Wolność i Niepodległość. Konfederacja Spiska co roku organizuje fora monarchistyczne w okresie pomiędzy lutym a kwietniem. Marszałkiem Konfederacji Spiskiej jest mój kolejny polityczny mentor Jan Lech Skowera. Sam po raz pierwszy uczestniczyłem w IX Forum Monarchistycznym w 2016 roku. Wtedy to gościem specjalnym był Janusz Korwin-Mikke. Za rok, podczas X Forum Monarchistycznego, jednym z gości specjalnych był Kornel Morawiecki, niemniej jednak największym gościem był potomek Kaisera Franza Josefa I Peter Graf zu Stolberg-Stolberg. Miałem honor spożywać uroczysty obiad w towarzystwie austriackich gości przybyłych z grafem. Z samym wybitnym przedstawicielem dynastii cesarskiej miała honor spożywać obiad koleżanka kandydująca z Wrocławia, pani Marta Czech, czyli jednak z zaprzyjaźnionych mi osób z Konfederacji Spiskiej. Dyskutowaliśmy wspólnie, kompromisowo, w języku angielskim, o monarchizmie i energetyce jądrowej. Podczas XI Forum Monarchistycznego odebrałem Medal 100-lecia Intronizacji Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego za lata działalności na rzecz krzewienia idei konserwatywnej i monarchistycznej w Polsce.  Kawalerem tego orderu jest między innymi Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski.

Jestem samorządowcem oraz działaczem społecznym.  Od 11 marca 2019 roku mam zaszczyt być Radnym Rady Dzielnicy Wrotków. Dzień wcześniej, w wyborach 10 marca, zdobyłem najwięcej głosów w swoim okręgu wyborczym. Miałem zaszczyt pokonać w nich dawną i obecną Przewodniczącą Rady Dzielnicy Wrotków. Wewnątrz Rady udało mi się uzyskać funkcję Zastępcy Przewodniczącego Komisji Rewizyjnej. Jako radny nigdy nie byłem entuzjastą inicjatyw ograniczających wolność mieszkańców. W ramach sprawowanego mandatu wspieram lokalne wydarzenia patriotyczne i konserwatywne. 30 czerwca 2019 roku odbył się pierwszy lubelski „Marsz Unii Lubelskiej”, który to miałem okazję propagować za własne pieniądze na swojej dzielnicy jako radny. Pomocy nie odmawiam nikomu. Niemniej jednak sam także miewam problemy. Nie zawsze jestem do dyspozycji. Nie zawsze też wszystko mogę rozwiązać sam. Staram się jednak rozwiązywać wszystkie problemy mieszkańców.
Jestem kandydatem na liście KW Konfederacja Wolność i Niepodległość reprezentującym w Lublinie środowiska konserwatywne oraz monarchistyczne. Jestem przedstawicielem Konfederacji Spiskiej na Lublin. Oznacza to, że po zbudowaniu starostwa lubelskiego stanę na jego czele. Organizacja ta przyczyniła się do odrestaurowania Polskich Insygniów Koronacyjnych (Regaliów). Współpracuję z lubelskimi strukturami partii KORWiN, partii Ruch Narodowy oraz Pobudki. Wspieram ludzi związanych z Biurem Posła Jakuba Kuleszy. Działam aktywnie w organizacjach patriotycznych, społecznych, konserwatywnych i monarchistycznych. Współprowadzę, wraz ze wspomnianym Piotrem Fudali, stronę na Facebook „Społeczność Monarchistów – Lublin”.

Mam również bogate doświadczenie w uczestniczeniu w wyborach powszechnych. W 2014 roku kandydowałem do Sejmiku Województwa Lubelskiego z ramienia Ligi Polskich Rodzin – będąc liderem listy okręgu nr 1 obejmującym miasto Lublin. W 2015 roku kandydowałem bez powodzenia do Sejmu RP z ramienia KWW Grzegorza Brauna „Szczęść Boże”. Postanowiłem zostać Posłem ponieważ mam pomysł na poprawę Polski w oparciu o wiedzę i doświadczenie. Poza osiągnięciami politycznymi mam także pewne sukcesy zawodowe. Pracowałem jako: doradca techniczny, inżynier oraz zastępca kierownika małej produkcji. 

Program mój jest zgodny z tym, co głosi KW Konfederacja Wolność i Niepodległość.  Mój światopogląd łączy środowiska konserwatywne, monarchistyczne, narodowe oraz wolnościowe. Od zawsze ideały tego komitetu były mi bliskie, zanim jeszcze powstał, stąd jestem bardzo dobrym kandydatem, na którego warto oddać swój głos. Na listach mamy wielu ludzi deklarujących się jako: wolnościowcy, narodowcy czy konserwatyści, jednak ja jestem jednym z nielicznych, który łączy w sobie te wszystkie ideały na raz. Do tej pory każda partia i komitet nie zadowalały mnie w zupełności. Teraz jednak mam środowisko, z którym naprawdę mogę się w pełni identyfikować. O zagranicznej „polityce wielosektorowej”, którą określałem jako „partnerska współpraca z każdym”, mówiłem już w 2014 roku podczas debaty kandydatów na Radnych Sejmiku Województwa Lubelskiego w TVP 3 Lublin. Cieszę się, że wreszcie jest w mojej ojczyźnie opcja polityczną mówiącą to, co od dawna chciałem usłyszeć.

„Moja Piątka Polityczna” to:

  1.  Tradycjonalizm – Tradycja polska tworzy podstawy światopoglądowe wszystkiego tego, co kreuje ostatecznie naszą indywidualną tożsamość. Dla każdego narodu są to ideały stojące u jego zarania. Większość narodów Europy powstało we wczesnym średniowieczu, więc wartości te będą niezrozumiałe dla obywatela USA, którego państwo powstało na gruncie ideałów rewolucyjnych z XVIII wieku. Bez tradycji przestajemy być sobą. To nie tylko język polski, naród, ale także monarchistyczny ustrój polityczny czy gospodarka oparta o własność. Demokracja i socjalizm są więc ideałami obcymi tradycji europejskiej i polskiej.
  2. Wdrożenie energetyki jądrowej – Wszystkie kraje ościenne posiadają tę technologię. Budowa samej elektrowni tego typu pochłania ogromne koszty, które jednak w perspektywie długofalowej się zwracają z zyskiem. W konsekwencji jest to najtańsza metoda pozyskiwania energii elektrycznej. Elektrownia jądrowa posiada w dodatku największą żywotność i jest, wbrew pozorom, przyjazna środowisku.
  3. Proste przepisy i niskie podatki – Bez prostych przepisów nie będzie można normalnie żyć, a bez niskich podatków nie będziemy mogli niczego się dorobić. Przyrost naturalny nie zwiększy się sam dzięki odgórnie zaplanowanym programom socjalnym, ale tylko dzięki przyjaznej polityce podatkowej.
  4. Geopolityka oparta o partnerskie relacje z sąsiadami – Nie możemy widzieć w Rosji i w Niemczech naszych wrogów. Te kraje historycznie nie wyrządziły wcale więcej krzywd światu niż USA, Francja czy Wielka Brytania. Gdyby zliczyć bilans grabieży i rabunków ze wszystkich dziejów Niemcy wyszliby na pokojowy naród. Program polityki „wielosektorowej” był mi bliski od zawsze, czego wyrazem było moje wystąpienie w debacie z listopada 2014 roku w TVP 3 Lublin.
  5. Własna silna armia – Jako konserwatysta widzę armię nie tylko w oparciu o zwykłe wojsko w pełni zawodowe oraz zaopatrzone w najnowocześniejszy sprzęt. Ważna jest też elitarna gwardia przyboczna jako ostateczne siły, zbudowane z doświadczonych wiarusów, trzymane do końca jako „as w rękawie”. Ponadto warto rozpatrzeć ideę wdrożenia w Polsce Obrony Krajowej jako służby drugiej kategorii.


„Moja Piątka Polityczna” jest zbiorem prywatnych koncepcji wynikających z własnych przekonań opartych o dogłębną analizę zdobytej przeze mnie wiedzy i doświadczeń. Może zbytnią przesadą byłoby przeze mnie nazywanie siebie erudytą. Jednakże nie ukrywam, że chciałbym nim być. Do tego staram się dążyć. „Moja Piątka Polityczna” nie jest bezpośrednią kalką programu ogólnego KW Konfederacja Wolność i Niepodległość, jednak podstawowe jej założenia wcale z nim nie kolidują.

13 października 2019 roku proszę o Wasz głos!
Piotr Marek, lista nr 4, pozycja 12 w Lublinie.

czwartek, 19 września 2019

Piotr Marek - kandydat KW Konfederacja Wolność i Niepodległość


PIOTR MAREK, lista nr 4, pozycja 12, okręg nr 6 (Lublin).

Urodziłem się 10 lipca 1988 roku w Lublinie. Ukończyłem II LO im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Lublinie w klasie matematyczno-fizycznej oraz Wydział Elektrotechniki i Informatyki Politechniki Lubelskiej na kierunku Elektrotechnika. Jestem samorządowcem oraz działaczem społecznym. Interesuję się: polityką, energetyką, historią oraz wojskowością.

Jestem Radnym Rady Dzielnicy Wrotków. W wyborach 10 marca 2019 roku zdobyłem najwięcej głosów w swoim okręgu wyborczym. Wewnątrz Rady pełnię funkcję Zastępcy Przewodniczącego Komisji Rewizyjnej. Jako radny nigdy nie byłem entuzjastą inicjatyw ograniczających wolność mieszkańców. W ramach sprawowanego mandatu wspieram lokalne wydarzenia patriotyczne i konserwatywne. Staram się rozwiązywać wszystkie problemy mieszkańców.

Jestem kandydatem na liście KW Konfederacja Wolność i Niepodległość reprezentującym w Lublinie środowiska konserwatywne oraz monarchistyczne. Jestem przedstawicielem na Lublin Konfederacji Spiskiej. Organizacja ta przyczyniła się do odrestaurowania Polskich Regaliów. Współpracuję z lubelskimi strukturami partii KORWiN oraz Pobudki. Wspieram także ludzi związanych z Biurem Posła Jakuba Kuleszy.

Działam aktywnie w organizacjach konserwatywnych i monarchistycznych od 2009 roku. W latach 2009-2011 byłem publicystą dwumiesięcznika „Monarchista – Pismo Przełomowe”. Współprowadzę stronę na Facebook „Społeczność Monarchistów – Lublin”.

Wcześniej, w 2014 roku kandydowałem bezskutecznie do Sejmiku Województwa Lubelskiego z ramienia Ligi Polskich Rodzin – będąc liderem listy okręgu obejmującym miasto Lublin. W 2015 roku kandydowałem bez powodzenia do Sejmu RP z ramienia KWW Grzegorza Brauna „Szczęść Boże”. Dlaczego postanowiłem zostać Posłem? Ponieważ mam pomysł na poprawę Polski w oparciu o wiedzę i doświadczenie. Pracowałem jako: doradca, inżynier oraz zastępca kierownika. 

Program mój jest zgodny z tym, co głosi KW Konfederacja Wolność i Niepodległość. Od zawsze ideały tego komitetu były mi bliskie. W końcu mam środowisko, z którym mogę się w pełni identyfikować. O zagranicznej polityce wielowektorowej, którą określałem jako „partnerska współpraca z każdym”, mówiłem już w 2014 roku podczas debaty kandydatów na Radnych Sejmiku Województwa Lubelskiego w TVP 3 Lublin. Cieszę się, że wreszcie jest w mojej ojczyźnie opcja polityczną mówiącą to, co od dawna chciałem usłyszeć.

13 października 2019 roku proszę o Wasz głos! 



piątek, 28 czerwca 2019

Marsz Unii Lubelskiej 2019

Marsz Unii Lubelskiej 2019

Zapraszam wszystkich chętnych do Lublina 30 czerwca 2019 roku na Marsz Unii Lubelskiej. Inicjatywa zorganizowana jest przez patriotyczne środowiska konserwatywne i monarchistyczne. Ma ona na celu, obok analizy historycznej wydarzenia sprzed 450 lat, promowanie wartości monarchistycznych i konserwatywnych.

Radny Piotr Marek Marsz Unii Lubelskiej 2019

            Uroczystości rozpoczną się o godzinie 1330 Mszą Świętą w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego (Forma extraordinaria) w Kościele p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny przy S. Staszica 16a. O godzinie 1500 odbędzie się zbiórka na placu kościelnym i marsz w kierunku Placu Litewskiego. Następnie, po dotarciu do celu, odbędzie się wiec z okolicznościowymi przemówieniami wybranych gości.
Dostałem od znajomego taki komunikat. W najbliższą niedzielę, 30 czerwca, przypada III Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego. Tego dnia Msza św. w tradycyjnej formie rytu rzymskiego będzie celebrowana w następujących miejscach: W kościele Niepokalanego Poczęcia NMP (Lublin, ul. Staszica 16a) o godz. 9.00 oraz w kościele MB Wspomożenia Wiernych (Lublin, ul. Kalinowszczyzna 3) o godz. 17.00. W związku z powyższym, odbędzie się tylko Marsz Unii Lubelskiej o godzinie 15:00. Program marszu, z miejscem początkowym i docelowym pozostaje bez zmian. Msza św. o godzinie 13:30 zostaje odwołana. Zachęcam do udziału w wyżej wymienionych liturgiach.
Warto uczestniczyć w tym wydarzeniu tym bardziej, że nie będzie ono jakoś ekstremalnie przeciągnięte, ma wartość intelektualną i nie koliduje z walką w sprawie Górek Czechowskich. Zmianie może ulec jedynie intencja Mszy w kościele (względem tej podanej na plakacie) - taką dostałem informację.

Pozdrawiam, 
Piotr Marek

niedziela, 12 listopada 2017

Czym jest konserwatyzm

Polityczne zmiany jakie można było obserwować od mniej więcej połowy roku 2016 pokazują zmianę preferencji większości wyborców w stronę przeciwną od liberalnej lewicy. Ruchy społeczne zyskujące coraz większą popularność w tym czasie określane są mianem „konserwatywnych” i „prawicowych”, a ich programy są, bądź przynajmniej wydają się ich zwolennikom być, przeciwne tak zwanej „lewicowo-liberalnej” wizji świata. Czy rzeczywiście większość tych ruchów politycznych to autentyczna „prawica konserwatywna”? Czy to, co media określają jako „lewicowy liberalizm” nie jest czasem tylko skrajną jego odmianą, gdy zaś umiarkowaną jego formą jest właśnie to, co chce się nam przedstawić jako „prawicowy konserwatyzm”? Niestety, w większości nie do końca. Ugrupowania tradycjonalistyczne, monarchistyczne, narodowe w istocie odwołują się do wartości pierwotnie prawicowych i konserwatywnych. Inną sprawa ma się z liberałami i republikanami. W świetle faktów obecna „prawica konserwatywna” (republikanie) to nic innego jak pierwsza historyczna lewica. To złodzieje i bandyci, co uzurpują sobie tę nazwę, po krwawej, wywołanej przez nich, republikanów, rewolucji we Francji. Obecna lewica zaś, to nic innego jak świat jeszcze bardziej w lewo od tamtego ich skrętu w lewo.
Prawicowość i konserwatyzm w społecznej świadomości polityczni oraz medialni decydenci próbują spłycić jedynie do kwestii sprzeciwiania się aborcji i obronie tzw. „tradycyjnego modelu rodziny”. Takie podejście do sprawy zatuszuje autentycznie lewicowe korzenie ruchów obecnie określanych jako „prawicowo-konserwatywne”. Lewicy obecnej zaś to jest na rękę, gdyż dzięki temu mogą jedynie na nich więcej zyskać niż stracić, ponieważ republikańscy „prawicowcy” nie ruszą ustrojowych, własnościowych i mentalnych zdobyczy rewolucji „amerykańskiej” i tzw. „francuskiej”. Żaden polityk neokonserwatywny w USA czy chadecki w Europie nie podważa dogmatu demokracji, laickiej świętości tzw. „praw człowieka” (które radykalna lewica chce rozszerzyć na zwierzęta, w tym dzikie i szkodniki). Republikanie, liberałowie i chadecy, to ideologiczni uczniowie encyklopedystów, oświeceniowych filozofów, „ojców założycieli” USA, jakobinów, bonapartystów, dekabrystów, filomatów, karbonariuszy, pierwszych lewicowych burzycieli autentycznie konserwatywnego porządku światowego, którego filarami była monarchia autorytarna, społeczeństwo jednonarodowe (w Europie), dominacja religii w ujęciu tradycjonalistycznym oraz poszanowanie własności zarówno w sferze prywatnej (mój dom, mój cech), jak i publicznej (nasza, droga, nasz most).
 Pierwsi lewicowcy mieli poglądy zbieżne z ruchami obecnie określającymi się jako „prawicowo-konserwatywne”. Przywódcy rewolucji amerykańskiej, rewolucji z Francji, bonapartyści czy karbonariusze wcale nie byli wojownikami na rzecz „równouprawnienia płci” (ba, wielu z nich było mizoginami), nie chcieli żadnych „związków partnerskich” (homofonia cechowała choćby dwudziestowiecznego lewicowca Ernesto „Che” Guevarę), wcale nie promowali na duża skalę aborcji czy wieszania podobizn genitaliów na symbolach religijnych. Francuscy rewolucjoniści byli konsekwentnie ateistyczni, nie tylko antychrześcijańscy. Napoleon I ze swoimi żołnierzami po pobiciu imperiów muzułmańskich  na początku XIX wieku zachowywał się arogancko w meczetach, a zwyczajów muzułmańskich nie szanował w żadnej mierze. Jak laicyzm, to był on konsekwentny, i uderzał we wszystkie religie, a nie jedynie w katolicką czy jakąkolwiek inną.
Wielu pierwszych liberałów, talmudystów, wolnomularzy, kabalistów, okultystów dziś uchodziłoby za modelowych prawicowców w rozumowaniu republikańskim. Maksymilian Robiespierre nie wykluczone, że dziś popierałby ruch francuskiej prawicy „narodowo-konserwatywnej”, a George Washington mógłby być dziś być członkiem sztabu gabinetu Donalda Trumpa. Obecnie najprawdopodobniej pierwsi liberałowie polscy zasilaliby przede wszystkim szeregi Prawa i Sprawiedliwości, zaś partia ta wypisz wymaluj reprezentuje szaleńcze romantyczne ideały tzw. „wolnomularstwa narodowego”.
Polityk opowiadający się „za życiem”, deklarujący się jako „kulturowy chrześcijanin”, optujący za „tradycyjnym modelem rodziny”, ale równocześnie będący zajadłym wrogiem monarchizmu (w Europie), lobbujący za coraz bardziej represyjnym prawem (jak niegdyś jakobini), pod pretekstem tzw. „poprawy bezpieczeństwa” poszerzający coraz to bardziej wymyślne metody inwigilacji, nieszanujący własności, budujący swoim programem społeczeństwo wielonarodowe (w Europie), sprzeciwiający się budowie meczetów, ale popierający jednocześnie budowanie dajmy na to nowych synagog, zagorzały demokrata i wyznawca „praw człowieka” to zwykły lewicowiec konserwatywny obyczajowo. Dziś ci lewicowcy konserwatywni obyczajowo mają czelność autentycznych, oryginalnych prawicowców wyzywać od tzw. „ruskich agentów”…
W Europie, a więc od Skandynawii po Morze Śródziemne i od Portugalii po Rosję, obowiązuje jeden stały, tradycyjny, nieskalany lewactwem model prawicy, czyli ruchu popierającego porządek sprzed rewolucji XVIII wieku. Nie jest to lewicowy dla dawnej Europy model republikański, ale reprezentujący tradycyjne dla krajów Starego Kontynentu wartości konserwatywne we wszystkich aspektach życia społecznego. Ugrupowanie, które chce uważać się za konserwatywne, musi być takie we wszystkich aspektach, a nie tylko w jednym, ale za to hałaśliwie nagłośnionym.
Konserwatyzm dzielimy na:
  1. Obyczajowy. Znany nam z poglądów obecnej tzw. „prawicy konserwatywnej”. Polega on na zachowaniu tradycyjnej obyczajowości, sprzeciwie wobec promocji związków nie będących heteroseksualne, opowiadaniu się za pełną ochroną życia, walce o tzw. „tradycyjny model rodziny”.
  2. Społeczny. Tradycyjne społeczności państw Europejskich są jednonarodowe. Inaczej jest w Ameryce, gdzie zarówno USA jak i Kanada były założone jako konglomerat wielu narodów spojony jednym państwem. Nie jest to czysty szowinizm faszystowski, ale jednak istnieje zasada zachowania „Europy dla Europejczyków”. Konserwatysta europejski popiera społeczeństwo tzw. „jednonarodowe”, ale toleruje głównie imigrację europejską. Nie jest to tępy wróg jedynie islamu, bowiem judaizm czy hinduizm uznaje tak samo za obce europejskiej kulturze. Amerykański republikanizm ze swoim antyislamskim prodemokratycznym syjonizmem jest dla Europy lewicowy. W spojrzeniu konserwatywnym społecznie Rosja jest dla Rosjan, ale z Polakami i Niemcami wewnątrz siebie, choć granicach rozsądku i zachowaniu interesu rosyjskiego. RFN czy Wielka Brytania, dyskryminujące Polaków (Europejczyków rodowitych) ale przy tym jednocześnie popierające Arabów i syjonistów (obcych Europie) są państwami reprezentującymi podejście lewicowe. Wartości unijne w świetle tych faktów zaprzeczają temu co tradycyjnie europejskie.
  3. Polityczny. Demokracja i „prawa człowieka” są wytworami lewicowymi dla Europy. Pochodzą z oświecenia i rewolucji, która zrujnowała Francję i wymordowała kilka milionów ludzi w trakcie wojen napoleońskich. Prawicowiec i konserwatysta w każdym kraju europejskim jest monarchistą lub na drodze wyjątku zwolennikiem dyktatury autorytarnej opartej o model rządzenia zbliżony dla tradycyjnych monarchii średniowiecznych tudzież absolutnych. Pod pewnymi względami może to być też absolutyzm oświecony, bo warunkiem, że będzie bardziej absolutny niż demoliberalny (np. Fryderyka Wilhelma I, ale raczej nie Fryderyka II).
  4. Własnościowy. Istnieje dobro królewskie, istnieje dobro prywatne. To, co jest wspólne, jak droga, i to co jest czyjeś, jak dom. Nikt nie ma prawda wtargnąć do mojego domu bez nakazu, a jak ktoś to zrobi, to mam prawo się bronić choćby przed bezkarną republikańską policją (będącą kolejnym owocem wspomnianej rewolucji). Lewicowe podejście w tej kwestii to takie, że prawo zezwala na odebranie mam nietykalności naszej własności tym bardziej, gdy nie oddziałuje ona na innych. Zły kierowca może mieć co prawda zatrzymaną licencję, ale nie na okres permanentny (bo każdy może się zmienić), a już na pewno nie pozbawiać go bezczelnie prywatnej własności jaką jest jego samochód. Zatrzymana licencja musi wracać po naprawie swoich błędów i wejściu na dobrą drogę. Opisane jest tu  podejście prawicowe. Lewackie to zabrać, zakazać jazdy definitywnie, okraść z własności prywatnej.
  5. Hierarchiczny. Władca, pojęty tradycyjnie jako „Pomazaniec Boży”, stoi wyżej w tzw. „drabinie bytów” od jakiś tam mediów, „gwiazd”, bajarzy, generalnie tych, co gromadzą duży majątek na rzeczach błahych i przy udziale innych osób niedocenionych na drodze tego procederu (np. inżynierów, bez których odkryć umożliwiających odbycie koncertu czy nakręcenie filmu). W konserwatywnym społeczeństwie elitą byli generałowie, duchowni, szlachta czy odkrywcy a nie jacyś komedianci, spekulanci czy bezowocna profesura akademicka.
  6. Religijny. Konserwatysta nie tylko będzie pielęgnował religie kształtujące jego własne społeczeństwo, ale i w ramach tych religii będzie wspierał ich tradycyjną nienaruszalność teologiczną wobec zapędów rewolucyjnego modernizmu czy reformowania ich pod kątem dostosowania aktualnych prądów społecznych.   
Politycy i czołowi aktywiści z ruchów „pro-life”, „obrońcy tradycyjnego modelu rodziny”, chadecy, republikanie, libertarianie, amerykańska partia republikańska, PiS, CDU, Krystyna Pawłowicz, Donald Trump, Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, Marine Le Pen, Angela Merkel, John McCain, Teresa May, to wszystko „konserwatyści obyczajowi”, ale nikt z nich nie jest konserwatystą w ujęciu realnym. Wyjątek stanowią jedynie narodowi i monarchistyczni aktywiści pierwszych ruchów społecznych wymienionych powyżej. Reszta z nich w sferze polityki, społeczeństwa, hierarchii czy nawet religii (protestanci lub moderniści katoliccy) reprezentują świat lewicowy, demokratyczny, ten co mordował powstańców wandejskich. Powstańcy z Wandei byli autentycznie prawicowi, a przy tym oddolni, wielowarstwowi i różnili się znacznie choćby od dobrze sytuowanych społecznie elitarnych lewicowych powstańców listopadowych z 1830, których ideały były bliskie oprawcom tych pierwszych. Są więc na prawo od obecnej „lewicy liberalnej”, ale to „na prawo od tamtych” nie oznacza wcale, że są autentycznie po prawej stronie sceny politycznej.
Gdzie zatem szukać prawdziwego „prawicowego konserwatyzmu”, skoro wszystko to, co jest nim obecnie określane, ma korzenie lewicowe? Tam, gdzie jest on w stanie nienaruszonym, lub prawie nienaruszonym. Tam, gdzie jeszcze istnieje wyobrażenie europejskiego porządku na zasadach sprzed rewolucji, która zniszczyła najpierw Francję, a potem cały Stary Kontynent po krwawych wojnach napoleońskich. Istnieją autentycznie prawicowe ruchy polityczne, które nie spłycają konserwatyzmu jedynie do paru zagadnień z dziedziny obyczajowości, ale zachowują jego autentyczne ideały w sferze własności, ustroju politycznego, porządku społecznego czy ładu moralnego. To ugrupowania monarchistyczne, które w osobie władcy widzą „Pomazańca Bożego”. Monarchizm w Europie, a także choćby w Azji, jest esencją konserwatyzmu w sferze politycznej. To narodowi tradycjonaliści, co nie popierają wymieszanej kulturowo demokracji liberalnej. To ruchy religijne, które kroczą drogą tradycji nie bacząc na modernistyczną propagandę. Prawicowcy to wszyscy ci, którzy szanują to, co konserwatywne obyczajowo, społecznie, politycznie, własnościowo, hierarchicznie i religijnie. Odstępstwo prawicowości w każdej z tych dziedzin jest kroczeniem po nich drogą lewicową.

Piotr Marek

niedziela, 3 lipca 2016

Młodoturecka zbrodnia na Ormianach

Zagadnieniem ostatnio poruszanym, w związku z wizytą papieża Franciszka I w Armenii, pod koniec czerwca 2016 roku, była rzeź turecka na Ormianach, w latach 1915-1917, podczas I Wojny Światowej. Propaganda demoliberalna oraz modernistyczna chce to wydarzenie wyraźnie wykorzystać do własnych celów politycznych grając przy tym na uczuciach chrześcijan. Całkowitą winę za zbrodnię planują zrzucić na Imperium Otomańskie, a prawda jest dużo bardzie skomplikowana niż ta przedstawiana powszechnie. Cel takiego działania jest dla oczywisty. Przedstawienie faktów w ten sposób całkowicie kompromituje reakcyjne państwo starego ładu tureckiego na rzecz rewolucyjnego systemu demoliberalnego, ideologicznie wywodzącego się z haseł wielkiej rewolucji jakobińskiej zapoczątkowanej we Francji w 1789 roku. Poza wątkiem politycznym jest też oczywiście wątek narodowościowy. O rzeź Ormian obwinia się całkowicie Turków jako naród, a w świetle ogólnodostępnych źródeł możemy się dowiedzieć, że zaplanowali ją oraz wykonywali młodotureccy dygnitarze pochodzenia sefardyjskiego (śródziemnomorskiego żydowskiego) oraz albańskiego.
Gra wątkiem ormiańskim przeciw Turkom przypomina mi to całkowite obwinianie Rosjan za komunistyczne mordy judeobolszewickie czy Niemców za konsekwencje anglosaskiego podżegania wojennego, ale to już troszkę inna historia. Jednym słowem, rzeź Ormian z lat 1915-1917, nie była zbrodnią reakcjonistów Imperium Otomańskiego, ale prozachodnich rewolucjonistów młodotureckich, którzy w większości byli demoliberałami pochodzenia żydowskiego, sefardyjskiego oraz albańskiego. Obecnie zachód odgrywa rolę jakiegoś mitycznego „sumienia społeczności międzynarodowej”, nieustannie naciskając Turków na nazwanie masakry ludobójstwem. W rzeczywistości, gdyby nie doktryny polityczne zrodzone na jego terenie, nie występujące wcześniej na ziemiach otomańskich, nie byłoby podstaw ideowych do jego popełnienia. Tym samym „postępowe” społeczeństwa zachodnie chcą zatuszować swój własny wkład w dokonanie tej masakry.
O tzw. „Wielkiej Rewolucji”, z końca XVIII wieku, nie mówię jako o „francuskiej” z tego względu, że, wydarzenia ją poprzedzające częściowo sprowokowali w dużej mierze osobnicy Francuzami nie będący. Byli to przeróżni zagraniczni lobbyści (anglojęzyczni przywódcy „rewolucji amerykańskiej”) oraz żydowscy rewolucjoniści (tacy jak Mayer Amschel Rothschild czy Adam Weishaupt). Ideologia jaką za sobą niosła ta rewolucja doprowadziła do zniszczenia francuskiego dziedzictwa narodowego. Sama Francja popadła po rewolucji w stan recesji na ponad 100 lat, a kraj został przez nią, w konsekwencji, wplątany w orbitę wojen napoleońskich powodujących masową niechęć chrześcijan do Francuzów. Takie same konsekwencje przyniosły komunizm Rosjanom i nazizm Niemcom. W przypadku wszystkich trzech ideologii główni ich deprawatorzy wywodzili się z USA (amerykański bunt przeciw koronie - jakobinizm, amerykańska równościowa rewolucja społeczna – komunizm, czy amerykańska rasistowska eugenika - nazizm). Stąd słuszne jest nazywanie jej rewolucją antyfrancuską.
Propaganda całkowitego obwinienia Imperium Otomańskiego za masakrę ludności ormiańskiej daje możliwość demoliberałom na skompromitowanie tradycyjnego modelu państwa tureckiego. Promuje ład porewolucyjny jako rzekoma „rozsądna alternatywa” wobec określanego przez nich, „zamordyzmu tradycjonalizmu”. Kulisy całego omawianego tu ludobójstwa są dość skomplikowane. Rzezi Ormian dokonywali ludzie działający z polecenia ideowych przeciwników wyznaniowego Imperium Otomańskiego, którym udało się awansować w strukturach tego państwa, ale planowali działać na szkodę panującego systemu celem zainstalowania własnego. Zbrodnią tą osiągnęli ten cel, a dzięki jego wielkiemu rozmiarowi zbudowali na arenie międzynarodowej potężny kapitał polityczny wspierający budowę tureckiej republiki. Ludzie ci byli tak zwanymi młodoturkami, czyli zwolennikami szowinistycznej i demokratycznej rewolucji mającej na celu zbudowanie nowego, laickiego państwa na wzór nieszczęsnej Francji. Młodoturcy byli w większości (choć nie wszyscy) wyszkoleni, no właśnie, na francuskich, zachodnich, republikańskich uniwersytetach, gdzie przesiąkli ideologiami tłoczonymi do głów studentów, które następnie zaplanowali wdrożyć u siebie. Najskuteczniejszą metodą tego była rewolucja, ale wymagała ona poparcia międzynarodowego . To z kolei wiązało się z koniecznością kompromitacji poprzedniego systemu, którą to mogli otrzymać choćby na drodze popełnienia przez niego masowego ludobójstwa. Wystarczyło tylko, że dygnitarze osmańscy zaczną mordować bezbronnych ludzi i kompromitacja imperium będzie gotowa…
Tradycyjnie państwo oparte o wielowiekową kulturę turecką, pokorę religijną oraz obyczaje przodków związane z dziedzictwem przeszłości (jak tańce derwiszów, wstrzemięźliwości od uciech tego świata czy surowe posty) zostało zniszczone na rzecz nowego jakobińskiego, laickiego liberalno-masońskiego gniotu. Republikę tę zbudowali, obok grabarzu własnego dziedzictwa przodków, na krwi ormiańskich chrześcijan oraz innych pomniejszych grup etnicznych pomordowanych przy okazji. Przywódcą rewolucji młodotureckiej był Mustafa Kemal Atatürk. Stworzył on własny rodzaj dostosowanego do warunków muzułmańskich demokratyzmu, tzw. ideologię kemalistyczną, z języka tureckiego Atatürkçülük. Rewolucję tę śmiało można porównać do tej we Francji z końca XVIII wieku. Obydwie zakładały tak samo budowę laickiej republiki, zerwania z religijnymi praktykami, czego przykładem były ograniczenia i zakazy praktyk tradycyjnych tańców derwiszów. Tradycyjna forma gospodarki feudalnej została zastąpiona etatyzmem, zakładała zniszczenie hierarchicznych warstw społecznych, zaś na tereny islamskie po raz pierwszy wprowadzała ideały szowinizmu narodowego narodzonego we Francji mniej więcej w czasach napoleońskich. To właśnie ideologie: szowinistyczna i laicka, nie występujące wcześniej na terenach tureckich, dały podstawy pod etniczne i religijne represje wobec ludności ormiańskich chrześcijan. To przez wdrażanie demokracji w Turcji musiało zginąć niemalże 1,5 miliona ludzi jak niegdyś wymordowano milion wandejskich Francuzów przeciwnych niszczeniu monarchii. Winą za zbrodnie nie należy obarczać ani całego narodu tureckiego, ani Imperium Otomańskiego, ale właśnie republikanizm oraz wprowadzających go młodoturków. To architekci demokracji, częściowo nie będący etnicznymi Turkami, mordowali chrześcijan, a nie obrońcy starego modelu państwa rządzonego przez sułtana. Weźmy taki przykład. Za zabójstwo na terenie Polski dokonane przez obcokrajowca należy winić tego mordercę czy wszystkich Polaków? Tego łajdaka oczywiście! Tak samo w tamtym przypadku. Wina za rzeź Ormian leży nie po stronie systemu Imperium Otomańskiego, ale po stronie młodotureckich wywrotowców którzy przy okazji chcieli skompromitować dotychczas istniejący własny kraj dla prywatnych korzyści politycznych.
Warto także dodać, że po wygranych wojnach niepodległościowych republikańskiej Turcji w roku 1920, nowopowstałe państwo kemalistyczne wcale nie respektowało żadnych praw dla narodu ormiańskiego. Gdyby był to rzeczywiście ruch wolnościowy, za jaki się podawał, przyczyniłby się także do rekompensaty krzywd wyrządzonych Ormianom przez tureckie państwo. Tymczasem tak się nie stało, więc przez to republika ukazała swoje prawdziwe oblicze. Młodoturcy walczyli nie tylko z armiami zwycięskich państw europejskich, ale także z ochotniczymi wojskami ormiańskimi, osłabiając przez to ich pozycję w tamtym regionie.
Przyjrzyjmy się także sylwetkom kilku liderów ruchu młodotureckiego oraz głównego winowajcy masakry ludności ormiańskiej. Mustafa Kemal Atatürk, główny ideolog kemalizmu, był wrogiem idei sułtanatu, zwolennikiem laicyzacji państwa, masonem, demokratą, a w czasach studenckich prowadził działalność antymonarchistyczną.  Dążył więc do zniszczenia Imperium Otomańskiego i zastąpienia go nowym państwem demokratycznym. Jego pochodzenie jest niejasne. Jedni sugerują że miał przodków słowiańskich, inni, że albańskich (to bardziej prawdopodobne), co może nieść za sobą pewne inne wnioski. Jakie, to możemy się ich domyśleć. Znający historię wiedzą jak to było z życiorysami rewolucjonistów bolszewickich oraz jakobińskich. Z tym człowiekiem właśnie współpracowali niedawni oprawcy Ormian, którzy swoją haniebną zbrodnią dali postawy do społecznej niechęci wobec Imperium Otomańskiego oraz masowego poparcia dla ich wywrotowej i niszczącej tureckość rewolty. Główny oprawca Ormian, Wielki Wezyr Osmański Mehmet Talaat Pasza, który był także promiennymi mistrzem wolnomularstwa anglosaskiego był pochodzenia żydowskiego, sefardyjskiego. Także żaden z niego nie był Turek! Ten człowiek właśnie, jako główny dowódca wojskowy, był najważniejszym architektem masakry ormiańskich chrześcijan w latach 1915-1917. Jego współpracownicy także opowiadali się za nową ideologią demoliberalną, a ich pochodzenia etniczne często bywały niejasne. Podobnie jak w przypadku rewolucji z Francji, widzimy mocny udział masonerii w laicyzacji i demokratyzacji państwa, co dowodzi, że nie tylko chrześcijański, ale każdy tradycjonalizm, w tym islamski, jest przez nich niszczony i zastępowany republikańskim systemem niszczącym dziedzictwo każdego kraju, w którym jest on wdrażany. W świetle tego, za samą masakrę Ormian nie możemy więc obwiniać w pierwszym szeregu Turków, ale głównie tureckie mniejszości: żydowską i albańską, z których to wywodzili się architekci ludobójstwa Ormian oraz przywódcy rewolucji młodotureckiej, oraz wszelkiej maści inne szumowiny polityczne, takie jak jakobinów, demokratów czy masonów, z którymi współpracowali ci bandyci. Tak więc za tę zbrodnię winić należy nie tyle reakcyjne Imperium Otomańskie, co działających na jego terenie wywrotowców, z których wielu z nich nie było nawet Turkami.
W tym przypadku jednak republikanie odrobili wandejską lekcję, i nie mordowali oponentów w trakcie trwania własnej rewolucji, ale zrobili to w czasie istnienia poprzedniego systemu, czym skutecznie skompromitowali go na rzecz własnego. Co warte przypomnienia, po I Wojnie Światowej władze kilku krajów,  skazywały zaocznie na śmierć przybywających na swoim terenie wielu działaczy młodotureckich właśnie za ludobójstwo przeprowadzane na Ormianach. W Niemczech, w 1921 roku, skazano takim wyrokiem wspomnianego Mehmeta Talaata Paszę. Wyroku nie wykonano, gdyż skazanego zamordował ormiański patriota w ramach Operacji Nemezis, której celem była zemsta na głównych winowajcach tego ludobójstwa. Zamachowiec został uniewinniony przez niemiecki sąd. Taki obrót spraw wyraźnie dowodzi tego, że to ruch młodoturecki, a nie sułtanat, winny był omawianego tu ludobójstwa 1,5 miliona ludzi dla własnych korzyści.
Przy okazji kolejnych prób nacisku na Turcję, aby uznała rzeź Ormian za ludobójstwo, widzimy silny udział władz Republiki Francuskiej w tej sprawie. Republika Francji chce w tym sporze upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Z jednej strony pogrąży państwo tradycjonalistyczne, z którym wtedy było w stanie wojny. Z drugiej strony odsuwa od siebie winę za przeprowadzoną masakrę, która nie miałaby miejsca gdyby nie ideologiczna indoktrynacja na ich uniwersytetach przyszłych szowinistów tureckich. Republika ta jest bowiem pierwszym krajem nowożytnej Europy mającym na swoich rękach krew chrześcijańską. Tym samym próbuje ukryć swój udział w podłożeniu ideowych podwalin pod polityczne ukształtowanie przyszłych architektów rzeczonej masakry. Z kolei gdyby samo Imperium Otomańskie chciało definitywnie wymordować wszystkich Ormian, to zrobiłoby to dużo wcześniej, a nie w momencie krytycznego czasu wojny, w którym nie możliwe jest skuteczne zatarcie śladów masowej eksterminacji. Na terenie reakcyjnego imperium nie było nigdy szowinizmu, którym kierowali się oprawcy Ormian. Musieli się gdzieś jego nauczyć, i tymi miejscami były właśnie republikańskie zachodnie uniwersytety, głównie francuskie. Stąd tak mocne zaangażowanie francuskiej republiki w tym wątku politycznym. Państwo republiki francuskiej zwyczajnie musi kontrolować sytuację aby nie wydało się, że ich, rzekomo humanitarna ideologia, tak naprawdę winna jest śmierci wielu milionów ludzi od końca XVIII wieku, przez wojny napoleońskie i światowe, aż po dzień dzisiejszy.
Zbrodnia na Ormianach nie była więc dziełem sułtanatu, ale aktem założycielskim nowego, demokratycznego państwa laickiego. Przywódcy w większości przypadków nie byli do końca etnicznymi Turkami, a więc za samo ludobójstwo nie możemy obwiniać jedynie tego narodu, ale całą międzynarodową zbieraninę, głównie pochodzenia albańskiego i żydowskiego. To cały ten polityczny motłoch dążył do budowy laickiego, demoliberalnego, szowinistycznego, antymonarchistycznego i burzącego tradycyjny porządek nowego państwa młodotureckiego. Na jego barkach właśnie spoczywa wina za ludobójstwo Ormian, i przez to właśnie rewolucja młodoturecka powinna być rozliczona za przeprowadzenie tej ogromnej masowej eksterminacji półtorej miliona ludzi.

Pozdrawiam,
Piotr Marek