Piotr Marek Blog

Archiwalny blog Piotra Marka zawierający wpisy sprzed kilku po powrocie do działalności.

Wyszukiwarka

niedziela, 28 października 2012

Ja, „rosyjski agent”

        Do tej pory uważałem romantyzm za domenę jedynie politycznych zadymiarzy mieszających katolicyzm z jakobinizmem. Jednak po 25 października 2012 roku wyzbyłem się wszelkich złudzeń. Dotarł do mnie szokujący fakt, że ta zgubna dla Polski ideologia,  popularna jest pośród młodzieży wykształconej „nie humanistycznie”. To oznacza, że mam dużo pracy w dziedzinie uświadomienia historycznego nieszczęśników w moim wieku. Droga, którą niechlubnie kroczą, skazuje nasze państwo na fatalne zabetonowanie rodzimej sceny politycznej pomiędzy dwie przyjazne demoliberalizmowi, syjonizmowi i rewolucjonizmowi partie: PO i PiS.
         Romantyzm w swej naturze jest zaprzeczeniem Realizmu. Polska odmiana romantyzmu, związana z tradycją powstańczą, ma korzenie jakobińskie. XIX-wieczne powstania na ziemiach polskich, przygotowywane były w zgodzie z wytycznymi francuskich i amerykańskich republikanów. Była to ideologia o laickim, oświeceniowym rodowodzie, na polski grunt zaszczepiona dzięki sprytnej syntezie tejże z katolicyzmem. Powstania rujnowały zabiegi dyplomatyczne Realistów, którzy latami pracowali na coraz korzystniejsze dla Polaków warunki pod zaborami. Praca ich polegała na stopniowym, oraz skutecznym, budowaniu polskiej państwowości u boku Carskiej Rosji (najczęściej) lub Królestwa Pruskiego (rzadziej). Realiści kierowali się poszanowaniem Tradycji kształtującej Narodowe Dziedzictwo Polski. Romantycy to dziedzictwo odrzucili na rzecz utopijnych ideałów rewolucji „amerykańskiej” i „(anty)francuskiej”. W ich chorym zamyśle setki lat polskiej tradycji były „średniowiecznym ciemnogrodem”. Odrzucili je zatem jakby nigdy nic. A te wartości kształtowały naszą tożsamość w ramach Cywilizacji Europejskiej. Były więc bardzo ważne. Odrzucenie ich było de facto wyrzeczeniem się kluczowych elementów składowych Polskości. W obliczu tego, współcześni ich spadkobiercy, określający się bezprawnie mianem „prawdziwych patriotów”, są w rzeczywistości „prawdziwymi grabarzami” Polskiego Dziedzictwa.   
         Ja określam siebie jako Realistę. Z tego względu szanuję średniowieczny i piastowski rodowód Polski. To oznacza, że dziedzictwo naszego państwa scharakteryzowane jest wartościami związanymi z tym okresem. Jedną z takich wartości jest chociażby Autorytaryzm. Opiera się on na wzajemnej korelacji autorytetu władcy i szacunku do niego ze strony podwładnych. Respektowana jest poprzez szacunek wobec legalnej władzy. Drugą ważną wartością jest choćby solidarność wobec własnych rodaków. Naród jest w tej tradycji  pojmowany jako wspólnota ducha, krwi, cywilizacji i pochodzenia. Pojęcie narodu nie jest tożsame z pojęciem społeczeństwa (ogółu mieszkańców państwa) oraz obywateli (ogółu uprawnionych mieszkańców państwa). Polacy to potomkowie ludzi od pokoleń pracujących i walczących dla dobra państwa polskiego. Nie są to więc „pierwsze lepsze” przybłędy, kupujące swoją „narodowość” za głupotę lub dolary. Kolejną wartością jest własność, która była respektowana zarówno w systemie feudalnym, jak i późniejszym narodowym oraz katolickim korporacjonizmie. Liberalizm i socjalizm wypaczyły pojęcie własności. Jeden odrzucił fakt, iż coś może być wspólne (jak droga czy most kolejowy), drugi zaś odrzucił własność prywatną (jak dom czy ziemia). Kolejnymi wartościami są: język, ziemia, dziedzictwo przodków czy tradycyjna religia. Wszystkiego tego jestem świadomy dzięki latom studiów nad polityczną, wojskową i kulturalną historią Europy.
         Kim dokładnie jest Realista? To człowiek. Który między innymi: twardo chodzi po ziemi, wyzbył się zgubnych ideałów i w zgodzie z faktycznymi możliwościami mierzy potencjał swojej grupy na politycznej szachownicy. W polityce zagranicznej stara się ugrać jak najwięcej w obecnie panującej sytuacji. Realista broni jak najwięcej części składowych dziedzictwa jego wspólnoty. Dobiera takich sojuszników, którzy będą jak najkorzystniejsi dla wzmacniania własnych wielowiekowych tradycji. W średniowieczu, kiedy wszystkie państwa respektowały takie same wartości, praca realisty była bardzo prosta. Polegała jedynie na doborze sojusznika najlepiej sprzyjającego potędze własnego państwa. Trzy wydarzenia świata zachwiały te tendencje po dziś dzień. Były to kolejno: Rewolucja w Anglii (1640-1660), Rewolucja Amerykańska (1775-1783), Rewolucja we Francji (1789-1793). W przypadku Rewolucji Angielskiej mieliśmy do czynienia z pierwszymi, nieśmiałymi próbami całkowitego odrzucenia wielowiekowych tradycji. Pozostałe dwa wydarzenia były bardziej radykalne. Po nich nastąpiła zmiana w podejściu do sojuszu z innymi państwami. W grę zaczął wchodzić także światopogląd jakim dane państwo się kieruje. USA, Republika Francji czy Republika Włoch reprezentowały wojujący rewolucjonizm. Carska Rosja czy Królestwo Pruskie były z kolei bastionami reakcji (a więc tradycji). Republiki kierowane były przez politycznych zadymiarzy: jakobinów, karbonariuszy, i innych rewolucyjnych wywrotowców. Państwa „Świętego Przymierza” zaś, kierowane były przez królów i cesarzy ucieleśniającymi autorytet władzy. Realista Polski był świadomy, że budowa państwa respektującego nasze wartości cywilizacyjne, możliwa jest jedynie w sojuszu z pogromcami agresywnego rewolucjonizmu. Dlatego też Roman Dmowski, Władysław Studnicki czy Józef Haller prowadzili politykę niepodległościową Polski w oparciu o sąsiadujące ze sobą konserwatywne Cesarstwa. W wieku XX groźba komunistycznych rewolucji, bądź fali agresywnego republikanizmu zachodniego, zmuszała realistów do współpracy z dyktaturami faszystowskimi. Reżimy te, choć tylko w pewnym skrawku całokształtu światopoglądu, zachowywały jeszcze szczątki dziedzictwa cywilizacyjnego. Przykładem tego może być choćby ogromny respekt dla legalności władzy pośród żołnierzy SS. Współcześnie nie ma państwa w pełni ucieleśniającego chrześcijańskie wzorce państwa Średniowiecznej Cywilizacji Europejskiej. Ostatnim takim systemem było Cesarstwo Austro-Węgier. W XX wieku nie istniały reakcyjne monarchie, ale za to były wzorujące się na nich Autorytarne Narodowe Dyktatury (choćby Hiszpania Francisco Franco). Dziś pierwiastki tegoż dziedzictwa zachowywane są choćby przez Rosję Władimira Putina czy Białoruś Aleksandra Łukaszenki. Systemy te są katechoniczne, czyli powstrzymujące przez całkowitą moralną degrengoladą zachodniej rewolucji laickiej, syjonistycznej i demoliberalnej. Dlatego, jako realista wiem, że w oparciu tylko o te państwa jest cień szansy na odrodzenie naszej cywilizacji. Stąd jestem świadomym politykiem prorosyjskim XXI wieku. Popieram także teoretyczną koncepcję „Trójkąta Kaliningradzkiego” (Polska, Rosja, Niemcy). Jednak Niemcy widzę w nim jako państwo historyczne, zwalczające polityczne burdy, a nie współczesną republikę, tak samo oderwaną od swoich korzeni jak III/IV Rzeczpospolita. Obecnie Polska wcale nie prowadzi polityki „płaszczenia się względem Rosji”. Kto twierdzi inaczej, ten „odwraca kota ogonem”. Polska jest dziś narzędziem, w rękach zachodnich syjonistów oraz neokonserwatystów, które osłabia białoruską administrację, i wspiera destabilizację samodzielnej Rosji. Rządzący Polską spadkobiercy romantyków, sami prowadzą politykę „płaszczenia się przed zachodem”. Wiernie realizują wywrotowe wytyczne Brukseli, oddają za bezcen krajowy majątek zachodniemu kapitałowi, podlizują się zbrodniczym syjonistom, oraz przyjmują zgniłe ochłapy od Waszyngtonu za cenę polskiej krwi. Każdy, kto ten fatalny stan rzeczy chce zmienić, zyskuje przydomek „rosyjskiego agenta”, bądź „wroga demokracji”. Takie są fakty!
         Rosja na dzień dzisiejszy jest najkorzystniejszym partnerem dla Polski. Postrzega nas jako sojusznika w walce ze światową hegemonią neokonserwatyzmu. W RFN widzimy ogromne tendencje na przyzwolenie dla działalności różnych ziomkostw chcących anektować dla siebie znaczną część naszych zachodnich terytoriów. Republika Francji to najbardziej zdegenerowane państwo Europy kompletnie nie nadające się na sojusznika. Jej hegemonia w Europie oznaczałaby totalną laicyzację i jakobinizację całego kontynentu. USA to już dno totalne. Państwo to jest zbudowane na wartościach XVIII-wiecznych rewolucji, a więc na fundamentach wrogich naszej Cywilizacji. Stanowi zagrożenie nie tylko cywilizacyjne, ale i terytorialne. Stany Zjednoczone za swój cel biorą światową dominację, w imię rozprzestrzeniania antywartości „rewolucji amerykańskiej”, kosztem wiekowych tradycji wszystkich państw. W tym kraju kluczową rolę odgrywa „zakon neokonserwatystów”, czyli nieformalna tajna grupa skupiająca tamtejsze elity polityczne. Kształtuje ona od dziesięcioleci politykę zagraniczną tego państwa. Ma ścisłe związki z syjonistami, których wspólnym celem jest globalna hegemonia na gruzach tradycyjnych cywilizacji. Dowodzą tego kolejne wojny krok po kroku eliminujące główne bastiony oporu przed ich hegemonią.
         Po wyraźnym przedstawieniu swojego politycznego stanowiska, dnia 25 października 2012 roku, zostałem przez koleżankę ze studiów, określony sławetnym mianem „rosyjskiego agenta”. To nie pierwszy raz w moim życiu, ale pierwszy raz poza forum internetowym. Kiedy tylko z jej ust to usłyszałem, od razu wiedziałem, iż reprezentuje typowo romantyczne spojrzenie na politykę. Jej późniejsze argumenty to potwierdziły. Zostałem nazwany „rosyjskim agentem”, bowiem opowiadam się za partnerskim sojuszem Polski i Rosji, który na chwilę obecną jest jedynym korzystnym dla nas układem. Choćby nie wiadomo jak wiernopoddańcze peany padały ku czci Brukseli, Tel-Awiwu czy Waszyngtonu, to zawsze dla romantyków będą one „polską polityką zagraniczną”. Z kolei najmniejsza próba budowania najkorzystniejszego sojuszu Polski ze słowiańską Rosją, będzie w ich oczach wyrazem „agenturalności”. Terminologia „rosyjskiego agenta” jest  typowa dla romantyków i niepodległościowców, dla których „agenci” są szkoleni jedynie w Moskwie i czasem też w Berlinie. Niezaznanym z tematem dodam, że już wcześniej dowiedziałem się o tym, że jestem „rosyjskim agentem”. Dowiedziałem się również, że jestem „pułkownikiem KGB”, „parobkiem Kremla” oraz „oficerem dyżurnym GRU”. Kiedy wypowiadałem się pozytywnie o Francji Vichy, czy Leonie Degrelle, dowiedziałem się także, że jestem dodatkowo „agentem niemieckim”, „kombatantem SS” (Schutzstaffel, na szczęście nie ta „sekta”) oraz „byłym hitlerowcem”. Oskarżano mnie także o neopogaństwo (no ba, w końcu porządny ze mnie „niemiecki nazista”). Jedni wytykali mi sympatie prorosyjskie, inni wmawiali proniemieckie, a jeszcze inni mieli mi za złe tradycjonalizm katolicki. Jednym słowem, ważna ze mnie osobistość, podwójny agent z ogromnymi wpływami w Watykanie. Ciekawe jak w moim wieku wytłumaczyć „hitlerowską przeszłość”? Może jako odhibernowanego w Argentynie oficera SS przebudzonego w momencie gdy towarzysze pomyśleli, że „już czas”? Odkładając żarty na bok, moi polityczni oponenci dowodzą swoich poważnych urojeń. Ich ataki płynące pod moim adresem były serią zaprzeczających sobie pomówień. Nie mogłem być bowiem „tradycjonalistą katolickim” i „neopoganinem” zarazem. Prawda jest taka, że ludzie ci za wszelką cenę próbują przeforsować swoje stanowisko jako „jedyne słuszne dla państwa”. Nie prowadzą przy tym jednak analizy historycznej, tylko opierają swoje przypuszczenia jedynie o powszechnie dostępne źródła. Te są zaś tworzone głównie przez spadkobierców powstań i rewolucji. I w tym tkwi źródło naszego niezrozumienia. Ja jestem politycznym realistą, prowadzącym politykę w duchu tradycjonalizmu, oni zaś romantykami, którzy kierują się „emocjonalnym patriotyzmem”, uczuciem, a nie rozumną analizą.
         Ośmieliłem się także skrytykować osobę nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego koleżanka również mi nie wybaczyła. Prezydent ten był dla narodowca czy konserwatysty zły. Podobnie jak wielu innych, ale to już inna historia. To właśnie prezydent Lech Kaczyński podpisał „Traktat Lizboński”, pozbawiający Polskę suwerenności na rzecz dyktanda Brukseli. Swoimi poglądami ucieleśniał dziedzictwo romantycznych rewolucji XIX wieku. Sympatyzował z NATO-wskimi i syjonistycznymi agresorami. Był wrogi dziedzictwu ruchu narodowego, wrogi tradycyjnemu katolicyzmowi, wrogi wszelkim przejawom reakcji. Narodowa i konserwatywna linia polityczna była mu obca, zaś bliski mu był fatalny romans Polski z NATO i UE. Interesy polskie były dla niego tożsame z amerykańskimi i izraelskimi. Poróżniał Polskę ze słowiańską Rosją, popierał destabilizację Białorusi, wspierał swoją osobą gruzińskich podżegaczy wojennych (popieranych przez USA oraz Izrael). Identyfikował się bardziej z kulturą żydowską niż z tradycjami polskimi. To nie koniec fatalnych jego posunięć. Można byłoby je wyliczać akapitami. Był politykiem syjonistycznym, neokonserwatywnym, ale z całą pewnością nie polskim. I to ma być „dobry prezydent”?
         Droga moja koleżanko, moi polityczni oponenci. Porzućcie błędną romantyczną myśl polityczną! Nie idźcie tą drogą!!! Prowadzi ona bowiem do politycznego i gospodarczego unicestwienia Polski. Przejdźcie na rozsądne ścieżki politycznego realizmu, będącego jedynym gwarantem potęgi naszego państwa. To zabiegi realistów, pracujących u boku reakcyjnych państw: Rosji, Austrii czy Niemiec, przybliżały Polskę do niepodległości. To realizm marszałka Philipa Pétaina, uchronił Francję przez milionami ofiar. Realizm polityczny polega na podejmowaniu takich działań, które dają maksymalne korzyści w danej sytuacji. Do takich działań bynajmniej nie należy obecnie konflikt z Rosją. Realizm objawia się na doborze takich partnerów politycznych, którzy będą jak najlepszymi gwarantami bezpieczeństwa naszych interesów oraz tradycji cywilizacyjnych. Dlatego należy obrać kurs na sojusz z katechoniczną Rosją, przeanalizować możliwości wdrożenia „Trójkąta Kaliningradzkiego” i porzucić rewolucyjny zachód, kroczący drogą wartości obcych temu, z czego wyrastamy. Nie wolno nazywać realistów „agentami”. Należy ich wysłuchać, wziąć sobie do serca ich argumenty, i kierować się nimi w życiu i w polityce.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 21 października 2012

Publicysta nie jest nieomylny!

          Ale chamówa! Takie oto słowa cisną mi się na usta po lekturze części komentarzy do moich felietonów. Piszący je najwyraźniej zapominają, że jestem takim samym człowiekiem jak i oni. Z tego względu mi także mogą przytrafić się błędy, mogę o czym zapomnieć, lub najzwyczajniej w świecie, mogę o czymś nie wiedzieć. Należy mieć to na uwadze, gdy zostawia się komentarz nie tylko pod moim tekstem, ale i innych publicystów wyrażających opinie podobne do moich.
         Współczesna publicystyka jest w pewnym sensie obarczona ryzykiem. Felietonista tradycjonalistyczny, prezentujący swoje treści, naraża się na ataki ze strony politycznych oponentów. Czyni to jednak dla dobra umiłowanej mu społeczności. Społeczność ta nie zawsze niestety mu się odwdzięcza. Cóż, taka dola działacza. W każdym bądź razie kieruje się dobrem narodowym, chęcią restauracji naszych wielowiekowych tradycji. Proszę więc o współpracę, i ewentualne uzupełnianie moich publikacji o rzeczowe i merytoryczne komentarze. Gdy zdarzą mi się braki w informacji na jakiś temat, to wynikają one bądź ze zwykłego zapomnienia, bądź niepewności co do ich autentyczności. Czasem może brakować mi materiałów źródłowych, stąd także staram się unikać tego typu faktów w swoich publikacjach. Rozumieją to jednak narodowi i tradycjonalistyczni komentatorzy. Z nimi chętnie współpracuję. Inna sprawa dotyczy antynarodowych i rewolucyjnych trolli, którzy zawsze będą ujadać jak bure kundle. Tymi to w ogóle nie należy zawracać sobie głowy. W myśl powiedzenia „co nie zabija, wzmacnia”, ich obecność traktuję jako nowe doświadczenie w moim codziennym trudzie naprawy błędów występujących w naszym państwie.
         Osobiście nienawidzę politycznych kundli. Jeśli ktoś jest wrogą tradycjonalizmowi gnidą, to niech zjeżdża na swoje rewolucyjne podwórko! Nie musi wcale czytać ani moich, ani podobnych do nich publikacji. Misja każdego działacza mojego pokroju to ratowanie resztek Tradycji zniszczonej przez wieki burd destrukcyjnych cywilizacyjnie. Osobiście w każdym z felietonów staram się zmieścić maksymalną ilość mojej wiedzy na dany temat. Prezentuje wszystko w najkrótszy możliwy sposób. Mimo bogatego zasobu wiedzy nie jestem nieomylnym omnibusem, i zdarza mi się zapomnieć o czymś napisać w toku tworzenia publikacji. Proszę nie mieć mi tego za złe, bowiem uwierzcie, sami na moim miejscu popełnialibyście nie mniejsze błędy. Czy byłoby wam miło, gdyby po opublikowaniu waszego tekstu jakiś zarozumialec, siedzący wygodnie w domku i ukrywający się pod pseudonimem, zaczął was bluzgać z powodu braku wspomnienia na jakiś temat? Raczej nie. Więc nie czyn bliźniemu tego, co Tobie nie miłe…
         W przeciwieństwie do „całodobowych internautów”, ja mam o wiele więcej rzeczy na głowie, niż tylko publicystyka. Codzienne obowiązki pochłaniają mi większość czasu. Jednakże działalność uważam za swój polityczny obowiązek, stąd resztka mojego wolnego czasu zostaje właśnie nań poświęcona. Jednakże nie mam czasu na wysiadywanie w sieci całymi dniami. Nie mogę sobie pozwolić na tropienie najświeższych sensacji ze świata polityki i jemu pokrewnych. Jeśli ktoś poświęca na to cały swój czas, to znaczy, że ma niewiele do roboty i powinien zająć się swoim własnym życiem.
          Większość prostackich komentarzy pod moimi publikacjami ma na celu zdyskredytować moją działalność. Rewolucyjne gnidy, czyhające na najmniejszy mój błąd, poniosą w tej walce niechlubną porażkę. Inna sprawa dotyczy marud „zawodowo narzekających” na każdego, nawet najlepszego  publicystę. Jak są tacy mądrzy, to niech sami opublikują własne teksty. Wtedy na pewno zaznają smak biadolenia innych, podobnych im gagatków. Sytuacji nie poprawią mendy siedzące całymi dniami przed komputerem i narzekające na wszystko od lewa do prawa. To nie tędy droga! Jak chcecie coś osiągnąć, to przestańcie jęczeć, i weźcie się sami do roboty dla dobra Kraju, Tradycji i Cywilizacji.

PM

środa, 8 sierpnia 2012

Terroryzm i jego rodzaje

         Terroryzm. To zjawisko występuje dzisiaj częściej niż niegdyś. W najprostszej definicji jest to wymuszanie siłą swoich postulatów. Powodem terroryzmu może być nie tylko ekstremizm polityczny lub religijny, jak naświetlają nam lewackie bądź republikańskie tuby propagandowe. Powodowany może być także chciwością, żądzą władzy lub z drugiej strony desperacją i brakiem możliwości zrealizowania swoich podstawowych potrzeb (nawet nie praw) innymi metodami.
         Propagandowa „wojna z terroryzmem” prowadzona przed polityczny sojusz NATO – USA – Izrael jest w rzeczywistości nastawiona jedynie na zwalczanie terroryzmu wynikającego z polityczno-religijnego fundamentalizmu muzułmańskich społeczeństw Bliskiego Wschodu (nie popierających ideologii powyższego bloku), oraz lokalnego europejskiego ekstremizmu nacjonalistycznego i tradycjonalistycznego. Jednakże sojusz atlantycki sam uskutecznia terror medialny, ideologiczny, oraz sprzyja terrorowi ekonomicznemu „banksterów”. Rosyjska „walka z terroryzmem” polega na eliminacji muzułmańskiego lobby (czeczeńskiego) w obrębie terytorium własnej strefy wpływów. Z terrorystami żydowskimi swego czasu zmagali się muzułmańscy mieszkańcy Bliskiego Wschodu podczas pierwszych prób budowy Izraela w tamtym rejonie. Terrorystami byli jakobini i karbonariusze w XVIII i XIX wieku, choć rządzący dziś republikanie (uchodzący za „pogromców terroryzmu”) uznają ich bezdyskusyjnie za „humanitarian”. 
         Tak oto można telegraficznie zrelacjonować znane przykłady terroryzmu „wczoraj i dziś”. Czy są jednak one główne w obrębie opisywanego zjawiska? Tutaj już można mieć wobec tego poważne zastrzeżenia. Bardzo mocne są chociażby: terror medialny demoliberałów, terror finansowy  klanów bankierskich, terror społeczny radykalnych grup lewicowych czy „romantyczno-patriotycznych”, oraz wszechobecny terror ideologiczny spadkobierców republikańskich rewolucji.
         Jak mamy kilka rodzajów przemocy (fizyczna, werbalna, psychiczna itd.), tak mamy kilka rodzajów terroryzmu. Dzięki zabiegom różnego rodzaju psychologów, pojęcie przemocy zostało rozciągnięte na inne sfery niż fizyczna. Niestety pojęcie terroryzmu nadal utożsamiane jest jedynie z działaniami militarnymi. Realnie możemy wyróżnić takie rodzaje terroryzmu:
  • Zbrojny Najczęściej kojarzony z pojęciem „terroryzm”. Polega na fali ataków sabotażowych, dywersyjnych lub zaczepnych, mających na celu zaszantażowanie lokalnej społeczności lub administracji sprawującej władzę na danym terytorium w celu spełnienia swoich żądań. Jego zaprzestanie jest związane ze spełnieniem postulatów terrorystów. Popularny pośród skrajnych grup fundamentalistycznych lub politycznych (IRA, ETA, Al-Kaida, Bejtar), które nie są w stanie dojść do realizacji swoich postanowień innymi metodami.
  • Ekonomiczny Ten typ terroryzmu to szantażowanie danej grupy społecznej poprzez restrykcje finansowe, kontrybucje, lichwę lub wszelakie należności materialne. Powszechnie jest praktykowany przez banki, wielkie międzynarodowe koncerny, bądź przez zwyczajnych podwórkowych oszustów. Często wiąże się z groźbami kary sądowej za niespłacenie swoich żądań. Terroryści ekonomiczni, aby działać skuteczniej, zazwyczaj przekupują aparat prawniczy, bądź działają na krawędzi prawa wykorzystując luki w ustawach i aktach.
  • Ideologiczny To szantażowanie danej społeczności w celu przyjęcia określonej ideologii, doktryny politycznej lub wyznania. Polega on na fali oszczerstw przeciwko osobom spoza „pożądanego” „kręgu ideowego”. Kłamstwa mają wywołać negatywne skojarzenia wobec szkalowanej grupy, często oskarżając je o przyczynianie się do terroryzmu „zbrojnego”. Ten typ terroryzmu popularny jest pośród lewackich organizacji takich jak „Antifa” czy „Nigdy Więcej”, choć stosują go także moderniści katoliccy, komuniści i republikanie.
  • Medialny Często jest związany z terroryzmem ideologicznym. Mechanizm jego jest w zasadzie podobny do ideologicznego z tą różnicą, że tutaj hasła są przesyłane drogą przekazu medialnego wprost, lub przy użyciu ukrytych symboli w nadawanych audycjach. Stosowany jest przez samodzielne wielkie koncerny medialne, wpływowe grupy z dostępem do popularnych środków masowego przekazu, lub mniej wpływowe grupki przy pomocy własnych, niskobudżetowych mediów.
  • Społeczny Pewna hałaśliwa część społeczności próbuje wymusić na „reszcie” swoje poglądy, zamiłowania, sympatie czy opinie. Jest często związany z terroryzmem medialnym i ideologicznym, czasem też zbrojnym. Popularny pośród sekt, grup religijno-politycznych (takich jak SS – Sekta Smoleńska), działaczy LGBT, feministek, lewaków czy modernistów.

         Jak widać, terroryzm jest zjawiskiem powszechnym. Otacza nas ze wszystkich stron. Terroryści są w mediach, rządach, opozycjach, przedsiębiorstwach, usługach, sądownictwie a nawet (o zgrozo) w instytucjach religijnych i charytatywnych. Powszechna propaganda, będąca formą terroru medialnego, na nieszczęście piętnuje jeno zbrojne występki. Postępowanie to iście przedpotopowe, w pewnym stopniu „zacofane”. Jakby „przemoc” mogła być tylko w sferze fizycznej, a nie psychicznej czy werbalnej. Z tego względu musimy, idąc w zgodzie z faktami, z całą stanowczością przestąpić do zmasowanego oporu wobec wszelkich aktów terroru. Do realizacji tego szlachetnego przedsięwzięcia konieczna jest eliminacja przyczyn terroryzmu. Inaczej po eliminacji jednego aktu terroru, będziemy świadkami kolejnych. Likwidacja sztucznych kominów płacowych, powstrzymanie agresywnej polityki mesjanistycznej państw i bloków politycznych (USA, NATO, UE), zapobieganie sekciarstwu, likwidacja monopoli pewnych grup i poszanowanie tradycji to  główne klucze do sukcesu. Gdy tego nie zrobimy, spełnimy mimowolnie żądania terrorystów.
         I jeszcze jedno. Nie jest terrorystą ten, kto siłą odpowiada na wymierzone w niego akty terroru. To kontratakujący, a nie agresor. Takie małe prawo wojskowe „o ataku i kontrataku”.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 1 lipca 2012

„Traktat Wersalski” oraz jego konsekwencje

         28 czerwca to rocznica podpisania „Traktatu Wersalskiego” z 1919 roku. Był on zalążkiem pod budowę nowej Rzeczypospolitej Polskiej. Jednak charakter tego państwa był niestety zbyt republikański, i porzucał wiele pradawnych elementów Tradycji Polski. Stąd nie gwarantował w pełni odrodzenia państwa utworzonego przez naszych Ojców Piastów. Nie przywrócono autorytetu, hierarchiczności i wyznaniowości, przez co kraj przypominał w wielu aspektach republikańską Francję po 1793 roku. Dokument zatwierdzony w 1919 roku gwarantował powstanie w Europie kilkunastu innych państw, choćby Finlandii. Każdym z nich zbudowano jednak w zgodzie z ideałami haniebnej rewolucji z Francji.
         Głównymi sygnatariuszami „Traktatu Wersalskiego” byli amerykański prezydent Thomas Woodrow Wilson, oraz premierzy: brytyjski David Lloyd George i francuski Georges Benjamin Clemenceau. Byli to republikańscy globaliści, ideowi spadkobiercy rewolucji 1789-1793, członkowie masonerii, zaś brytyjski premier, mający żydowskie korzenie, nie stronił od syjonistycznych sympatii. Kreowali się nienawiścią do Niemiec, Austrii i Węgier, z racji wypowiedzenia przez te kraje wojny porewolucyjnemu zachodowi. W pewnym stopniu ci trzej politycy byli ojcami Unii Europejskiej (dla przykładu Thomasowi W. Wilsonowi marzyły się „Stany Zjednoczone Europy”). W skutek postanowień „Traktatu Wersalskiego” powołano Ligę Narodów, czyli zalążek UE, ONZ i ponadnarodowych struktur globalnych. W większości sygnatariusze „Traktatu Wersalskiego”, byli najzwyklejszą w świecie zbieraniną syjonistów, jakobinów, wolnomularzy i rewolucjonistów. Tylko nieliczni z nich podpisywali go w dobrzej, wierze licząc na odrodzenie na jego mocy niepodległego państwa. Przewagę mieli jednak wywrotowcy. Taki dokument nie mógł więc powstawać z myślą o dobru jakiegokolwiek państwa, lecz wyłącznie w ideologicznym interesie prekursorów globalizmu. Samo jego podpisanie, i pokładanie w nim nadziei na zbudowanie państwa było błędem. Niepodległość tych kilkunastu państw była tylko częścią misternego planu sygnatariuszy traktatu. Zapewniała ona realizację kolejnego etapu w wielkiej rewolucji europejskiej, której celem była eliminacja ostatnich reakcyjnych państw europejskich, przy pozyskanej aprobacie społeczeństw dążących do niepodległości (zazwyczaj niezwiązanych z „Trójprzymierzem”). Pomogło przy tym bezmyślne zaślepienie rzeszy napaleńców żądnych odwetu na zaborcach w takim samym stopniu, jak niegdyś przyczyniło się do sukcesu krwawej rewolucji we Francji zacietrzewienie motłochu, rządnego zemsty za wyimaginowaną tyranię króla. Nie byli oni jednak w pełni świadomi politycznych manipulacji przy tym towarzyszących. Zarówno w rządach zaborców, jak i komitetach powstańczych, ogromne wpływy mieli talmudyści, członkowie tajnych związków i rewolucjoniści, którym zależało na wzajemnym wyniszczeniu się Narodów Europy. Ta niewiedza pchnęła naiwnych w objęcia politycznych szachrai, którzy zacierali jedynie ręce patrząc jak łatwo dali im się zmanipulować. Tak więc z jednej strony udało się syjonistycznym jakobinom wyeliminować reakcyjne rządy w państwach „Trójprzymierza”, zaś z drugiej strony zbudować odradzające się państwa od podstaw według ścisłych standardów republikańskich. Owoce traktatu były zatrute, zaś niepodległość Polski budowana na fundamencie dokumentu globalistów okazała się krucha jak dom wybudowany na piasku.
         Jak wspomniałem prawie każde państwo powstałe na mocy „Traktatu Wersalskiego” nie wskrzeszało w pełni tego powstałego we wczesnym średniowieczu. Zbudowano je na republikańskich standardach porewolucyjnego świata, w zgodzie z ideologicznymi wytycznymi spadkobierców libertyńskiego oświecenia. Nie odwoływało się więc ani do tradycji chrześcijańskich, ani pierwotnych (Słowian, German, Ugrofinów), które od wieków powiązane były z autorytetem władzy, hierarchią społeczną, czy panującą religią jako państwową. To jednak logiczne przy odbudowie kraju powierzonej pod opiekę zachodnim mocodawcom hołdującym „demokracji”, „tolerancji”, „prawom człowieka” i koncepcji „państwa otwartego”.
         Dla Polski taka niepodległość okazała się iluzoryczna. Z jednej strony dała suwerenność materialną tylko na 21 lat, a z drugiej strony otworzyła „ideologiczną puszkę Pandory”, której konsekwencje są widoczne obecnie w XXI wieku. Samo odrzucenie wtedy tylko kilku części składowych Polskiej Tradycji, pociągało za sobą stopniowo coraz bardziej pogłębiające się rozwydrzenie rewolucyjnych syjonistów i jakobinów. Z czasem żądali od nas coraz więcej. Dziś nie wystarczy im samo wyrzeczenie się Autorytaryzmu czy Hierarchii. Obecnie toczą oni walkę z tradycyjnym modelem rodziny, żądanie przywilejów dla sodomitów, a w przyszłości zapewne staną do walki o prawa dla kanibali. To jest właśnie skutek powierzenia Polski sygnatariuszom dokumentu z 28 czerwca 1919 roku! Chcieliście głupcy i naiwniacy „nowoczesności”, to teraz ponosimy jej skutki! W XXI wieku są już realizowane następne etapy rewolucji spotęgowane w Europie po klęsce Państw Centralnych (wszystkie kraje tego bloku były Reakcyjne, w Entencie „biała” była tylko Rosja).
         Wspomniana iluzoryczność takiej suwerenności objawiała się w jej jednowymiarowości. Zagwarantowała jedynie pełny powrót Polski w sferze materialnej, w mniejszym stopniu zaś w sferze kulturalnej i obyczajowej, i tylko w nikłym stopniu w sferze duchowej. Słuszna jest jedynie niepodległość pełna, czyli nie taka gwarantująca samego „powrót państwa na mapę”, ale także zapewniająca przywrócenie w owym państwie wartości stojących u źródeł jego powstania. A korzenie Polski jako państwa sięgają początków X wieku (chociaż wiek tutejszych nacji bywa szacowany nawet na 10 000 lat), i zostały przypieczętowane na mocy Chrztu 14 kwietnia 966 roku. Tylko w tych wartościach Polska jest w pełni sobą. Jedynie przy zachowaniu całego Narodowego Dziedzictwa możemy mówić o prawdziwej niepodległości.
         Pełne odrodzenie Polski wiązało się z poszanowaniem wszystkich wartości Średniowiecznej Cywilizacji Chrześcijańskiej. Możliwe było zarówno przy dotrzymani ugody z Rosją Carską, jak i na mocy postanowień „Traktatu Dwóch Cesarzy” z 5 listopada 1916 roku. Uzgodnienia te nie tylko gwarantowały pełne odzyskanie suwerenności we wszystkich sferach, ale również pozwoliłyby na odzyskanie państwa dwa lata wcześniej niż przy „łaskawej pomocy” państw zachodnich. Działania Romana Dmowskiego w Rosji z czasem przekształciłyby Autonomię Polską w Państwo Polskie. Z kolei zabiegi dyplomatyczne Władysława Studnickiego zyskały poparcie wielu przedstawicieli elity politycznej i wojskowej II Rzeszy. Owocem ich było poparcie generała Ericha Ludendorffa dla „Polskiego Pasa Granicznego” zapewniającego obecność ziem zachodnich wewnątrz terytorium Polski! Pojawiła się również szansa na uzyskanie kolonii zamorskich dla Polski w bogatych częściach Afryki. Gdyby te ustalenia doszły do skutku, Polska w późniejszych negocjacjach z Niemcami nie ryzykowała by terytorium własnym, ale mogła wymienić część zamorskich posiadłości w zamian za korzystniejszą granicę polsko-niemiecką. Umożliwiała to polityka Niemiec Wilhelma II, która w przeciwieństwie do bismarckowskiej, cechowała się większą ekspansją kolonialną niż europejską. Jednak wszystko to zostało zaprzepaszczone, bowiem granda nie mogącą znieść faktu powstania normalnej Polski, odrzuciła te korzystne dla nas postanowienia, i wolała zadowolić się ochłapami łaskawie rzuconymi (dopiero pod koniec wojny) przez spadkobierców libertyńskich rewolucji.
         Tajnym celem „Traktatu Wersalskiego” było wprowadzenie w reakcyjnych państwach Niemiec, Austrii, Węgier, a także i Turcji, jakobińskich republik laickich. Niemcy przekształcono w Republikę Weimarską. Tradycyjna flaga narodowa, w kolorystyce białej, czerwonej i czarnej, została zastąpiona szmatą karbonariuszy z rewolucji 1848. Ustawy ograniczające działania tajnych stowarzyszeń zostały uchylone, zaś nowo powstałe demokratyczne państwo prowadziło dużo bardziej antypolski kurs niż rządzy pruskie z czasów Kulturkampfu. Traktat nie określał jasno granic polsko-niemieckich, dając furtkę pod następujące kilka lat po zakończeniu Wielkiej Wojny krwawe potyczki terytorialne. Pozostawił nierozwiązaną kwestię Prus Wschodnich i Gdańska, dając możliwości pretekstu do przyszłych konfliktów. Austria i Węgry, będące ostatnim bastionem katolickiej państwowości w tradycyjnej formie, zostały całkowicie zdestabilizowane przez demokratyzację. W dawnym imperium Habsburgów zapanował chaos, a przeciwnicy polityczni strzelali do siebie nawzajem. W Turcji natomiast, państwo zostało zlaicyzowane tak samo jak republikańska Francja po rewolucji. Tradycyjne obrzędy religijne i kulturowe (jak tańce derwiszy) były zakazywane. W tym procesie destrukcji tureckich tradycji uczestniczył pro-republikański mason Kemal Atatürk. Tak oto rysują się tylko niektóre owoce „wersalskiego burdelu” w ostatnich państwach reakcyjnych Europy.
         Głównym poszkodowanym traktatu okazały się jednak Cesarskie Niemcy. Z państwa tego judeomasońskie elity zrobiły sobie „finansową dojną krowę”, przy pomocy wyssanego z palca argumentu winy tego kraju za wybuch I Wojny Światowej. Konflikt w rzeczywistości wywołała kierowana przez iluminatów „Czarna Ręka”. Rzekomo „serbska” „organizacja patriotyczna”, dokonała zamachu terrorystycznego na następcę tronu Austro-Węgier, którego konsekwencją było wypowiedzenie wojny agresorom przez zaatakowany kraj. Pokaźne fundusze na terrorystyczną działalność bałkańskich rewolucjonistów płynęły głównie ze Stanów Zjednoczonych. Tak więc I Wojna Światowa była wywołana przez amerykańską finansjerę, która umacniała lokalny terroryzm destabilizujący ostatnie Rzymsko-Katolickie Państwo w tradycyjnej formie. Wina Niemiec była wtedy nie większa niż Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji czy Włoch –polegała jeno na wypowiedzeniu wojny jednemu z sojuszników agresora. Jednak jakobińscy historycy potrafili odwrócić kota ogonem, a ich fałsze są powtarzane także przez „patriotów”. Winę za wybuch wojny nie poniósł w żadnej mierze jakikolwiek z jej inicjatorów, ale sojusznik zaatakowanego państwa wypowiadający wojnę pomagierom agresora. Ten tok rozumowania nie różni się niczym od myślenia mas obwiniających Polskę za wybuch II Wojny Światowej. Po tym kluczu za wybuch jakiejkolwiek wojny można oskarżyć każdego. Wystarczy do tego symboliczny związek z konfliktem. Przy pomocy powiązania logicznego kilku faktów, można z nich wywnioskować nawet największy absurd. Przykładowo II Wojnę Światową mogła (według tego klucza) wywołać Finlandia, gdyż „zaatakowała ZSRR w trakcie misji pokojowej” w momencie stabilizacji militarnej Europy. Jednak pomijając absurdy, człowiek kierujący się prawdą wie, że I Wojnę Światową wywołała „Czarna Ręka”. Terroryści sponsorowani przez finansjerę żydowsko-amerykańską. Koniec i kropka. Takie były fakty, a kto twierdzi inaczej, ten kryje tyłek wszelakim jakobinom, iluminatom i innym politycznym mąciwodom.
         Kolejną konsekwencją postanowień „Traktatu Wersalskiego” była potężna inflacja w Niemczech, która doprowadziła do zapaści finansowej kraju. Skutkiem tego była śmierć z głodu i bezrobocia od 2 do 4 milionów ludzi. Ponadto kilkanaście  milionów Niemców zepchnięto na margines społeczny. W tym czasie na szczyty drabiny społecznej wspinali się przedstawiciele mniejszości żydowskiej. To powodowało narastające oburzenie coraz mocniej marginalizowanych Niemców, pośród których rodziła się chęć brutalnego rewanżu za krzywdy wyrządzone przez sygnatariuszy i beneficjantów „Traktatu Wersalskiego”. Upokorzone społeczeństwo niemieckie, jak w dzisiejszych czasach polskie, w konsekwencji wybrało na swojego wodza radykalnego Adolfa Hitlera. Ten polityk okazywał się jedynym, który dał bezrobotnym pracę oraz wypchną państwo z dołka do pierwszej ligi krajów starego kontynentu. Poważną alternatywą dla niego byli jedynie komuniści (dążący do jedności z ZSRR wraz z pakietem jego zbrodni), oraz demokraci, którzy po wygranej dalej sprowadzaliby kraj w dół (jak współcześni liderzy III/IV RP), pociągając za sobą kolejne miliony ofiar nędzy i bezrobocia. Tak więc konkurencja nazistów wcale nie grzeszyła humanitarianizmem. Nic więc dziwnego, że wybór Niemców padł właśnie na Adolfa Hitlera. Nie było wtedy niestety lepszego liczącego się kandydata. Wyboru Adolfa Hitlera na wodza III Rzeszy można było jednak uniknąć. Wystarczyło zbojkotować postanowienia państw zachodnich jako bandyckie i chroniące prawdziwych podżegaczy wojennych. Wtedy Niemcy dalej byłyby „białe”, a brak demokracji uniemożliwiłby powstanie socjalistycznego lub nazistowskiego państwa. Tak więc II Wojna Światowa, wraz ze wszystkimi jej okrucieństwami, była kolejnym zatrutym owocem postanowień z 28 czerwca 1919 roku.
         Podsumowując, podpisanie „Traktatu Wersalskiego” przyniosło dla Polski skutki odwrotne od oczekiwanych. Zaprzepaściło odrodzenie państwa w zgodzie z wartościami stojącymi u źródeł jego powstania. Zaprzepaściło również szansę na uzyskanie zamorskich posiadłości, które oprócz dochodów, mogłyby pomóc w negocjacjach z państwami ościennymi o korzystniejsze granice. Wejście w konszachty ze spadkobiercami rewolucji oświecenia, i pozwolenie im na ekspansje światopoglądową na wschód, otworzyło „ideologiczną puszkę Pandory” której owoce są dziś odczuwalne w postaci degradacji obyczajowej i tradycyjnej państwa. Republika Polska powstania na mocy postanowień traktatowych w konsekwencji naraziła się na odwet społeczeństw przez niego pokrzywdzonych, czego konsekwencją była niemiecka agresja we wrześniu 1939 roku, PRL po wojnie, a dziś III/IV RP.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

piątek, 8 czerwca 2012

Rosyjscy kibice, „Fronda” i Debbie Schlussel

 Piotr Marek (Tomaszowice)        Ostatnio w prawicowym polskim środowisku politycznym dużo się mówi o antynarodowych wybrykach niektórych publicystów „Frondy”, a konkretnie Marty Brzezińskiej, oraz antypolskiej fali oszczerstw amerykańskiej dziennikarki żydowskiego pochodzenia Debbie Schlussel. Tematy te są ze sobą powiązane, gdyż dotyczą w obu przypadkach ataku na przedstawicieli polskiej myśli politycznej krytycznej wobec lobby żydowskiego, ze strony „neokonserwatystów” (zarówno „krajowych”, jak i amerykańskich).
         Zacznijmy od Debbie Schlussel. Urodziła się w rodzinie żydowskiej, zaś jej przodkowie pochodzili z Polski. Jest to kobieta o poglądach republikańskich, która od lat ma uparcie dąży do zaistnieniem na amerykańskiej scenie politycznej. Jej kariera, pomimo wczesnego startu, przez szereg okoliczności zatrzymała się na poziomie komentatorki i dziennikarki. Słynie z ciętego języka, brutalnie atakuje społeczność muzułmańską, oraz nie kryje sympatii dla zamachów z 22 lipca 2011 roku. Ostatnio oskarża Polaków o aktywny udział w zbrodniach przeciwko ludności żydowskiej podczas II Wojny Światowej. Wspomina przy tym o rzekomym wydaniu przez Polaka jej krewnych hitlerowcom „za butelkę whisky”. I tu jest pies pogrzebany! W tym momencie poddaję ten fakt wątpliwość, gdyż dorzeczny mógłby być jedynie w stosunku do Anglosasów. Skąd się tej ignorantce wziął u Polaków pociąg do whisky? Gdyby jeszcze mówiła o wódce, niemieckim piwie czy spirytusie, można byłoby jeszcze w jej historyjkę uwierzyć. Ale whisky? Tego gniotu nie tyka nikt, kto zna smak polskiej wódki! W tym momencie paniusia się skompromitowała. Prawda była taka, że przypadki przemocy polskiej wobec ludności żydowskiej były w tym czasie bardzo rzadkie. Występowały jedynie jako akcje odwetowe za zbrodnie żydowskich komunistów na Polakach. O żydowskiej przemocy wobec Polaków Debbie jednak nie wspomina, a o jej przykładach nawet nie chce słyszeć. Na jej facebook’owym profilu (prostym angielskim) napisałem jej takowy post:

What do you know about jewish crimes against Russians during „communist resolution” after WWI? 100 milions Russian people were murdered by jewish communist! What you know about jewish crimes against Polish people during war in 1920? 2-4 milions Germans died afer WWI (starvinity, unemployment) becouse international document signed in 1919! Adolf Hitler stopped this murdering of innocent Germans! Poland, Russia and Germany were victims before WWII! Were victims of Jews, USA, and republican west! What do you know about conservatism? You support demoracy, so you're not really conservative. Real conservatives are Monarchists! 

Dla nieznających angielskiego przetłumaczę mój komentarz:

Co wiesz na temat żydowskich zbrodni przeciwko Rosjanom podczas „komunistycznej rewolucji” po IWŚ? 100 milionów ludzi w Rosji zostało zamordowanych przez żydowskich komunistów! Co wiesz o żydowskich zbrodniach na Polakach podczas wojny w 1920? 2-4 miliony Niemców zmarło po IWŚ (głodówka, bezrobocie) z powodu międzynarodowego traktatu [wersalskiego – przypis PM] podpisanego w 1919! Adolf Hitler powstrzymał ten proces zabijania niewinnych mieszkańców Niemiec! Polska, Rosja i Niemcy były ofiarami przed IIWŚ. Były ofiarami Żydów, USA i republikańskiego zachodu! Co wiesz o konserwatyzmie? Popierasz demokrację, więc nie jesteś prawdziwie konserwatywna. Prawdziwi bowiem konserwatyści, to Monarchiści!

Po jego publikacji komentarz zniknął bardzo szybko. To dziwne, gdyż nie zawierał gróźb pobicia, gwałtu czy śmierci, jak wiele innych komentarzy. Jednak ten merytoryczny wpis okazał się o wiele bardziej dla jej niewygodny, co potwierdza zawarte powyżej przypuszczenia. Najbardziej prawdopodobnym powodem takiej publikacji tej dziennikarki jest chęć wkupienia się w łaski swoich bardziej wpływowych rodaków. Pozwoli jej to na zaistnienie w pierwszej lidze amerykańskich republikanów. Przy okazji wytknąłem Debbie nie tylko brak historycznego rozeznania, ale fałszywość jej konserwatyzmu. Sama posądza Polaków o „konserwatyzm z lumpeksu”, lecz jako zwolenniczka demokracji sama reprezentuje „chińską podróbkę” tej myśli społeczno-politycznej. W tym przypadku jest wyraźnie widoczny konflikt pomiędzy Tradycyjnym Konserwatyzmem Europejskim (który występuje w Polsce), a amerykańskim „neokonserwatyzmem”. Ten pierwszy wywodzi się z wczesnego średniowiecza, i opiera się o Autorytaryzm („Władza pochodzi od Boga”). Ten drugi ma rodowód oświeceniowy, rewolucyjny, opiera się o demokratyzm, syjonizm, i „prawa człowieka”. Stąd niezrozumienie neokonskiej Debbie Schlussel dla Tysiącletniej Tradycji Europejskiej i wartości z nią związanych.
         W Polsce możemy znaleźć podobnych światopoglądowo publicystów. Ostatnio panna Marta Brzezińska, redakcyjna koleżanka znanego „judeochrześcijanina” Łukasza Adamskiego, określiła epitetem „łysi neonaziści” polskich narodowców pikietujących w obronie tradycyjnej rodziny. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby obie strony stały w sprawie spojrzenia na rodzinę po „przeciwnej stronie barykady”. Jednakże Marta również deklaruje się jako zwolenniczka obyczajowa konserwatystka. Ubolewa jednak, iż najaktywniejsze w tej walce nie są „rodziny z dziećmi”, ale Polscy Nacjonaliści. Widocznie ci tzw. „łysi neonaziści” są ostatnią ostoją Polski w walce o tradycyjną rodzinę, zaś „herosi z mitów Brzezińskiej” wolą spędzić czas tej batalii przed telewizorem. Marta w swoim ślepym zacietrzewieniu gotowa jest przychylać się ku swoim przeciwnikom, radując się iż mają poparcie „postępowych rodzin z dziećmi”. Obnaża w ten sposób kruchość i słabość konserwatywnego światopoglądu jej i całego środowiska „judeochrześcijan”. Jest to bowiem „konserwatyzm” obcy temu, jaki jest właściwy każdemu Europejskiemu Narodowi. Oderwany jest od Średniowiecznej Tradycji, i bliższy jest mu „neokonserwatyzm” reprezentowany przez wspomnianą Debbie Schlussel. Z resztą to nie przypadek, że przedstawiciele „Frondy” sympatyzują z „Republikanami”. Łączy ich jedna linia ideologiczna, która tak samo jak komunizm czy liberalizm, jest nie do pogodzenia z wielowiekową Średniowieczną Tradycją Chrześcijańską. Głównymi założeniami tej doktryny są: deklarowany konserwatyzm obyczajowy (choć nie zawsze i nie we wszystkim), misja demokratyzacji świata, walka z „terrorystami” (lub inaczej „wrogami demokracji”), pro-syjonizm, antykomunizm i budowanie swojej polityki na „etosie antytotalitarnym”. Jak widać „Fronda”, albo jak kto woli „Frondelek” (co mi się kojarzy z „serdelek”), kroczy po ścieżce sprzecznej z Tradycją Katolicką. Jej przedstawiciele (tacy jak Marta Brzezińska czy Łukasz Adamski) gloryfikują amerykański neokonserwatyzm, którego przedstawiciele coraz śmielej atakują dobre imię Polski, przypisując Naszej Ojczyźnie łatki przeznaczone dla „wrogów demokracji”. Opamiętaj się więc „Frondo”, i opamiętaj się Marto. Masz miłą buźkę, ale niestety „w główce nie halo”. Nie sympatyzuj z tymi, którzy wbijają tobie i mi „nóż w plecy”, i nie atakuj Narodowców, gdyż walczą w tej samej, słusznej dla Polski sprawie.
         Częstym tematem rozprawek związanych z Euro 2012 są licznie przybyli do Polski kibice z Rosji. Przyjechali wyłącznie w celu wspierania swojej drużyny. Rosjanie mają poważną szansę zajść bardzo wysoko, i miło by było zobaczyć ich reprezentację na podium zamiast „stałej ekipy” z Europy Zachodniej. Władze Rosji zapewniły kibicom szereg udogodnień na czas Euro 2012. Przykładem tego są specjalne samoloty transportujące kibiców, czy wynajęty obiekt pod ich zakwaterowanie. Trzeba więc brać z nich przykład, i w przyszłości zapewnić takie atrakcje również polskim kibicom, a nie piętnować ich za to, że „u nich jest dobrze, a u nas źle”. Rosjanie otwarcie deklarują, że przybyli w celach „czysto sportowych”. Nie ma co nakręcać antyrosyjskiej propagandy, gdyż działanie to jest sprzeczne z polskim interesem narodowym. Niech media przestaną napuszczać Polaków przeciwko Rosjanom, i zajmą się lepiej odkłamywaniem propagandy niedoszłej amerykańskiej „konserwatywnej pani polityk”. Rosjanom dajmy spokój, niech wspomną te Mistrzostwa Europy najlepiej ze wszystkich innych.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

wtorek, 22 maja 2012

Tuzin wojskowych błędów w filmie „Rok 1612”

Piotr Marek (Lublin)         14 maja 2012 roku miałem okazję oglądać słynny kontrowersyjny rosyjski film „Rok 1612”. Produkcja okrzyknięta była mianem „antypolskiej”, i „propagującej rosyjskie tradycje imperialne czasów carskich”. Obejrzałem uważnie „Rok 1612” po czym stwierdziłem, że przeciętne hollywoodzkie produkcje są dużo bardziej antypolskie, również i hołdują w znacznie większym stopniu „imperialnym tradycjom amerykańskim (neokonskim)”. Filmy Woody’ego Allen’a są pełne niesmacznych antypolskich dowcipów, i jakoś nikt na to nie zwraca uwagi, pomimo sporej popularności w naszym kraju produkcji tego żydowsko-amerykańskiego filmowca.
         Moje uwagi odnośnie tego filmu są jednak inne. Pomijam fakt, że jest on przesiąknięty elementami fantastyki, zaś wydarzenia są przedstawione w sposób „luźny historycznie”. Zbulwersowały mnie jednak liczne błędy wojskowe. Skoro ktoś podejmuje się filmu zawierającego elementy batalistyczne, to niech czyni to w konsultacji z wojskowymi ekspertami, albo da sobie spokój. Nie jestem (na razie?) zawodowym oficerem. Powód jest prosty. Nie zamierzam zarażać się na marne kilka tysięcy miesięcznie w obronie systemu (demokracji) który traktuje wojskowych jak śmieci. Gdyby w Polsce funkcjonowało coś w stylu rosyjskiego Spetsnazu, gdzie życie kamrata jest cenniejsze niż kogokolwiek innego, to wstąpiłbym bez zawahania. Póki co na to się nie zanosi. Wracając do tematu nie mam w pełni wojskowych kwalifikacji. Jednakże podstawową wiedzę teoretyczną na ten temat posiadam. Stąd razi mnie wyraźne militarne dyletanctwo filmowców. Tak oto przedstawiam 12 błędów wojskowych filmu „Rok 1612”, wraz z moimi uwagami na ten temat. Błędy nie są przedstawione chronologicznie.

Jaki błąd wojskowy występuje
Jak powinno być
Kusznik, w pełni ukryty w wodzie, trafiał ze 100% skutecznością do przeciwników.
Nie uwzględniono tutaj czynnika przejścia bełtu ze środowiska ciekłego do gazowego (co powoduje wypaczenie i osłabienie lotu bełtu) oraz dodatkowego wpływu nurtu rzeki (dodatkowo zmieniając tor lotu bełtu).
Ukrywający się w wodzie kusznicy byli dobrym pomysłem na zaskoczenie przeciwnika. Nie raz wykorzystywano skrytych pod wodą strzelców. Jednakże w momencie strzału wynurzali broń aby zachować 100% celność. Kusza strzelca w momencie ataku powinna być wynurzona.
Podczas oblężenia twierdzy zapalali się zbrojni.
Ogień nie był w stanie zapalić zbrojnego. Mógł go co najwyżej oparzyć, ale nie zapalić. Pióra husarskie mogłyby się zapalić, ale bez większej szkody dla kawalerzysty.
Ogień powinien robić poważne szkody i siać spustoszenie głównie wobec licznej lekkiej piechoty i jazdy (posiadającej jedynie skórzane pancerze i kapelusze). Zbrojni jedynie mogliby zaznawać oparzeń nieopancerzonych części ciała.
Podczas potyczki na moście zbrojni ginęli od łuków trafiani w opancerzone miejsca.
Przebicie pancerza stalowego, dodatkowo wspartego kolczugą i skórą, pewne jest jedynie przy użyciu metalowego bełtu i stalowej kuszy. Kompozytowe kusze używające drewnianego bełtu miewały problemy z penetracją grubszego pancerza skórzanego. O łukach już nie wspomnę.
Łucznicy powinni starannie celować w nieopancerzone stalą części ciała w przypadku ataku na zbrojnych. Swobodną walkę powinni prowadzić jedynie wobec lekkich jednostek. Jedynie arkebuzerzy, strzelcy z piszczałami i kusznicy (ze stalowymi kuszami) powinni swobodnie eliminować zbrojnych w wyniku trafienia w opancerzone części ciała.
Zbrojni podczas oblężenia nieśli drabiny.
Podczas oblężeń drabiny niesione były w dużych ilościach, aby jak najwięcej udało się ich przyprzeć do muru. Była to misja straceńcza, do której wykorzystywano lekkie i mobilne jednostki piesze, najczęściej niewolników.
Drabiny powinny być niesione przez lekkich, zwinnych i szybkich piechurów, głównie jeńców, lub (potencjalnych) niewolników. Zbrojni wcale nie powinni nieść drabin. Byli zbyt kosztowni na wytracenie, i za wolni na dojście do muru z niewielkimi stosunkowo stratami.
W momencie trafienia rozgrzaną kulą w prochownię wojsk polskich, niemieccy najemnicy siedzieli jak osłupiali zamiast podjąć spontaniczną reakcję.
W tym momencie albo Niemcy staraliby się wyskoczyć z prochowni (ratując siebie i ostrzegając kamratów), albo w akcie desperacji próbowaliby wyrzucić kulę.
Piechota po wtargnięciu na atakowane mury, zamiast umocnić drogę dojścia dla nowych rzutów szturmujących, wdawała się w bezsensowną szermierkę.
Podczas oblężenia piersi, którzy wdarli się na mury, osłaniali wejścia dla nowych fal atakujących. Tamci dopiero przedzierali się kolejno w głąb. Szturmujący wybieraliby cele możliwie jak najłatwiejsze do eliminacji i jak najbardziej znaczące taktycznie.
Piechota, która jako pierwsza wdarła się na zamkowe mury, powinna zabezpieczać drabiny aby kolejni kamraci mogli wedrzeć się w głąb linii oporu obrońców. Atakujący nie powinni wdawać się od razu w bezmyślną szermierkę, ale starać się zadać jak najdotkliwsze straty na murach. W tym celu staraliby się powybijać załogi katapult, które byłe łatwe w eliminacji, i zadawały ogromne straty atakującym (poza murami).
W wyniku silnej eksplozji prochowni armata została „rozerwana na kawałki”.
Rozsadzenie działa było możliwe jedynie w wyniku implozji połączonej z absolutnym zakorkowaniem wylotu lufy. To także nie „rozrywało działa na kawałki”, ale poważnie „poszarpało” jego lufę.
Eksplozja prochowni poniszczyłaby działa w inny sposób. Uległy by zniszczeniu układy jezdne i „drewniane podwozie” armaty. Armaty w wyniku eksplozji nie powinny w żaden sposób ulec „rozerwaniu na kawałki”, ale ucierpieć na sposób właściwy dla eksplozji.
Podczas oblężenia jako pierwsza do szarży ruszyła ciężka jazda (husaria) pomimo obecności lżejszych formacji konnych.
Kiedy wódz decyduje się na atak przy użyciu kawalerii, jako pierwszą do szarży zawsze wykorzystuje lekką jazdę. Jest tańsza i szybsza. Po niej dopiero rusza ciężka jazda.
Na pierwszy rzut do ataku ruszyliby lekkokonni (jak „lisowczycy”), dopiero po nich pancerni, a na końcu ciężka husaria.
Ciężka jazda (husaria) jako pierwsza forsowała bramę bez rekonesansu.
Nikt nigdy, nawet w największym stanie upojenia, nie rzuca bez przeprowadzenia zwiadu ciężkiej jazdy przez bramę wroga.
Najpierw zaatakowaliby bramę lekkokonni czyniąc rekonesans, a dopiero potem możliwy byłby atak przy użyciu ciężkiej i półciężkiej jazdy (husarii i pancernych).
Kula łańcuchowa, użyta przeciwko ciężkiej jeździe, została wystrzelona w górę w wyniku czego dokonała dekapitacji kilku konnych z rzędu, i była jeszcze w stanie zawalić strop bramy.
Kule łańcuchowe były wykorzystywane w marynarce do łamania masztów, zaś na lądzie do koszenia szeregów idących wąską kolumną (przecinając przeciwników). Przypadek drugi był jednak możliwy tylko wobec nieopancerzonych jednostek. W przypadku ataku na kawalerię kule łańcuchowe ścinały konie „po nogach”, po czym upadający konny stawał się celem halabardników i piechoty z berdyszami. Dekapitacja ciężkiej jazdy przy użyciu takiej kuli była niemożliwa przez szereg zabezpieczających blach ochronnych na ramionach zbroi (które wybijały linki i łańcuchy w górę). Jeśli nawet taka sztuka udałaby się wobec jednego jeźdźca, to na nim by się to skończyło. O rozbiciu stropu bramy po przecięciu (nawet jednego) konnego nie byłoby mowy.
Okoliczność ataku husarii w tym filmie na bramę sprzyjała ukazaniu strzału z użyciem kuli łańcuchowej w sposób rzeczywisty. Nie wiem jednak dlaczego twórca musiał „odlecieć z fantazją”? Kula łańcuchowa wystrzelona powinna być w nieopancerzone nogi koni husarskich, po czym skosiłaby kilkunastu pierwszych kawalerzystów na glebę. Ci staliby się łatwym łupem dla piechoty z berdyszami. Skoszona jazda zatarasowałaby przejście dla pozostałym, i szarża w sposób zgodny ze stosowanymi historycznie standardami zatrzymana byłaby jednym strzałem! Takie piękne ukazanie prawidłowego użycia jednej kuli łańcuchowej przeciwko szarży w wąskim pomieszczeniu zostało zaprzepaszczone na rzecz bezmyślnej „wariacji artystycznej”.
Pocisk artyleryjski z przeciętnego działa przerwał Rosjanina (czy tam Rosjankę) „na pół” uderzając w bok ciała.
Według symulacji na żelowych manekinach, emitujących właściwości ludzkiego ciała, uderzenie ciężkiej kuli w brzuch „od frontu” powoduje penetrację ciała na wylot. W przypadku strzału w bok pocisk dochodzi do połowy ciała. Jedynie w przypadku wielkich kolubryn kula radykalnie mogła rozerwać górę ciała trafionego. Użyte w filmie armaty były jednak zbyt małe, aby rozerwać człowieka. Bisekcja zwłok miałaby miejsce jedynie po upadku na kanciaste twarde podłoże (po uderzeniu bocznym ciężkiej kuli).
Pocisk artyleryjski powinien spenetrować ciało do połowy, a bisekcja wystąpić w momencie upadku na twarde kanciaste podłoże.
Rosjanie siali spustoszenie prowizoryczną armatą zrobioną ze skóry.
Taka armata miałaby bardzo niską donośność i mizerną siłę penetracyjną. Po załadowaniu większej ilości prochu, pękłoby. Realniejszym pomysłem byłyby atakujące „płonącymi głazami” katapulty.
Skórzane działo winno mieć mniejszą donośność i siłę uderzenia. Pocisk z niego nie byłby w stanie dokonać dekapitacji, uszkodzić stropu bramy, czy polecieć na daleki dystans, przebić ściankę prochowni, i wyrządzić szkód na tak wielką skalę jak w filmie.

          Jak wspomniałem, nie jestem zawodowym oficerem, i nie studiowałem (na razie) na żadnym wojskowym uniwersytecie. Uwagi i zastrzeżenia te są skierowane z punktu widzenia pasjonata, stąd mogą wystąpić pewne błędy dostrzegalne przez fachowców z dziedziny militarystyki. Jestem otwarty na uwagi, i chętnie wysłucham zastrzeżeń do moich 12 punktów. Proszę również każdego, żeby nie wykorzystywał zaprezentowanej tutaj tabeli do brudnych gierek filmowego półświatka. Niech tabela pozostanie jedynie moim komentarzem zawierającym uwagi na dostrzeżone przeze mnie błędy.

Z narodowym pozdrowieniem,
Piotr Marek

niedziela, 29 kwietnia 2012

O postępującej feminizacji kultury

        Nieraz to nasłuchałem się opinii znanych osób o tym, że dzisiaj kultura (rzekomo) jest robiona „wyłącznie pod mężczyzn”. To po prostu bzdura, gdyż ja, jako mężczyzna, wcale tak tego nie odczuwam. Wręcz przeciwnie, często współczesne wytwory obrażają mnie jako mężczyznę. Obecną „kulturę” odbieram raczej jako kreowaną pod wzorzec tzw. „wojującej kobiety”. Nie jest on skierowany do kobiet w sensie ogólnym, lecz do specyficznego modelu wywodzącego się z agresywnej odmiany feminizmu.
         Piotr Marek 15-09-2011Przejdę najpierw do przedstawienia konkluzji ze swoich obserwacji na temat obu płci. Analizując sposób myślenia mężczyzn i kobiet, oraz oglądając reakcje przedstawicieli obydwu płci na pewne zjawiska, można z czasem wywnioskować pewne ich gusta i upodobania. Takie obserwacje prowadzę mniej więcej od nauki w lubelskim „Gimnazjum nr 3”. Prowadziłem je także w II LO („Zamoyu”), i prowadzę je nadal. Kobiety na ogół okazywały się wrażliwsze na przemoc i krzywdę (nawet nieprzyjaciół), chociaż zdarzały się przypadki odwrotne. Tak samo w przypadku mężczyzn. Można było spotkać osoby o wrażliwości podobnej do typowo kobiecej. To mówię z doświadczeń własnych obserwacji prowadzonej przez kilka etapów mojego życia. Wnioski z moich obserwacji wypływają również takie: nie zaimponuje się kobiecie bezmyślną przemocą, nie zaimponuje się grubiaństwem, dominacją, żadną zaborczością. Zaimponuje się cierpliwością, umiejętnie wykorzystywaną siłą, kooperacją, wyrozumiałością oraz poszanowaniem woli. Co prawda mogą zdarzyć się wyjątki, ale są one naprawdę rzadkie, w swoim toku obserwacji zarejestrowałem ich nie więcej niż kilka.
         Kobiety nie imponuje wszechobecna przemoc. Nie czyni tego gdyż wyrażania ona, zadaniem feministek, rzekomą „dominację samców”. Czyni to dlatego, że ma w swojej psychice bardziej humanitarne podejście do świata. Stąd jak widać ruch humanitarian zdominowany jest przez członków płci żeńskiej. Mężczyzny również nie imponuje kobieta, która swe problemy chce rozwiązywać jedynie poprzez przemoc. Nie znaczy to jednak, że kobiety mają być całkowicie bezbronnymi istotami. Mężczyźni preferują kobiety potrafiące stawić czoło przeciwnościom losu. O tym zapomniała ideologia „damy i dżentelmena” powstała około XIX wieku,  która przerobiła kobietę w „bezradną niedojdę”. Ideologia ta jest zła, i nie ma nic wspólnego z tradycjami europejskimi, ale wyłącznie z kaprysami wąskich kręgów anglosaskich elit. W dużej mierze ludzie tworzący tą ideę byli na bakier zarówno z Prawem Krajowym, jak i Dekalogiem. Wymyślili więc sobie taką zasadę aby zagłuszyć swoje sumienie i poczucie uczciwości wobec innych.
         Osobowość kobiety cechuje na ogół większe współczucie i troska, która jednocześnie powinna być powiązana z całkowitą umiejętnością rozwiązywania przeciwności losu. Mężczyzna natomiast preferuje proste i szybkie rozwiązania, co niekiedy wiąże się z ucieczką w przemoc. Wszelkimi metodami dąży do rozwoju własnej osoby. Częściej niż kobieta dąży do zaszczytów i laurów zwycięstwa, co widać chociażby po większej ilości mężczyzn niż kobiet pragnących sukcesu politycznego. Istnieje również tzw. „męska duma”, którą mi jest ciężko zdefiniować. Jest ona niezrozumiała dla kobiet tak samo, jak dla mnie nie będą zrozumiałe ich „żeńskie sprawy”. Ważne jest więc, aby obydwie strony dobrze to zrozumiały, i starały się żyć w zgodzie z „wrodzonymi osobowościami”. Co prawda mogą być wyjątki co podkreślam raz jeszcze, ale w toku moich obserwacji było ich naprawdę mało.
         Niestety obecna ideologia, którą można zauważyć we współczesnej kulturze, wypacza wnioski jakie można wyciągnąć z takich prostych obserwacji. Opiera się o feministyczne kłamstwo na temat rzekomej „męskiej dominacji” i „dyskryminacji kobiet na przestrzeni wieków”. Propaganda ta opiera się o wybiórcze wyrywki z historii, w których to podkreśla się jedynie niedogodności kobiet z zamierzchłych czasów, przy jednoczesnym uwypuklaniu zalet bycia mężczyzną. Prawda była jednak inna. Mężczyźni mieli dawniej prawa i przywileje, ale nie za darmo. Powszechna służba wojskowa i większa odpowiedzialność wobec prawa nie dotyczyły kobiet, ale właśnie mężczyzn. Kobieta, szczególnie z wyższych sfer, w dawnych czasach mogła „pod kloszem” przeżyć całe swoje życie. Mężczyzna, bez względu na stan czy posiadanie, otoczony był przez szereg pułapek, które mogły mu odebrać życie. Dla przykładu podczas II Wojny Światowej niemieckie panienki pałętały się po wioskach i gziły się z amerykańskimi żołdakami, podczas gdy kilkuletni niemieccy chłopcy pod srogimi restrykcjami byli wciągani do walki. A gdy przyszłoby do korzystania z dobrodziejstw zwycięstwa owe panienki głośno domagałyby się profitów (za darmo). Podczas egzekucji często puszczano kobiety wolno (często pomimo współwiny), a skazywano na śmierć niewinne dzieci płci męskiej. Dziecko nie ma takiej świadomości i odpowiedzialności jak dorosły. Kobieta jest tak samo świadoma popełnianych czynów jak mężczyzna! Z jakiej to więc racji życie mężczyzny ma być gorzej cenione od życia kobiety? Czy to nie była historyczna dyskryminacja mężczyzn? Była! Ciekawe co na to feministki?
         Jak wykazałem, obraz świata widziany oczami feministek, jest znacznie odmienny od rzeczywistości. Aktywistki tego ruchu są ślepe na wspomniane pułapki życia, na które przede wszystkim narażeni są mężczyźni. Proponowane przez nie równouprawnienie nie jest tym, za co się podaje. Dąży jedynie do „nadania przywilejów męskich kobietom”. Chce więc uczynić z mężczyzny „gorszą płeć”, ponieważ nie chce usunąć pułapek życia na jakie są narażeni przedstawiciele płci męskiej. Gdyby feministki walczyły z przejawami dyskryminacji po obu stronach, wtedy naprawdę można byłoby je nazwać „bojowniczkami o równouprawnienie”. Póki co na razie „walczą o dominację”, zdobycie „męskich przywilejów” bez ryzyka na jakie narażeni są przedstawiciele płci męskiej.
         Teraz przejdę do głównego tematu jaki chciałem tu poruszyć. Otóż współczesna „kultura” drastycznie dyskryminuje płeć męską. Nie jest prawdą, że dawniej, choćby kinematografii, promowano jeno męski szowinizm. Dawne filmy nie były „szowinistyczne”, ale „męsko-centryczne”, czyli zamknięte wokół spraw dotyczących wyłącznie mężczyzn. O męskim szowinizmie można byłoby mówić, gdyby lansowano dominację płci męskiej nad żeńską. Jednak tak nie było. Kobiety występowały po prostu w tle, jako zwykli ludzie jakich można było spotkać na co dzień. Współcześnie „bohater żeński” zajął równe miejsce „męskiemu”, ale jedynie na tych obszarach, które są jakby to ująć „korzystne”. Wyłonił się z dużym impetem wzorzec „silnej kobiety”, ale nie pojawił się przy tym wzorzec „pokonanej kobiety”, pomimo obowiązującego powszechnie modelu „pokonanego mężczyzny”. W ten sposób wytworzył się w kulturze trend dyskryminujący męską płeć. Stawia on dużo częściej mężczyznę w roli „pokonanej ofiary”, przy jednakowym dla obydwu płci zachowaniu wzorca „silniejszego zwycięscy”.
         Kiedyś spotkałem się w sieci z opinią, według której „pokazanie kobiety choćby z maleńkim pistolecikiem” jest „postrzegane jako feminizm”, przy jednoczesnej „akceptacji mężczyzny wymachującego wokół AK-47”. Takie podejście było oceniane oczywiście krytycznie. Nie było by w tym proteście nic gorszącego, gdyby na celowniku obydwu tych broni byli odpowiedni przedstawiciele różnych płci. Tymczasem owa tendencja w światowej kulturze, szczególnie kinematografii, kreuje dla obydwu płci jedynie silne wzorce zwycięzców, zaś „role ofiar” zarezerwowane są wyłącznie dla mężczyzn. Mamy więc tu kolejny przykład dyskryminacji płci męskiej w kulturze. Nie tylko w powieściach i filmach sensacyjnych występuje dyskryminacją męskiej płci. Dużo bardziej sprawa zaszła w kinie grozy, katastroficznym czy fantastycznym, gdzie ginie 90% bohaterów męskiej płci, i tylko jedna, dwie kobiety (i to często w mniej podły sposób). W ogólnym zarysie przedstawia płeć męską mniej zaradną, która „może przetrwać, ale raczej zginąć”. Kobieta natomiast przedstawiana jest jako „ta, co poradzi sobie lepiej”. W ten sposób dzisiejsza „kultura” niszczy „wzorzec męskości”. Nie może być więc skierowana pod mężczyzn, ale przeciwko nim.
         Kiedyś pewna feministka napisała mi, iż „twarde laski podobają się facetom”. Być może jest w tym ziarno prawdy, jednakże lansowanie tylko „twardych lasek” obok „miękkich i twardych facetów” wcale nikomu się nie podoba. Wręcz przeciwnie, drażni, a niestety w kulturze coraz częściej skazani jesteśmy tylko na tego typu modele! Dawna kultura pokazywała reakcje realne, bazujące na zasadzie obserwacji zachować. Dziś natomiast kreuje się „histeryzujących facetów”, robi z mężczyzn mięczaków. Spotkać nawet można silnych, dorosłych mężczyzn „rzygających na zapach i widok flaków”, pomimo tego, że dziewczynka która też miała z nimi taką samą styczność w ogóle nie miała mdłości. To kolejny dowód na to, że kultura coraz bardziej podlega postępującej feminizacji. Nie jest to robione to ani pod mężczyzn (którzy lubią wybierać wzorce z którymi mogą się utożsamiać), ani pod kobiety (które na ogół nie lubią przemocy). Jest to kreowane wyłącznie pod ideologów wojującego feminizmu, którym zależy na wykreowaniu obrazu mężczyzny jako zbędnego, który w zasadzie powinien ulec likwidacji. Określić to mogę mianem zabiegu systematycznego niszczenia wzorca męskości. Jak wiadomo największy wpływ na kulturę ma dziś Hollywood, a on zdominowany jest przez środowiska przyklaskujące ruchom feministycznym. Tak oto kultura z męsko-centrycznej przemieniła się w feministyczną…
         Film „Seksmisja” Juliusza Machulskiego był po nikąd proroczy. Na pewnym forum ogólnopolskim spotkałem opinię agresywnej feministki o tym, że mężczyźni nie są już do niczego potrzebni. Kobiety, zdaniem jej, „same mogą się rozmnażać” przy użyciu próbówek, zaś płeć męska powinna wprost być wyeliminowana. Ten dekadencki pogląd zagraża naturalnemu porządkowi w świecie, w którym jest miejsce dla obydwu płci. Wspomniany film miał być aluzją wobec patologii państw totalitarnych. W pewnym sensie dzisiaj można dosłownie odbierać jego przekaz, jako ostrzeżenie przed tym, co planuje totalitarny (w swoich praktykach) wojujący feminizm.
         W dawnej kinematografii, jak chociażby w filmach z Clintem Eastwoodem, kreowano wzorzec „silnego męskiego charakteru”, który współcześnie niestety systematycznie wymiera. W tamtych dziełach kina ten typ był przeciwstawiany „złemu męskiemu wzorcowi”. Po stronie protagonisty znajdowali się zarówno męscy jak i żeńscy sojusznicy, zaś „czarne charaktery” i „ofiary” były obydwu płci. Dziś „silny męski wzorzec” systematycznie zanika na rzecz „silnego kobiecego”, zaś „zły męski charakter” nadal pozostaje jedynym „negatywnym modelem”. To wyraźnie wskazuje na postępującą feminizację kultury. Równouprawnienie w kulturze to fikcja, gdyż modele kobiece są zdecydowanie częściej „atrakcyjniejsze”. W serialach także widoczna jest tendencja feministyczna. Kobiece charaktery, nawet słabsze na początku, ewoluują do roli „silnych”. Męskie nie zawsze, bowiem „twardzielami” są tylko ci, co byli nimi od początku. Podobnie jest z podejściem do godności obu płci w kulturze masowej. Przeważnie męskie życie traktowane jest z góry jako „gorsze”. Śmierć kobiety celebrowana z niebywale większą czcią niż mężczyzny, czy nawet dziecka! Taki obrót sprawy nie jest żadnym „równouprawnieniem”, ale podeptaniem męskiej godności. W kinematografii, telewizji i literaturze fabularnej bez skrępowania promowana jest przemoc kobiet wobec obydwu płci. Gdyby to samo zastosować do mężczyzn, od razu wszędzie trąbiono by o „propagowaniu przemocy wobec kobiet”! Gdzie jest więc to „równouprawnienie”? Nigdzie!  
         Ze szczerą łzą w oku wspominam filmy Alfreda Hitchcocka, bądź te z udziałem Clinta Eastwooda. Biją one na łeb tę współczesną tandetę, naszprycowaną feministyczną propagandą okraszoną rzekomo atrakcyjnymi „efektami specjalnymi”.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 26 lutego 2012

ACTA, piraci, paserzy

         Jak niektórzy się orientują jestem przeciwny ACTA i wszelkim nadmiernie rozbudowanym inicjatywom chroniącym „prawa autorskie”. Moje stanowisko wynika z faktu, że współcześni twórcy często swoje „opatentowane dzieła” opierają o dorobki twórców nieżyjących już kilkaset lat. Często na filmach słyszymy muzykę „klasyków wiedeńskich”, przewija nam się w tle popularny obraz, albo znany literacki cytat. Z jakiej więc racji mają być przyznane patenty filmom czy utworom korzystającym de facto z cudzego dorobku, bez żadnego wynagrodzenia. Dlaczego nie ma prawnej ustawy, aby wytwórnia filmowa czy muzyczna, korzystająca z twórczości dajmy na to Wolfganga A. Mozarta, miała obowiązek przelania części swoich dochodów na muzea czy inne placówki upamiętniające twórczość i życie tego wybitnego artysty? Skoro „złamaniem praw autorskich” ma być zdjęcie na którym widnieje logo znanego koncernu, to dlaczego takie samo prawo ma nie obowiązywać samych twórców? Prawda jest jednak taka, że jedno jest tak samo absurdalne jak drugie. Kompozytor już nie żyje (prawa majątkowe i inne już nie obowiązują), zaś zdjęcie ujmuje część krajobrazu którego żaden koncern nie wykreował. Po prostu „ustawa o prawach autorskich” jest na tyle głupia, że być jej nie powinno. Zabezpiecza interesy twórców którzy sami często niewiele wnoszą swojego to raz, dwa nie sprzyja samej sztuce, gdyż w swoim zapisie chroni zarówno dzieła jak i tandetę. Jej konsekwencje widać gołym okiem. Dla mnie zachodzi ogólnie degrengolada kultury muzycznej, graficznej i filmowej. Nie uogólniam. Są dziś i dzieła wybitne, ale są niestety przykryte masą „sprzedającej się tandety”.
         Zanim przejdę do dalszej części zagadnienia, muszę zwrócić uwagę na to, że coraz częściej w mediach terminem „pirata” określa się „paserów”. Pirat to osoba zajmująca się dystrybucją produktów pozyskanych nielegalnie. Nabywca tychże jest paserem. Tymczasem medialna nagonka „wrzuciła wszystkich do jednego worka”. Niedługo dojdzie może do tego, że za pobicie będą takie same kary jak za morderstwo. A to prosty krok to zwiększenia liczby zabójstw. Pirat to pirat, a paser to paser, i niech media „nie odwracają kota ogonem”. Kary mają być stosowne, a nie jednakowe.
         Darmowe kopiowanie produktów (jeśli miałoby być karane) winno się wiązać z przymusowym zakupem produktu. Jednakże za drugiej strony powinno istnieć prawo do reklamacji. Nie raz zakupię film którzy mnie po prostu wkurzy, i na dodatek taka szmira przynosi milionowe korzyści jej twórcom! W ten sposób sztuka schodzi na psy. Tak czy siak wszyscy będą kupować, a twórcy będą nas katowali coraz większą lipą. Ustawy prawne będą chronić interesy twórców coraz mocniej, a ci będą robić coraz większą lipę i nikt z tym nic nie zrobi. Jeżeli ustawodawcy i prawnicy chcą chronić szmirę, to niech nie biadolą że pewnego dnia obudzą się w świecie w którym wszystkim wszystkie ekrany i monitory nagle eksplodują w tej samej chwili tuż po ich załączeniu. Ja nie żartuję, współczesne prawo sprzyja robieniu coraz większej tandety. Krytycy powinni moim zdaniem przydzielać jakieś gwiazdki produktom kulturalnym, i na ich podstawie oceniać się powinno stopień ochrony danego wytworu. Im ma mniej gwiazdek, tym mniej ma praw ochronnych. Wtedy byłoby lepiej.
         Inną skuteczną metodą walki z piractwem i paserstwem jest ustalanie przyjaźniejszych cen produktów. Wspominał o tym Wojciech Cejrowski posługując się przykładem Steve’a Jobs’a, który rozpoczął sprzedaż utworów muzycznych za 99 centów. Wtedy piractwo stało się nieopłacalne. Ludziom zarobki nie wzrastają, a ceny rosną, a to jest główną przyczyną rozwoju piractwa i paserstwa. Nikt jakoś się nie przejmuje prawami pracowników, którzy całe życie się uczyli tylko po to, aby pracować za mniej niż 1000 PLN miesięcznie. Jednak podnosi się larum gdy coś uszczupla już i tak pełne kieszenie wyrobników kulturalnej tandety. Jeżeli pensje w kraju wzrosną, piractwo będzie stopniowo zanikać. Najlepiej jednak byłoby wycenić produkty w cenie przysłowiowej złotówki, a wtedy zjawiska piractwa nie będzie. Propozycję takiego rozwiązania sprawy wysuną nie kto inny jak twórca i producent programów telewizyjnych, a więc osoba bardzo zainteresowana tematem ochrony praw autorskich.

         Moja propozycja na rozwiązanie tej kwestii jest taka:
1.     Krytycy i konsumenci przyznają danemu produktowi kulturalnego gwiazdki. Na ich podstawie określamy stopień ochrony produktu. To zwiększy bezpieczeństwo dla produktów dobrej jakości kosztem tandety.
2.     Jeśli ma być kara za paserstwo, to jedyna możliwość jej realizacji to zakup produktów pozyskanych nielegalnie (po wcześniejszym zniszczeniu kopii nielegalnej). Kara nie powinna mieć wymiaru sądowego.
3.     Jeżeli produkt się nie spodoba, konsument ma mieć prawo do zwrotu kosztów zakupu. To oduczy muzyków, producentów, reżyserów i innych robienia tandety, gdyż na nich też powinna być kara, i to w takiej właśnie postaci.

Gwarantuję, że taki przepis rozwiąże ten problem dużo skuteczniej niż wszelkiej maści ACTA inne tego typu bzdury.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

niedziela, 29 stycznia 2012

Operacja „Lew Morski” – Wojna o Wielką Brytanię 1940

Geneza niemieckiej agresji na Wielką Brytanię
         Po pokonaniu Francji w 1940 roku, kolejnym krokiem Niemiec do pozyskania dominacji w Europie, było zajęcie Wielkiej Brytanii. Zjednoczone Królestwo było znaczącym niemieckim oponentem podczas I Wojny Światowej. Jego pokonanie, podobnie jak w przypadku Francji, miało dla Niemców znaczenie symboliczne – odwet za klęskę i upokorzenie po I Wojnie Światowej. Wielka Brytania była także potężnym mocarstwem kolonialnym. Imperium Brytyjskie władało posiadłościami niemal na całym świecie. Jego potencjalny upadek pozwoliłby „Państwom Osi” zająć posiadane przezeń terytoria. To utorowałby temu blokowi drogę do dominacji w skali światowej. Ziemie, surowce, ludzie oraz produkty przynoszące korzyści Imperium Brytyjskiemu, byłyby wtedy w posiadaniu Niemiec, Włoch i Japonii. Swoją drogą Imperium Brytyjskie słynęło także z podobnej okrutności co ZSRR i III Rzesza. Obozy koncentracyjne (dla ludności tubylczej) istniały tam na wiele lat przed pierwszymi podobnymi placówkami wybudowanymi przez komunistów i nazistów.
Sytuacja w przededniu wojny
         Pomimo uznania przez Niemców Wielkiej Brytanii za wroga, Adolf  Hitler do końca próbował przeciągnąć ją na swoją stronę. Obiecywał Brytyjczykom wolną rękę na morzach w zamian za brak ich interwencji w sprawy kontynentu europejskiego. Częściowo kalkulacje takie mogły być dobrym posunięciem. W ten sposób dominująca flota morska świata nie przeszkadzałaby III Rzeszy w prowadzeniu działań wojennych. Jednak Wielka Brytania odrzuciła ofertę führera. Wiązało się to w pewnej części z powiązaniami ideologicznymi Wielkiej Brytanii z pozostałymi krajami nieprzyjaznymi Niemcom. Ponadto dominacja Niemiec w świecie stwarzała zagrożenie dla interesów istniejących imperiów kolonialnych. Imperium Brytyjskie miało wiele poważnych atutów przemawiających na ich korzyść w starciu z Niemcami. Czołowa flota świata, ogromne zasoby surowców, pokaźny potencjał ludzki oraz lepsze samoloty dawały Brytyjczykom możliwość swobodnej konkurencji z III Rzeszą. Ponadto dawało im przewagę rozpracowanie przez polskich kryptologów mechanizmu działania niemieckiej maszyny szyfrującej „Enigma”. Dzięki temu rozkazy Głównodowodzącego Luftwaffe Reichsmarschalla* Hermanna Göringa nadawane za jej pośrednictwem były rozszyfrowywane i przekazywane naczelnemu dowództwu Armii Brytyjskiej. Niemcy z kolei mogli liczyć na większy stosunek sił w powietrzu wynoszący 10:37 na ich korzyść (dokładnie 2800 niemieckich samolotów w stosunku do brytyjskich 756). Niemieckie maszyny były jednak słabsze technologicznie od brytyjskich. Bombowiec nurkujący Junkers Ju-87 nie stawiał czoła wymaganiom pola walki, zaś Messerschmitt Bf-109 ustępował brytyjskim myśliwcom typu Spitfire czy Hurricane. Potężny niemiecki dwusilnikowy myśliwiec Messerschmitt Bf-110 okazał się za mało zwrotny. Wiara w jego możliwości pośród niemieckich elit okazała się daremna.
Początek Wojny
         Niemiecka inwazja na Wielką Brytanię przybrała nazwę „Bitwy o Anglię”. Jednak skala działań wojennych i sposób prowadzenia tej „bitwy” był charakterystyczny dla typowej kampanii. Jej główną areną walk stało się powietrze, a na drugim miejscu morze (podczas tej „kampanii” rzadziej angażowane były siły lądowe, i to głównie po stronie alianckiej). Inwazja na Wielką Brytanię zyskała kryptonim „Lew Morski”. Zakładała zneutralizowanie brytyjskiego panowania na morzu i w powietrzu na własnym obszarze. Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem całej operacji Adolf Hitler zlecił wstępne ataki na brytyjskie patrole i konwoje. Było to dla Niemiec fatalne posunięcie. Hermann Göring nie miał wtedy jeszcze żadnych konkretnych planów prowadzenia wojny. Działania zaczepne przygotowano już 4 lipca 1940 roku, na ponad miesiąc przed oficjalnym rozpoczęciem „kampanii”. Atakowano linie kolejowe i patrole brytyjskie. Pod koniec tych przedwczesnych i niezaplanowanych akcji Niemcy stracili 93 samoloty, a Brytyjczycy tylko 48.
Przebieg wojny
         „Bitwa o Anglię” rozpoczęła się oficjalnie 13 sierpnia 1940 roku. 1500 niemieckich bombowców rozpoczęło bombardowanie kluczowych strategicznie obiektów brytyjskich: lotnisk, zakładów zbrojeniowych i punktów obrony przeciwlotniczej. Atakowano nieustannie główne miasta brytyjskie takie jak Londyn, Liverpool czy Birmingham w celu zastraszenia i złamania całego społeczeństwa. Ataki bombowe w pierwszej fazie tej de facto kampanii, były całkowicie pozbawione eskorty myśliwskiej, stąd ponosiły ogromne straty. 11 września Niemcom udało się zbombardować Pałac Buckingham, jednak według oficjalnego brytyjskiego raportu nie ucierpiał nikt z rodziny królewskiej. Opór brytyjskiej obrony przeciwlotniczej wzmacniał się z każdym dniem. W działaniach obronnych żołnierzy wspierali cywile, zarówno mężczyźni jak i kobiety. Znaczna ilość strąceń niemieckich maszyn sprawiła, że 17 września odwołano operację „Lew Morski”. Naloty bombowe, w celu ciągłego nękania Brytyjczyków, trwały jednak nadal. Wyraźnymi błędami w dowodzeniu wyróżnił się Adolf Hitler, będący głównym twórcą niemieckiej klęski w „Bitwie o Anglię”. Niemieckie ataki na określone brytyjskie punkty strategiczne (głównie lotniska), pomimo wstępnych strat, wznowione przyczyniłyby się do ich zajęcia. Tymczasem Hitler nieustannie decydował się na atakowanie coraz to nowych, i nie nadszarpniętych punktów obrony. W ten sposób zamiast zająć Brytyjczykom jakąkolwiek część ich obszaru, nieustannie wyniszczał coraz bardziej już nadszarpnięte siły Luftwaffe. Była to seria „niewytłumaczalnych” decyzji Hitlera, podobnych do bezsensownego wstrzymania ataku na Dunkierkę podczas Kampanii Francuskiej. To kolejny powód do przypuszczeń, iż Adolf Hitler mógł być angielskim agentem. W trakcie samej powietrznej obrony Wielkiej Brytanii sławą okryli się Polscy piloci, walczący początkowo w eskadrach brytyjskich. Dzięki sukcesom zdecydowano się na utworzenie samodzielnych polskich dywizjonów, z których największą sławę zyskał Dywizjon Myśliwski 303, który pozbawił Luftwaffe ponad 200 maszyn. Poza Polakami sukcesy w obronie Wielkiej Brytanii odnosili piloci z Czech, a także z Kanady. W trakcie walk część pilotów wyróżniała się szczególną skutecznością w eliminowaniu  wrogich samolotów. Zyskiwali dzięki temu przydomek „Asów Myśliwskich” (podczas I Wojny Światowej takim „Asem” był Głównodowodzący Luftwaffe Hermann Göring). Niemieckimi „Asami” byli między innymi Adolf Galland i Werner Mölders, natomiast po stronie polskiej wyróżniali się Stanisław Skalski, Jan Zumbach, Mieczysław Popek czy Zdzisław Krasnodębski (założyciel i pierwszy dowódca Dywizjonu 303).
Koniec wojny
         Coraz skuteczniejsza brytyjska obrona przeciwlotnicza odpierała niemieckie natarcia z powietrza. To zmusiło III Rzeszę do całkowitego zaniechania planów zajęcia Wielkiej Brytanii. Jednak ataki bombowe, oraz w dalszej fazie wojny rakietowe, na Wielką Brytanię trwały nadal. Niemcy próbowali również ataków na brytyjskie połączenia morskie. Działania te miały doprowadzić do „blokady Wielkiej Brytanii”, która miała na celu podciąć podstawy egzystencji Brytyjczyków. Konwoje z dostawami broni, surowców, żywności, oraz produktów pochodzących z kolonii, były nieustannie niszczone. W odpowiedzi na to Brytyjczycy organizowali eskorty. Polem tej walki było już nie tylko powietrze, ale także i morze. Działania takie trwały niemalże do końca niemieckiej dominacji w Europie Zachodniej. W ten sposób „Bitwę o Anglię” przeobraziła się w „Bitwę o Atlantyk”. Oficjalny koniec samej „Biwy o Anglię” był 31 października 1940 roku. Niemieckie lotnictwo straciło według różnych źródeł 40-52% swoich sił. Straty Luftwaffe w stosunku do RAF wyniosły 3:1, zaś w stosunku do Polskich Dywizjonów 302 i 303 wyniosły 9:1. Według posiadanych przeze mnie źródeł Niemcy stracili ponad 2000 ludzi, z czego 1000 to piloci. Brytyjczycy stracili pond 540 ludzi, zaś straty polskie wyniosły 29 pilotów. Była to militarna porażka Niemiec, której autorem w dużej mierze był Adolf Hitler. Na duże straty niemieckie przyczynili się nie tylko alianccy piloci, ale także brytyjska obrona przeciwlotnicza wsparta nowowprowadzonymi urządzeniami radarowymi.
Kalendarium działań w trakcie walk o Wielką Brytanię
  • 4 lipca 1940. Zaplanowanie wstępnych działań wojennych przeciw Wielkiej Brytanii.
  • 10 lipca 1940. Pierwsze datowane ataki Niemców na konwoje oraz partole brytyjskie. Pod koniec wstępnych działań Niemcy tracą 93 maszyny, a Brytyjczycy 48.
  • 13 lipca 1940. Wydanie dyrektywy o wojnie powietrznej lecz Hermann Göring nie ma w tym czasie żadnych konkretnych planów działania.
  • 13 sierpnia 1940. Oficjalny początek „Bitwy o Anglię”. Ataki na konwoje i miasta z fabrykami. Eskadra niemiecka znad Norwegii ponosi ogromne straty z powodu braku eskorty myśliwskiej.
  • 18 sierpnia 1940. Ataki niemieckie na lotniska brytyjskie. Zniszczono lotnisko Kenley oraz uszkodzono lotnisko Biggin Hill. Straty Luftwaffe wyniosły 71 maszyn, zaś RAF 27.
  • 25 sierpnia 1940. Ataki na Warmwell.
  • 28 sierpnia 1940. Ostre ataki na Liverpool.
  • 31 sierpnia 1940. Ataki na lotniska: Biggin Hill, Debden oraz Hornchurch. Straty Luftwaffe to 41 maszyn, a RAF 39. Ponadto RAF stracił kilka jednostek na ziemi.
  • 4-9 września 1940. Nalot na zakład bombowców w Weybridge i Brooklands. Bombardowane są miasta: Liverpool, Bristol, Londyn. Straty RAF to 120 maszyn, a Luftwaffe 148.
  • 7 września 1940. Pierwsze Brytyjskie użycie radarów. Rozkaz Adolfa Hitlera i Hermanna Göringa o bombardowaniu Londynu. Przechwytywanie pozycji samolotów przez radary zmusza Luftwaffe do ślepego bombardowania punktów docelowych.
  • 11 września 1940. Niemcy zbombardowali Pałac Buckingham oraz zakłady produkcji myśliwców Spitfire w Southampton. Straty Luftwaffe to 29 maszyn, a RAF 21.
  • 15 września 1940. Zacięte walki nad Londynem. Brytyjczykom dokuczać zaczyna brak pilotów. Straty Luftwaffe wyniosły tego dnia aż 60 maszyn, zaś RAF tylko 27.
  • 17 września 1940. Ataki RAF. Odwołanie operacji „Lew Morski”.
  • 18 września 1940. Ataki na Londyn. Straty Luftwaffe to 19 maszyn, zaś RAF 12.
  • 19 września 1940. Ataki RAF na flotę i stacje niemieckie.
  • 25-30 września 1940. Naloty na fabryki w Bristol, Southampton, Yeowil. Straty RAF to 83 maszyny, a Luftwaffe 143. Rozpoczyna się okres walk myśliwskich. W październiku naloty to codzienność.
  • 31 października 1940. Oficjalny koniec „Bitwy o Anglię”. Powstrzymanie niemieckiej inwazji na Wielką Brytanię.

*Tytuł Reichsmarschall (pol. Marszałek Rzeszy) był nadawany jako najwyższy stopień wojskowy w armii Świętego Cesarstwa Rzymskiego, dla najwybitniejszego ze strategów, przewyższającego swoimi umiejętnościami zarządzania i dowodzenia wojskiem innych Feldmarszałków (pol. Marszałków Polnych). Władze III Rzeszy, lubujące się w bezpodstawnym nadawaniu swoim liderom tytułów zarezerwowanych dla Rycerzy i Paladynów, nieomieszkały w awansowaniu na niego bez pokrycia najwyższego w hierarchii partyjnej NSDAP marszałka. Hermann Göring był przeciętnym dowódcą, i jego awans był symbolicznym uznaniem jego osoby przez pryzmat dokonań dla partii, a nie wyrazem nadzwyczajnego talentu dowódczego.

Na podstawie Kronik II Wojny Światowej, książek i opracowań całość przygotował: Piotr Marek