Piotr Marek Blog

Archiwalny blog Piotra Marka zawierający wpisy sprzed kilku po powrocie do działalności.

Wyszukiwarka

wtorek, 2 lutego 2016

Upadek autokracji przyczyną kryzysu imigracyjnego

Zachodni politycy wzajemnie oskarżają się o spowodowanie kryzysu imigracyjnego w Unii Europejskiej. Swoistym „kozłem ofiarnym” jest tutaj kanclerz FRN Angela Merkel, którą obwinia się o ten stan rzeczy. Faktem jest, że zapraszanie przez nią do Europy ludności z terenów ogarniętych konfliktami dało wiatr w żagle zmasowanemu napływowi imigrantów z tamtej części świata. Niemniej jednak brak takiego zaproszenia, ze strony kanclerz RFN, wcale nie powstrzymałby potencjalnej fali imigracji, gdyż nie to było jej przyczyną. Napływ ludności bliskowschodniej do Europy spowodowany jest konfliktem wywołanym przez rewolucyjnych islamistów, którego korzenie sięgają z kolei wojen na Bliskim Wschodzie wywołanych przez amerykańskich neokonserwatystów oraz syjonistów.
Zwolennicy agresywnego kalifatu nie utworzyliby swojego państwa gdyby nie neokonserwatywna polityka demokratyzacji państw Bliskiego Wschodu, realizowaną na drodze niszczenia lokalnych reżimów autorytarnych. Przyczyną kryzysu imigracyjnego jest więc upadek autokracji, które były naturalnymi czynnikami powstrzymującym swawolę polityczną radykalnych środowisk rewolucyjnych. W chwili obecnej przetrwał tylko jeden autorytarny reżim syryjski, który funkcjonuje dzięki wsparciu ze strony Federacji Rosyjskiej.
Ameryka z kolei nie byłaby tak bezczelna ze swoją destrukcyjną polityką demokratyzacyjną, gdyby nie upadek Reakcyjnych Monarchii Romanowów, Habsburgów i Hohenzollernów. Wybuch I Wojny Światowej był jedną z największych tragedii w dziejach cywilizacji chrześcijańskiej, bowiem pogrzebał ostatnie reakcyjne systemy w tradycyjnym ich rozumowaniu. Przez postanowienia „Traktatu Wersalskiego” oraz powstanie Ligi Narodów Stany Zjednoczone Ameryki wtargnęły na europejską scenę polityczną propagując tutaj ideały swojej rewolucji. Dwudziestolecie międzywojenne wyłoniło kilka nowych systemów nawiązujących światopoglądowo do państw „Starego Porządku Świata”, niemniej jednak ich organizacja nie była do końca zgodna z tym, co istniało na Starym Kontynencie od czasów wczesnego Średniowiecza.
Jakobińscy „patrioci” zapewne  oburzą się w tym momencie, że ośmielam się „krytykować moment odrodzenia się polskiej państwowości”. Niepodległościowcy nie zauważają jednak, że nowo powstałe państwo nie zostało utworzone w oparciu o tradycyjne dla narodów europejskich wzorce, lecz powstało w oparciu o dekadenckie zasady rewolucji amerykańskiej. Rok 1918 był jedynie „materialnym powrotem Polski na mapy świata”, jednak twór ten miał mało wspólnego z państwem upadłym w 1795 roku. Powstałe po I Wojnie Światowej Państwo Polskie na skutek „zamachu majowego” w 1926 roku przekształciło się z republiki w dyktaturę sanacyjnych dyletantów. Nieudolne rządy sanacji doprowadziły do klęski podczas „Kampanii Wrześniowej”. Historia pokazała, że wybór demokracji okazał się tragiczny w skutkach, i koncepcja II Królestwa Polskiego z wielu przyczyn na pewno nie zakończyłaby się tragedią września 1939 roku.
Wydarzenia z roku 1918 dały podwaliny do obecnego europejskiego kryzysu imigracyjnego. Upadek monarchii autorytarnych spowodował powstanie republik, których politycy, kierujący się ideologią politycznej poprawności oraz multikulturalizmu, wspierają agresje zbrojne przeciwko państwom autorytarnym oraz wprowadzają do lokalnych społeczności elementy wrogie nam kulturowo. Sama demokratyzacja Europy doprowadziła do wybuchu II Wojny Światowej przez to, że umożliwiła na przejęcie władzy w wielu państwach różnorodnym środowiskom dążącym do globalnego konfliktu. Obecna demokratyzacja Bliskiego Wschodu ewidentnie prowadzi świat ku nowej wojnie, która może okazać się jeszcze tragiczniejsza niż konflikt z lat 1939-1945.
Gdyby nie rewolucja w Rosji w 1917, oraz klęska Państw Centralnych w 1918, demokracja nie rozprzestrzeniłaby się w równie wielkim stopniu co teraz, zaś „globalna rewolucja amerykańska” nie zaraziłaby tak wielu narodów jak obecnie. Z polskiego punktu widzenia potencjalny sukces Cesarzy byłby dla nas korzystniejszy. Europa Trójprzymierza przewidywała powrót Polski na mapę Europy jako Królestwa o znacznie większym obszarze niż maleńka republika jaką, z wielką niechęcią, oferowali nam demokraci z zachodnich republik.
Obecny kryzys imigracyjny swoje korzenie bierze w neokonserwatywnej polityce amerykańskiej rodziny Bushów, której ambicją było zniszczenie Iraku Saddama Husajna. Swój cel Bushowie realizowali podczas prezydentur dwóch przedstawicieli ich klanu. Irak był stabilnym bliskowschodnim autorytarnym państwem gwarantującym chrześcijanom swobodę egzystencji. Zniszczenie tego autorytarnego systemu w 2003 roku dało możliwość na przecięcie tam władzy przez zwolenników rewolucyjnego kalifatu wrogiego egzystencji chrześcijan. Drugim czynnikiem wpływającym na obecny kryzys imigracyjny było zniszczenie przez USA innego stabilnego systemu autorytarnego w Libii Muammara Kaddafiego w 2011 roku. Państwo to, podobnie do Iraku Saddama Husajna, było stabilne i zapewniające chrześcijanom swobodę egzystencji. W tym państwie także przez demokratyzację doszli do władzy ekstremistyczni islamiści.
Zniszczenie autorytarnych państw w Iraku i Libii otworzyło „polityczną puszkę Pandory”, z której wyłoniło się z czasem Państwo Islamskie. Zarówno Saddam Husajn jak i Muammar Kaddafi, byli „lokalnymi Katechonami”  powstrzymującymi islamistów przed ich zapędami rewolucyjnymi. Gdy ich obydwu zabrakło, przy pomocy demokratycznych procedur, ich państwa wpadły w ręce zwolenników kalifatu. Stąd nie trudno zauważyć, że za kryzys imigracyjny de facto odpowiada nie tyle błędna polityka władz RFN, ale anglosasko-syjonistyczna inwazja na Irak i Libię.
Nadzieją na powstrzymanie Państwa Islamskiego jest wymierzona przeciwko niemu zbrojna koalicja autorytarnego systemu Syrii oraz Federacji Rosyjskiej. Ofensywa wojsk lądowych tych dwóch państw znacznie skuteczniej wypiera ISIL ze zdobyczy terytorialnych niż błędna polityka bombardowań ze strony NATO i USA. Bombardowanie służy jedynie do zniszczenia umocnień wroga, jednak do wyparcia go z danego terenu potrzebna jest silne natarcie lądowe. Taką właśnie właściwą ofensywę prowadzi przymierze syryjsko-rosyjskie. Bashar al-Assad oraz Władimir Putin zasługują w pełni na miano „Katechonów”, gdyż skutecznie swoja polityką powstrzymują rozprzestrzenianie się rewolucji islamistycznej neobolszewii.
Obecny kryzys imigracyjny został spowodowany przez upadek państw autorytarnych reżimów powstrzymujących ekstremistów przed dojściem do władzy. Jedynym lekarstwem dla Europy jest odejście od demokracji. Tylko silne, narodowe państwa, rządzone w sposób autorytarny, będą w stanie skutecznie powstrzymać szalejącą falę imigracji. W przeciwnym wypadku dalej demoliberalni politycy będą utrzymywać swój błędny ideologiczny kurs, który z czasem doprowadzi do III Wojny Światowej. Przez nowym globalnym konfliktem ochronią nas narodowe autorytarne monarchie tradycjonalistyczne oraz zorganizowane w nich Ochotnicze Straże Europejskiej Cywilizacji powstrzymujące ekstremistycznych rewolucjonistów przez działaniami na terenie Starego Kontynentu.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

sobota, 30 stycznia 2016

Straż Narodowa

Straż Narodowa (SN)
Ochotnicza Straż Europejskiej Cywilizacji (OSEC)

Aktualna sytuacja społeczno-polityczna Europy wymusza na jej mieszkańcach pojęcie indywidualnych kroków chroniących ich normalną egzystencję. Propagowana po II Wojnie Światowej w kręgach sprzymierzeńców polityka promocji społeczeństw wielokulturowych, celem ochrony przez „odrodzeniem ideałów nazistowskich”, poniosła druzgoczącą klęskę. Konsekwencją ideologii aliantów jest europejski kryzys imigracyjny od 2015 roku.
Przyczyny samego kryzysu imigracyjnego tkwią w polityce demokratyzacji krajów arabskich drogą niszczenia tamtejszych przywódców powstrzymujących ekstremistów przed dojściem do władzy. Zamordowanie Saddama Husajna oraz Muammara Kaddafiego otworzyło „polityczną puszkę Pandory”, gdyż wprowadzanie w Iraku i Libii demokracji liberalnej umożliwiło ISIL dojście do władzy, przez co ekstremiści zbudowali twór państwowy szantażujący znaczną część globu jak kiedyś jakobini czy bolszewicy.
Polska jest państwem mniej wymieszanym kulturowo jak inni zachodni członkowie Unii Europejskiej. Sytuacja Polski jest przez to na tym polu bardziej komfortowa niż na zachodzie. Monokulturowe społeczeństwa są bowiem mniej podatne na potencjalne konflikty wewnętrzne. Jednak systematyczny napływ elementów marginalnych, wrogich chrześcijańskiemu dziedzictwu Europy, stwarza zagrożenie dla naszej normalnej egzystencji. Niemcy, Skandynawowie i Brytyjczycy już mobilizują się oddolnie do walki z tymi rewolucjonistami, którzy stanowią tam znaczny procent obywateli ich państw. W Polsce odsetek ten jest znacznie mniejszy, jednak ogrom napływającej tu do nas imigracji może zachwiać te proporcje. Pokonani na zachodzie ekstremiści będą mogli bowiem próbować swojego szczęścia gdzie indziej, czyli też i tutaj. Musimy zatem wyprzedzać fakty.
Wyprzedzając zdarzenia mające miejsce w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, propaguję ideę oddolnych narodowych służb mundurowych, przeznaczonych do celów porządkowych, chroniących krajan przed zalewem burzycieli tradycyjnego porządku społecznego. Formację tę roboczo określałem mianem Milicji Narodowej, zaś obecnie przemianowałem do Straży Narodowej lub Ochotniczej Straży Europejskiej Cywilizacji. Nazwę drugą rezerwuję na wypadek konieczności fuzji naszych struktur z innymi podobnymi inicjatywami pozostałych krajów Europejskich. Dopóki działamy na gruncie polskim, działajmy w ramach państwowej Straży Narodowej.
Powołanie takiej formacji umożliwi prowadzenie legalnej samoobrony narodowej przeciwko potencjalnym dekadentom niszczącym nasze wielowiekowe tradycje. Brak powołania takiej organizacji doprowadzi do powstawania różnorodnych nielegalnych patroli obywatelskich wymierzających samosądy i działania według własnych, bliżej nieokreślonych zasad. To doprowadzi do anarchii, której nie będą w stanie się przeciwstawić żadne krajowe siły porządkowe. Jedynie przygotowana, regularna i posiadająca status służby mundurowej organizacja jest w stanie podołać celu ochrony krajan przed napływowymi ekstremistami przy jednoczesnym powstrzymaniu państwa przez całkowitą anarchią.
Pierwszym krokiem ważnym dla prawidłowego funkcjonowania tej organizacji jest nadanie jej statusu porządkowej służby państwowej. W tym celu planuję kontakty z posłami i członkami organizacji politycznych. Wstępne działania podjąłem już kilka miesięcy temu. Uzyskanie statusu funkcjonariusza mundurowego zabezpieczy członków nowej formacji przed celowymi atakami ze strony naszych przeciwników zewnętrznych i wewnętrznych. Bez tego nasze działania będą nieskuteczne.
Przepisy dotyczące rekrutacji będą proste i przejrzyste. Wstępna selekcja pozwoli nam przydzielić ludzi do określonych grup zadaniowych oraz ocenić kwalifikacje kandydatów do nadania im poszczególnych stopni czy sprawowanych funkcji. Osoby niespełniające kryteriów zdrowotnych, emocjonalnych lub dyscyplinarnych, będą mogły być skierowane do grup pomocniczych lub informacyjnych.
Celem selekcji będzie wyłonienie osób najlepiej predysponowanych do określonego zadania. Należy kłaść większy nacisk na indywidualne doświadczenia, własną wiedzę oraz różnorodność posiadanych umiejętności niż powierzchowne wykształcenie, tytuł naukowy, ideologię czy układy na wysokich szczeblach. Nie wyklucza to jednak docenienia posiadanych przez każdego walorów politycznych i edukacyjnych. Gdy i tamte także okażą się przydatne, będą brane przez nas pod uwagę jako atuty danego kandydata. Nie będzie miejsca na odrzucanie osób z uwagi na mało istotne walory fizjonomiczne, gdyż kierując się takimi zasadami liczni wybitni wodzowie, nie rozwinęliby swoich umiejętności, i przez to dziś nie korzystalibyśmy z dobrodziejstw ich doświadczeń.
W początkowym okresie istnienia Straży Narodowej uważam za konieczne przeszkolenie przyszłych kadr zarządzających przez doświadczoną kadrę Wojsk Lądowych lub Straży Granicznej. Formacja będzie prowadzić patrole piesze, choć nie wykluczone będą także działania konne bądź z wykorzystaniem pojazdów mechanicznych.
Ochotnicy przejdą miesięczne szkolenie z zakresu wykonywania powierzonym im zadań, przygotowania fizycznego do pełnienia służby oraz obsługi używanego przez nich sprzętu. Kandydaci wyselekcjonowani do kadry podoficerskiej przejdą dodatkowy miesiąc szkolenia z zakresu zarządzania własnymi grupami operacyjnymi. Elita wybrana do ochotniczych kadr oficerskich przejdzie, pod okiem specjalistów, dodatkowe szkolenie z zakresu kierowania powierzonych im ludzi do działań operacyjnych na przydzielonym dla nich terytorium do działania. Możliwość awansu będzie kierowana zasługami na rzecz sprawy, i nie będzie blokowana przez posiadany przez kandydata poziom wykształcenia.
Straż Narodowa powinna działać na terenie znaczących miast szczególnie narażonych na napływ potencjalnych ekstremistów. W pierwszej kolejności powołane powinny być następujące garnizony: Wrocław, Opole, Kraków, Katowice, Tychy, Gliwice, Lublin oraz Rzeszów. Te miasta będą najbardziej zagrożone na ewentualne ataki napływających do nas rewolucjonistów. Najstosowniejszym miejscem na lokalizację Komendy Głównej Straży Narodowej jest Kraków, jako historyczna królewska stolica Polski.
Formacja będzie miała charakter konserwatywny, kontynentalny i tradycjonalistyczny. Celem działalności cywilizacyjnego dziedzictwa Europy kształtowanego u każdego jej narodu jeszcze od czasów Średniowiecza. Początki każdego narodu Starego Kontynentu wiążą się z tradycjonalistycznym chrześcijaństwem.
W przypadku, gdy Straż Narodowa nie będzie już potrzebna, z racji wykonania własnego zadania, jej funkcjonariusze powinni zostać wcieleni do Wojska Polskiego lub Policji, z zachowaniem posiadanych przez nich insygniów, i wykorzystywać zdobyte przez nich doświadczenia w nowej przydzielonej im ostatecznie formacji.

Piotr Marek,
Lublin, 30 stycznia 2016 roku

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Przywrócić potęgę Polskiej Armii!

Polska nie broni się bez własnego potencjału militarnego. Historia uczy, że polityka liczenia na zewnętrzną pomoc przynosi tragiczne rezultaty. Ściąganie Krzyżaków do Polski, celem walki z poganami, zakończyło się zaborem przez nich części naszego terytorium. Sanacyjna polityka „liczenia na zachodnich sojuszników” (francusko-anglosaskich), skończyła się we wrześniu 1939 roku całkowitą katastrofą. Niestety krajowe elity, w tym te deklarujące się jako „patriotyczne”, nie wyciągnęły z tego lekcji mimo szumnych deklaracji realizowania przez nich tak zwanej „polityki historycznej”. W praktyce tak zwana „polityka historyczna” jest de facto realizacją interesów anglosasko-syjonistycznych pod pretekstem powoływania się na wyrwane z kontekstu wydarzenia sprzed lat.
Rząd koalicji Zjednoczonej Prawicy zdobył władzę w 2015 roku na hasłach gwarancji zmiany wobec mizernych rządów PO-PSL. Co z tego wyniknie, to się okaże. Na razie w kwestii polityki zagranicznej czy organizacji krajowych sił zbrojnych, Zjednoczona Prawica powtarza błędy swoich poprzedników. Minister Obrony Narodowej, Antoni Macierewicz, jakiś czas temu wybrał na swojego doradcę jakiegoś jankeskiego studenciaka z wpływowej rodzinki. Ten na szczęście ten poddał się do dymisji po fali krytyki ze strony internautów i memujących trolli. Prezydent Andrzej Duda obiecał zapomogę dla syjonistycznych i demoliberalnych neobanderowców z Kijowa w wysokości 1 miliarda złotych. Jest to suma dziesięciokrotnie większa od obiecanej przez jego „pożal się Boże” poprzednika Bronisława „Bula” Komorowskiego, zwanego przez innych „Bronkomorem”. Takie posunięcia nie są żadną zmianą ale kontynuacją polityki Platformy Obywatelskiej.
Gabinet PO-PSL, przez środowiska uważające się za „patriotyczne”, określany jest mianem „rządu zdrady narodowej”. Nie zwracają uwagi jednak na to, że sami w pewnym sensie także dopuszczają się zdrady. Termin „zdrada” jest pojęciem relatywnym. Podobnie „interes narodowy”, w świetle faktów, można naprawdę definiować wielorako. Obecnie  „zdradę” pojmujemy generalnie „po jakobińsku”, i tym terminem określamy tego, kto tępo i bezrozumnie nie popiera interesów państwa bez oceny jego polityki. W europejskiej tradycji chrześcijańskiej natomiast, zdradą jest odstępstwo od dziedzictwa cywilizacyjnego Starego Kontynentu. W świetle tego, to nie Ludwik XVI zdradził Francje prosząc reakcyjne państwa niemieckojęzyczne o interwencję w obronie tradycyjnego ładu, ale zdradzili jakobini, którzy wewnątrz własnej ojczyzny wszczęli burdę, która doprowadziła ten kraj do ruiny oraz zniszczyła resztki jego dawnego dziedzictwa i świetności. Obecnie PiS, podobnie jak dawniej PO, zdradza Polskę, bowiem niszczy szczątki naszego dziedzictwa celem wprowadzania do nas ideałów rewolucji amerykańskiej i (anty)francuskiej. Wynalazki pokroju demokracji, praw człowieka, wolności słowa czy swobód obywatelskich nie mają nic wspólnego z tym co było podwaliną do powstania naszej państwowości.
Wracając do wątku dotyczącego pretensji „Zjednoczonej Prawicy” do poprzedników to, mimo kilku racji, nie do końca opierają się o prawdę. Nie powinni za fatalne rządy obwiniać do spółki PSL. Ludowcy często wyłamywali się dominującej partii rządzącej w wielu moralnych kwestiach, zaś w polityce zagranicznej reprezentowali polskie interesy narodowe znacznie bardziej niż PiS. Ten w kwestii wspierania demoliberalnych neobanderowców nie różni się niczym od PO. Gdy byłem na „Debacie kandydatów do Lubelskiego Sejmiku Wojewódzkiego” w TVP Lublin, w listopadzie 2014 roku, ważny samorządowiec z PSL w rozmowach zakulisowych przyznał rację krytyce wpierania neobanderowców. Zaznaczył, że dla bezpieczeństwa nie mówi się wszystkiego.
Okres rządów lat 2005-2007 był czasem reform, które inicjowane były przede wszystkim przez narodową LPR oraz ludową „Samoobronę”. Syjonistyczny i republikański PiS notorycznie bombardował ich konserwatywne i pronarodowe postulaty. To Roman Giertych jako Minister Edukacji Narodowej wprowadził mundurki i program „zero tolerancji”. To LPR dała polskim matkom becikowe (zwalczane przez takie gwiazdy PiS jak Jacek Kurski, obecny szef TVP). To Andrzej Lepper walczył o sprawy polskich rolników. To PiS stał przeciw całkowitemu zakazowi aborcji i eutanazji jakiego domagała się Liga Polskich Rodzin. To w końcu bracia Kaczyńscy chcieli w 2005 roku albo nowe wybory, albo koalicję z PO, i z wielką niechęcią zawiązali gabinet z „Samoobroną” i LPR.
Legenda prezydenta Lecha Kaczyńskiego to legenda człowieka, który świętował żydowską, bluźnierczą Chanukę, podpisał „Traktat Lizboński” oraz był entuzjastą reaktywacji syjonistycznej masonerii B’nai B’rith. Ponadto zanim objął najwyższy urząd w państwie, zasłyną ze wstrzymania ekshumacji w Jedwabnem, przez co pozwolił na utrzymanie etosu antypolskiego związanego z tamtą masową egzekucją.
Wracając do wątku tytułowego nie sposób zauważyć, że odrodzenie potęgi Polski jest możliwe tylko po odbudowaniu jej potencjału militarnego opartego o własne, silne, i dobrze wyposażone jednostki. Polityka „liczenia na sojuszników z NATO” będzie powtórką z błędów wspomnianych na początku tego felietonu. Jeżeli taką drogę obiera obecny rząd, to prowadzi nasze państwo nad skraj przepaści. Polska nie może sobie pozwolić na rolę „mięczaka” wymagającego pomocy Paktu Północnoatlantyckiego. Nasza ojczyzna musi przyjąć rolę „twardego gracza” atrakcyjnego jako potencjalny sojusznik.
Aby pozyskać liczną, regularną armię, zdolną do obrony przed mocarstwami atomowymi, musimy przywrócić służbę poborową na uczciwych i sprawdzonych zasadach. Armia zawodowa jest jednym z fatalnych posunięć rządu Platformy Obywatelskiej, które wymaga od nas natychmiastowego sprostowania. Porzućmy błędną ideę armii zawodowej, którą można zniszczyć w przeciągu jednego tygodnia. Wojska pozyskiwane z poboru powszechnego winny mieć status obrony krajowej. Do zagranicznych misji wykorzystywać należy jedynie oddziały specjalne będące jednostkami w pełni zawodowymi.
Pobór winien być prowadzony na starych zasadach, z podziałem na służbę zasadniczą i podchorążych. Służba podchorążych powinna być przeznaczona dla osób wykwalifikowanych. Sugeruję, aby jak dawniej, kierować na nią fachowców, których kwalifikacje są przydatne dla wojska. Mówię tu o inżynierach (kierunków stricte technicznych), kapelanach oraz o medykach. Pozostałe osoby z wykształceniem wyższym, średnim technicznym oraz absolwenci szkół elitarnych bez dyplomu, sugeruję kierować do służby podoficerskiej. Osoby niewykwalifikowane, jak dawniej, winno się delegować do służby zasadniczej. Elementy marginalne, poprzez służbę zasadniczą, będą poddane skutecznej i sprawdzonej resocjalizacji. Z pewnością 2 lata służby zasadniczej będą o wiele skuteczniejszą lekcją niż więzienie, gdyż ta instytucja bardziej demoralizuje niż resocjalizuje.
Pobór generalnie powinien obejmować też i kobiety, szczególnie te o o zdiagnozowanej bezpłodności czy o walorach fizycznych pozwalającym na konkurencję z mężczyznami. Wiele młodych panien próbuje w chuligaństwie przewyższać swoich kolegów, stąd pojawia się konieczność poddania ich obowiązkowej służbie wojskowej. Sama służba zasadnicza powinna trwać 2 lata z możliwością awansu na kaprala. Stopień oficerski winno się uzyskiwać jedynie po odbyciu służby podchorążych, po której to dopiero powinno się uzyskać przepustkę do Wyższej Szkoły Oficerskiej. Dobrym pomysłem byłoby również uzyskanie prawa do możliwości studiowania po odbyciu służby wojskowej. Absolwenci lepszych szkół, w nagrodę na wysiłek, odbywaliby roczne szkolenia podoficerskie. Reszta natomiast, marząc w studiach, winna pierwej zmierzyć się z dwuletnią zasadniczą służbą wojskową.
Podsumowując, budowa tarcz antyrakietowych czy sprowadzanie do Polski jednostek amerykańskich, przypomina mi żywcem dawny błąd Konrada Mazowieckiego. Tamten, do walki z poganami, wprowadził nieodpowiedzialnie na nasze terytorium obce wojska Krzyżackie, które dodatkowo błędnie ulokował w jednym miejscu. To spowodowało, że ośmieleni zbrojni braciszkowie, utworzyli zakonne państwo kosztem naszych ziem. Tak samo mogą zrobić obce wojska amerykańskie, gdy wpuścimy je do Polski. Pod pretekstem „obrony demokracji”, wojska amerykańskie na pewno zawłaszczą nasze ziemie i będą w dalszej perspektywie gnębić Polaków. Tylko własna, regularna, dobrze wyposażona i liczna armia będzie w stanie obronić nasze granice przed potencjalnym napastnikiem. Jeżeli ktoś tego nie dostrzega, to albo jest ślepy, albo głupi, albo jest zdrajcą.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

środa, 9 grudnia 2015

Monarchia tradycjonalistyczna jako naturalny ustrój krajów Europy

Współczesne „systemowe ośrodki medialne” operują bardzo chętnie terminem „wartości europejskich” określając  nimi wszystko to, co propaguje Unia Europejska. Dla osób czerpiących swoją wiedzę o świecie głównie z mediów takie przedstawienie sprawy może być przyjęte bezrefleksyjnie. Dla bardziej dociekliwych badaczy polityki natomiast jest to co najmniej irytujące. Większość przedstawicieli prawicy, konserwatyści, tradycjonaliści, narodowcy, a także część lewicy uważa dziwaczne wynalazki unijne za zwykłe absurdy. W rzeczywistości wytwory te nie mają nic wspólnego z tym, co jest prawdziwie europejskie. Działalność Unii Europejskiej prowadzi do całkowitej amerykanizacji Starego Kontynentu. Czyni to oczywiście kosztem dziedzictwa wszystkich państw członkowskich tego bloku.
Ostatnimi czasy Węgry starają się kroczyć drogą własnego interesu narodowego nie bacząc na absurdy dyktowane przez Brukselę, stąd państwo to ostatnio padło ofiarą ataków ze strony przeróżnych „europejskich autorytetów”. Mniej śmiało własnymi ścieżkami starają się kroczyć Czechy, dlatego też płacą za to ceną krytyki ze strony rządów państw członkowskich UE. W innych krajach, takich jak Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Austria czy Polska, rzeczywiste wartości europejskie są propagowane jedynie przez pomniejsze ruchy konserwatywne, które propagandowo popularnie błędnie lub celowo utożsamiane są z odłamami republikanizmu, ideologii forsowanej przez politycznych modernistów jako „prawica nowoczesności”. Jednak takie podejście niszczy to, co rzeczywiście europejskie. Różnica między faktycznym europejskim konserwatyzmem a republikanizmem jest taka, że ten pierwszy uznaje za swój właściwy ustrój monarchię, zaś ten drugi optuje wyraźnie za demokracją (choć ograniczoną surowym prawem) i preferuje system prezydencki. Demokratyzm jest jednak dla tradycji krajów europejskich prądem równie destrukcyjnym, co ściśle z nim związany dekadencki „amerykański styl życia”.
W całej Europie, której korzenie państw sięgają wczesnego średniowiecza, tylko monarchistyczny model konserwatyzmu odpowiada ich wiekowemu dziedzictwu. To właśnie ustrój monarchistyczny jest pierwotny dla Polski tak samo, jak nasz język narodowy. Analizując historię możemy zauważyć, że obecnie propagowani, jako wzorce patriotyzmu, romantyczni powstańcy XIX wieku nie ratowali w pełni narodowego dziedzictwa Polaków. Rozumiana przez nich „polskość” ograniczona została dosłownie do fizycznego bytu państwa na mapie oraz zachowaniu języka przed wpływami rosyjskimi lub niemieckimi. Owszem, niepodległość i zachowanie języka są ważne, ale budowana przez nich republika wprowadzała, pod pretekstem walki o niezależność, wiele rewolucyjnych postulatów mających niewiele wspólnego z tym państwem, które w X wieku zbudowali Piastowie. Z tego względu najbardziej tożsame realnej polskiej państwowości były koncepcje Autonomii Polski w ramach Imperium Rosyjskiego (Królestwo Kongresowe) czy Królestwa Pruskiego (Księstwo Poznańskie), bowiem z czasem przerodziłyby się w państwa sprzymierzone i suwerenne. W każdym z tych rozwiązań mieliśmy zachowany właściwy dla tradycji ustrój, język, kulturę, a także armię, administrację i gospodarkę wedle naszych tradycyjnych rozwiązań. Oferowane przez  rewolucyjnych „powstańców” republiki dawały nam znacznie mniej z naszego wielowiekowego dorobku. Dla przykładu pozbawiali nas monarchii zastępując ją republiką. Ziemiaństwo zastępowali przykładowo socjalizmem. W świetle tych faktów przedstawianie tamtych „zrywów narodowych” jako wzorca patriotyzmu zakrawa co najmniej na mało śmieszny żart politycznego dyletanta.
 Każde państwo Starego Kontynentu założone pierwotnie zostało jako chrześcijańska monarchia. Wcześniej mieliśmy do czynienia jedynie z prymitywnie zorganizowanymi plemionami, które zamiast zorganizować się w jeden organizm, wyniszczały nawzajem. Po okresie tzw. „oświecenia” systematycznie przekształcano tradycyjne państwa europejskie wedle wytycznych przyniesionych z Ameryki. Punktem zwrotnym była więc tutaj rewolucja amerykańska, która zerwała z dziedzictwem europejskim zastępując go ideą „nowego ładu światowego”, którego pierwotnym postulatem było zniszczenie tradycyjnego modelu monarchistycznego. Ta polityczna amerykanizacja trwa po dziś dzień, i nie dotyka tylko jednego państwa, ale niemalże całego kontynentu. Co ciekawe ideowi spadkobiercy walki z rusyfikacją i germanizacją obecnie przyklaskują politycznej amerykanizacji. Burzą się na dwujęzyczne tablice na Śląsku, posłów mniejszości niemieckiej chętnie by wystrzelali, ludność rosyjską potopili w morzu, ale bez skrępowania mówią „sorry” zamiast „przepraszam” oraz z otwartymi ramionami witają karawany przybyszów z odległych nam kontynentów, które niszczą nasze dziedzictwo cywilizacyjne. Na tym polega destrukcyjność amerykanizacji, że wbrew choćby dawnej germanizacji, odbywa się ona dobrowolnie, i to często przy aprobacie potomków ludzi walczących z dawnymi okupantami. Ich przodkowie walczyli dzielnie z napływem kultury narodów bliskich nam kulturowo, ale bez refleksji oddają nas do globalnej niewoli państwa bardziej odległego nam cywilizacyjnie i mentalnie.
Rewolucja we Francji w latach 1789-1794 zrealizowała w tym państwie w sposób krwawy to, co na drodze wojny domowej, udało się dokonać w Ameryce. Następnie, systematycznie na drodze wojen napoleońskich, rewolucji, terroru a skończywszy na I Wojnie Światowej, udało się republikanom skutecznie wyrugować z Europy monarchie reakcyjne (tradycyjne). Przed I Wojną Światową ostatnimi bastionami reakcji pozostały, w świecie chrześcijańskim, jedynie Niemcy, Austro-Węgry i Rosja, stąd bardzo chętnie propagatorzy rewolucji wykorzystywali niepodległościowe inspiracje Polaków do własnych celów politycznych. Udało im się nawet wmówić, że za komunizm w Rosji odpowiada monarchia niemiecka tuszując przy tym fakty, że raz, Lenina przerzucali ci, co pozbawili Kaisera Wilhelma II władzy, a dwa, jeszcze przed 1905 rokiem z terenów USA, a konkretnie Alaski, systematycznie podrzucano do Rosji komunistycznych wywrotowców. Sam przyjazd Lenina do Rosji był swoistą „wisienką na torcie” w przeprowadzeniu rewolucji radzieckiej, bowiem działający już tam socjaliści wykonali w roku 1917 w dostateczności powierzone im zadanie.
Monarchia jest obecnie wyśmiewana i przedstawiana jako „relikt przeszłości”. Wielu zwolenników współczesnego systemu demoliberalnego z góry podkreśla, że powrót monarchii w Polsce, Niemczech czy we Francji jest po prostu abstrakcją. Nic jednak bardziej mylnego! W tych dużych europejskich państwach rośnie liczba zwolenników restauracji monarchii. Wynika to nie tylko z coraz większej świadomości Europejczyków swojego cywilizacyjnego dziedzictwa, ale też i zauważenia słabości istniejących tu republik. Tak więc to zatwardziali zwolennicy dominacji republiki żyją w świecie mrzonek i iluzji. Demokracja liberalna najwyraźniej Europie się nie sprawdza, gdyż oddaje ona tutejsze kraje pod dyktat napływających do nas mniejszości religijnych i etnicznych. Szczególną bezczelnością są tutaj tradycyjnie syjoniści i islamiści, których przodkowie swoją destrukcyjną robotę zaczynali jeszcze w czasach inkwizycji. Agresywne mniejszości wymuszają od państw europejskich coraz to nowe absurdalne roszczenia prowadzące do systematycznego wyrzekania się przez nas własnej tożsamości. Dlatego pojawia się potrzeba zbudowania silnej władzy opartej na autorytecie, która będzie w stanie realnie powstrzymać natarczywe żądania wrogich nas grup lobbystycznych. W tradycji europejskiej sprawdzonym i skutecznym rozwiązaniem jest tutaj monarchia tradycjonalistyczna.
Monarchia tradycjonalistyczna (reakcyjna) jest naturalnym ustrojem politycznym dla każdego państwa europejskiego, w tym też i Polski. Założenia tego systemu niosą ze sobą rzeczywiste wartości na jakich zbudowano kontynent europejski. Proklamowanie ideału „cywilizacji łacińskiej” w oparciu o demoliberalizm jest de facto zaprzeczeniem prawdziwej cywilizacji europejsko-chrześcijańskiej. Nie można bowiem budować kultury państw w oderwaniu od istotnych elementów ich dziedzictwa. Z resztą warto zauważyć, że propagatorzy niszczenia naszej cywilizacji, zawsze zaczynali od podważenia legitymy władców tutaj panujących. Dlatego należy odrzucić republikanizm jako zepsuty owoc wrogich nam duchowo rewolucji. Wszelkie paradoksalne wytwory Unii Europejskiej nie mają zatem nic wspólnego z autentycznymi wartościami Starego Kontynentu. Europejskość bowiem przejawia się głównie w monarchii oraz moralności chrześcijańskiej, więc nie trudno zauważyć, że najbardziej europejskim systemem politycznym jest właśnie monarchia tradycjonalistyczna. System ten jest owocem wielowiekowego dziedzictwa cywilizacyjnego wszystkich państw Starego Kontynentu. Aktywiści Unii Europejskiej natomiast, są w rzeczywistości „zdrajcami prawdziwej Europy”, gdyż systematycznie niszczą wszystko to, co budowało ten wspaniały kontynent.

Pozdrawiam,
Piotr Marek 

piątek, 27 listopada 2015

Wizyta w biurze poselskim 23.11.2015

Piotr Marek – oczekiwania na współpracę powyborczą

W nawiązaniu do obietnic przedwyborczych koalicji komitetów „Zjednoczona Prawica” oczekuję na współpracę powyborczą. Jestem członkiem Klubu Zachowczo-Monarchistycznego oraz współpracownikiem Stowarzyszenia Narodowego im. Romana Dmowskiego. Kandydowałem do lubelskiego Sejmiku Wojewódzkiego z listy LPR jako lubelska „jedynka” (planowałem start z KNP, ale mnie zablokował Tomasz Dalecki), zaś w ostatnich wyborach parlamentarnych startowałem jako kandydat do sejmu z KWW Grzegorza Brauna „Szczęść Boże”. Planowałem wstępnie start z list Kukiz’15, ale się nie dostałem na listy. Nie jestem republikaninem, gdyż ta ideologia doprowadziła do upadku chrześcijańskiej Europy, będąc bezpośrednio odpowiedzialną za wybuch rewolucji we Francji pod koniec XVIII wieku. Należę bowiem do osób, które nie lubią oddawać koncepcji innym na wiarę, tylko samemu współpracować przy ich tworzeniu bo wiem, że nawet najlepsze koncepcje mogą inni popsuć, nawet ministrowie, profesorowie czy generałowie. Wszystkie te koncepcje zostaną zapisane w sieci w na moich dwóch blogach oraz w serwisie YouTube. Liczę na to, że nie będzie pominięte moje zaangażowanie w inicjatywę wprowadzania tych reform, oraz będę mógł liczyć na współpracę przy wdrożeniu przynajmniej jednego z nich. Daję tym samym słowo, że jestem tego pomysłodawcą, i nikt mnie nie okradnie z koncepcji.
Armia poborowa – o jej przewadze nad zawodową pisałem wiele razy oraz składałem o nią wniosek. Zasady prowadzenia poboru powinny zostać przywrócone bądź ulepszone według starych zasad sprzed jego wycofania. Poborowi dzielili się na zasadniczych (dla żołnierzy niewykwalifikowanych) oraz podchorążych rezerwy (dla wykwalifikowanych). Stosowane jest, aby oficerowie rezerwy wyłaniali się tylko i wyłącznie z osób, które ukończyły wstępne szkolenie podchorążych oraz pomyślnie ukończyły dodatkowe półroczne przeszkolenie uczące zasad dowodzenia zespołem. Wszystko według sugestii ujętych w moim piśmie złożonym w poprzednim roku. Poborowe jednostki powinny służyć tylko i wyłącznie jako obrona krajowa, i nie wolno ich wykorzystywać do rzucania na pustynie arabskie w interesie anglosaskich koncernów naftowych. Do wojen agresywnych powinno się używać tylko jednostek zawodowych, zgromadzonych w ramach 1 Korpusu Wojsk Zawodowych Polski. W Polsce mamy ponoć wielu absolwentów szkół oficerskich, którzy siedzą bez czynnie nie mając swoich plutonów. Pobór zapewni im zespoły, które umożliwiłyby im rozwój. Warto też, aby przekazywali swoją wiedzę kandydatom na oficerów poborowych podczas dodatkowych szkoleń uzupełniających.
Zmiany w szkolnictwie wyższym dotyczące rewizji tytułów zawodowych i naukowych pod względem ich liniowości – nie wiem na ile rozpatrzono ten postulat złożony przeze mnie rok temu, ale jego realizację uznaję za jeden z kluczowych pod względem uczciwości nowego rządu na polu reformy edukacyjnej. Należy przeprowadzić rewizję tytułów naukowych nadawanych nie po linii, gdyż było to złamaniem regulaminów uczelni, które zezwalały na rekrutację w szczególnych przypadkach na kierunki pokrewne, jednak mimo tego, sami świadomie łamali własne prawa pod powiększenie frekwencji na danym kierunku. Bywały paradoksy, że licencjaci kierunków ścisłych przyrodniczych mogli mieć wstęp na magisterki inżynieryjne, co jest kpiną wobec inżynierów, którzy na kursie podstawowym przechodzili przez ciężką drogę kierunków podstawowych. Nie może być tak, że osoba, która 5 lat studiowała „zarządzanie” doktoryzuje się na „inżynierii produkcji” czy „mechanice”, zaś ktoś kto tylko 1,5 roku studiował „elektrotechnikę” na studiach magisterskich uzupełniających ma więcej do powiedzenia niż ktoś, kto 3,5 roku studiował to samo, ale na kursie inżynierskim. Studia magisterskie są uzupełnieniem inżynierskich, pomijają wiele trudnych zagadnień omawianych na kursie pierwszego stopnia, i honorowanie takich „magistrów” jest honorowaniem oszustów. Poza tym na uczelniach nie zawsze pracuje Antyplagiat, tolerowane są brew regulaminom 30-stronowe prace magisterskie (już wypracowania w liceum bywają dłuższe), ustawia się pytania, zaś o ocenie lub zaliczeniu egzaminu decyduje podrzucenie pracą – i te gdzie spadną, taka jest ocena. Podczas egzaminu dyplomowego nie zawsze sprawdzają samodzielność pracy, oceniają je ludzie, co ich nawet nie przeczytali, co sprzyja ich kupowaniu. Prawo musi zapewnić także możliwość poprawy matury, tak jak ponoć w Hiszpanii, dlaczego polscy ambitni uczniowie, którym podwinęła się noga, mają być od nich gorsi? Tak samo z ocenami na egzaminach oraz dyplomowaniu. Jeden dzień nie może decydować o całokształcie pracy człowieka, bo to może raz krzywdzić ambitnych i pracowitych, a dwa faworyzować oszustów i cwaniaków. Podsumowując, dyplomy nadane nie po linii powinny być albo anulowane, albo wymagać uzupełnienia o dodatkowy rok różnicowy. Tak samo z doktorantami, tylko ci powinni przejść 2-3 lata uzupełnienia. Koniec z cwaniakami, co kończą „filozofię” a mają doktorat z „prawa”!!!
Zakaz pracy na „bezpensji” – niektóre firmy, głównie biura nieruchomości, agencje ubezpieczeniowe lub pośrednictwa w handlu, kombinują zatrudniając prawników tak, że obiecują im wysokie prowizje zamiast pensji podstawowej, a w praktyce kończy się to tym, że nie zarobią nic, pomimo tego, że płacą za dojazd. Okazuje się, że rynek podobnymi firmami jest przesycony, a oszukany pracownik jedynie dokłada do swojej pracy. Ustalić należy prawnie trzy gatunki pensji – systemem tradycyjnym (z pensją miesięczną), systemem godzinowym (ze stawką za godziny), prowizyjnym z zagwarantowaną podstawą. Zależy zakazać pracy na samej prowizji, a także zakazać mnożeniu się w nieskończoność biur pośrednictwa obrotu różnymi towarami w jednym miejscu. To absurd, że w Lublinie jest ponad 60 biur nieruchomości, powstają następne, a ludzie i tak sprzedają „bezpośrednio”. Albo ustalić jak w innych krajach ustawowy handel przez tego typu instytucje, albo zakazać ich powstawiania w nieskończoność, bo będzie jedynie masa pracowników, co przez kilka miesięcy nie zarobią nic. Pracodawcy też niech rynkowo zatrudniają na własne ryzyko, i nie kombinują. Jak nie mają zaufania do danej osoby, to niech jej nie zatrudniają.
Poparcie inicjatywy ochotniczych jednostek mundurowych do walki z agresywnymi ekstremistami – powstała w kręgach prawicy realnej koncepcja formacji, którą to zainicjowałem i staram się połączyć z inną, mojego kolegi z Warszawy. Skupiać ma ona osoby zainteresowane walką z napływem obcych kultur wrogich chrześcijaństwu z bliskiego wschodu. Co do filmu o Polsce, to nakręcić sugeruję o Mikołaju Koperniku, astronaucie, duchownym, dowódcy wojskowym, ekonomiście i myślicielu politycznym.

Pozdrawiam,
Piotr Marek, 
Lublin, 23 listopada 2015 roku

piątek, 16 października 2015

Start do Sejmu w 2015 roku

Z uwagi na brak czasu nie miałem okazji napisać o tym oficjalnie, ale chciałbym ogłosić swój start w
Plakat wyborczy Piotra Marka 2015
wyborach parlamentarnych w 2015 roku oraz przedstawić główne swoje postulaty. Ja, Piotr Marek, startuję w Okręgu Wyborczym numer 6 „Lublin”. Dostałem szansę kandydowania z listy Komitetu Wyborczego Wyborców Grzegorza Brauna „Szczęść Boże” we wspomnianym OKW 6. Jest to Lista numer 14, startuję z dość wysokiej pozycji 8. Widnieję jako najwyżej postawiona „osoba młoda”. Jestem inżynierem elektrotechniki i pasjonatem wojskowości. Ukończyłem elektrotechnikę na Politechnice Lubelskiej, oraz klasę matematyczno-fizyczną w lubelskim elitarnym II Liceum Ogólnokształcącym im. Hetmana Jana Zamoyskiego. Naukowo zajmowałem się problemami wdrażania w Polsce energetyki jądrowej. Prywatnie publikuję felietony o tematyce politycznej, historycznej oraz wojskowej. Reprezentuję tradycjonalistów, oraz społeczność monarchistów w Lublinie. Jestem też narodowcem, gdyż uważam, że o każdym europejskim państwie powinni decydować jego krajanie. Respektuję tradycję, gdyż kształtuje ona naszą tożsamość narodową.
Jestem młodym, ambitnym i dynamicznym człowiekiem, który lepiej zna problemy mojego pokolenia, niż wieloletni działacze, którzy dawno oderwali się od rzeczywistości. Demoliberałowie zwyczajnie realizują ideologiczne wytyczne zapominając o prawdziwych problemach Polaków. Nie składam pustych obietnic bez pokrycia. Daję słowo, że zrobię wszystko, aby zrealizować swoje postulaty. Przedstawię swoje 10 konkretów.
  1. SILNA WŁADZA PAŃSTWOWA. Jestem zwolennikiem monarchii autorytarnej, ponieważ ten ustrój to część naszej tradycji. Demokracja generuje jedynie patologie i jest obca zarówno naszemu dziedzictwu narodowemu jak i europejskiemu.
  2. ROZWÓJ NOWYCH TECHNOLOGII. Tylko w oparciu o nie możemy tworzyć dla młodych ludzi miejsca pracy generujące zyski do budżetu państwa. Większość ofert pracy jest skierowana dla tych, co mają wieloletni staż. W konsekwencji prowadzi to do tego, że nie opłaca się kończyć politechniki, gdyż finansowo bardziej opłaca się od razu iść do pracy po technikum. Poświęcenie czasu na zrobienie tytułu inżyniera jest mniej opłacalne niż spędzenie go przy łopacie na budowie.
  3. PROGRAM ATOMOWY DLA POLSKI. Bez własnej broni jądrowej nasz kraj nie będzie się liczyć na arenie międzynarodowej. W polityce światowej prym wiodą potęgi nuklearne: Chiny, Rosja, USA, zaś pozostali posiadacze broni A grają rolę drugorzędną. Państwa bez broni atomowej nie znaczą nic.
  4. ROZWÓJ POLSKIEJ ENERGETYKI. Jako elektrotechnik jestem zwolennikiem zróżnicowanego rozwoju krajowej energetyki w oparciu głównie o „węgiel i atom”. Polska posiada bogate złoża węgla oraz własne złoża uranu. Według danych MAEA pokłady tego surowca mamy w okolicach miejscowości: Grzmiąca, Kowary, Okrzeszyn, Radoniów, Wambierzyce, Krynica Morska oraz Rajsk. Wdrożenie energetyki jądrowej zapewni nam tańszy prąd oraz energetyczne bezpieczeństwo.
  5. GEOPOLITYCZNY KURS NA KRAJE BLIŻSZE NASZEJ TRADYCJI. Partnerstwo z państwami demoliberalnymi w dłuższej perspektywie czasu może spowodować, że będą chciały narzucać nam swoje postulaty w imię zachowania z nimi współpracy. To przez wojny atlanty stów mamy dziś kryzys imigracyjny. Przyczyną obecnego napływu uchodźców do Europy jest zniszczenie przez syjonistycznych demoliberałów administracji Iraku i Libii, które powstrzymywały radykalne zapędy anarchistycznych ekstremistów.
  6. PRAWO NARODOWE DO SAMOOBRONY. Jestem zwolennikiem znacznie mniej restrykcyjnej możliwości obrony własnej oraz szerszego dostępu do broni dla potrzebujących. Nie może być tak, że za obronę własnego zdrowia lub życia, ponoszę konsekwencje prawne z racji skontrowania agresora.
  7. PROSTSZE PRAWO I PRZEPISY. Tylko przejrzyste regulacje prawne oraz przyjazne stawki podatkowe są gwarantem swobodnego rozwoju społecznego.
  8. LOGICZNE I ZGODNE Z RYNKIEM SZKOLNICTWO WYŻSZE. Tytuły naukowe lub dyplomy nie nadane po linii pokrewieństwa należy poddać uzupełnieniu programowemu. Nie może być tak, że magistrem inżynierem mechaniki zostaje absolwent pierwszego stopnia studiów menadżerskich, a doktoraty z historii robią magistrzy aktorstwa bez podstaw programowych. Bezproduktywne kierunki studiów należy zlikwidować. Japonia rezygnuje z kierunków humanistycznych, gdyż w większości tworzą one „specjalistów od rzeczy oczywistych”. Sam znam przypadki, kiedy studenci politechniki dla żartów przychodzili na egzaminy na uniwersytetach, i zaliczali je na ocenę co najmniej dobrą. Widziałem też materiały do ćwiczeń na socjologię i stwierdzam, że w porównaniu z tym czego uczą na elektrotechnice, to przysłowiowy „śmiech na sali”. Każde otwierane kierunki kształcenia, lub te dotychczas prowadzone, trzeba pogodzić z zapotrzebowaniami rynkowymi.
  9. PIELĘGNOWANIE TRADYCJI NARODOWYCH. Będę stać na straży wartości stojących u zarania polskiej państwowości. Będę bronić dobrego imienia dziedzictwa korony, wiary i własności.
  10. OBRONA KRAJOWA PRZEZ EKSTREMISTAMI. Zabiegam od kilku miesięcy o powołanie Milicji Narodowej. Chcę utworzenia ochotniczych i państwowych służb, o własnych przepisach, mających na celu zabezpieczenie naszych ziem przez agresywnymi ekstremistami wrogimi naszemu dziedzictwu cywilizacyjnemu.

25 października 2015 roku proszę o Państwa głosy.
PIOTR MAREK,
KOMITET WYBORCZY WYBORCÓW GRZEGORZA BRAUNA „SZCZĘŚĆ BOŻE!”,
LISTA NUMER 14, POZYCJA 8
OKW NUMER 6 „LUBLIN”

środa, 30 września 2015

Europejski kryzys imigracyjny 2015

W tym felietonie opiszę w skrócie problem europejskiego kryzysu imigracyjnego. Przedstawię jego przyczyny, ofiary, prowodyrów oraz beneficjantów. Za kryzys imigracyjny odpowiadają przede wszystkim USA, a konkretnie jego lobby neokomskie i syjonistyczne. Duży wkład w ten rozgardiasz ma też Izrael oraz proamerykańskie kraje arabskie pokroju Arabii Saudyjskiej. Wszystko to idzie w myśl rzymskiej zasady, że „winy należy głównie szukać w tym, kto czerpie ze zdarzenia największe korzyści”.
Na zdjęciu: Piotr Marek
Stany Zjednoczone Ameryki powstały na gruncie mesjanistycznej idei budowania globalnego świata demoliberalnego. Do tej koncepcji z czasem dopisano multikulturalizm, i tak narodziła się obecna koncepcja „nowego ładu światowego”. Ta stale mutująca ideologia jest przyczyną całego zamieszania od końca XVIII wieku. USA to państwo od lat budujące swoją potęgę na rozkręcaniu konfliktów globalnych, z których czerpie różne korzyści polityczne lub ekonomiczne. Stany Zjednoczone Ameryki są ewidentnym beneficjentem obecnych konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie.
Znaną nam przyczyną obecnego kryzysu imigracyjnego jest bandycka polityka Państwa Islamskiego (zwanego z angielskiego ISIS – Islamic States of Iraq and Syria). Jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Narodziny ISIS tkwią w ambicjach syjonistycznej rodziny Bushów, która w nadchodzących wyborach ma ambicję wystawić kolejnego swojego członka na kandydata na prezydenta USA. Ideologiczną ambicją tego neokonserwatywnego i syjonistycznego klanu było zniszczenie rządów Saddama Husseina w Iraku.
Za rządów Saddama Husseina interesy ludności chrześcijańskiej w Iraku były zabezpieczone. Anarchistyczni radykałowie tworzący obecny terroryzm byli duszeni w zarodku. Państwo cieszyło się dużym dobrobytem chociażby dzięki przychodom uzyskiwanym z ropy naftowej. Rząd zapewniał Irakijczykom rentę w wysokości kilkuset dolarów. Osoby pracujące dostawały do tego pensję. Wszystko to skończyło się wraz z wprowadzeniem tam siłą demokracji. Podobną politykę prowadził w Libii Muammar Kaddafi, oraz utrzymuje ją obecnie w Syrii Bashar Al-Assad.
Klan Bushów zniszczył państwo Saddama Husseina mordując go przy tym. Obecny prezydent Barrack Obama, dokonał tego samego w Libii Muammara Kaddafiego. W tym przypadku również zamordowano legalnego przywódcę państwa i zniszczono jego administrację. Libijczycy za rządów Muammara Kaddafiego cieszyli się darmową elektrycznością czy sprawnym systemem nawadniania ważnym w pustynnym państwie. Banki udzielały tylko niskoprocentowych pożyczek i były pod nadzorem władcy. Absolwenci, którzy po uzyskaniu dyplomu mieli trudności ze znalezieniem pracy, mogli liczyć na wsparcie finansowe w wysokości średniej pensji w ukończonym przez nich zawodzie. Wszystko to zostało zniszczone przez demoliberalną rewolucję.
Amerykańscy politycy mają na rękach krew nie tylko legalnych przywódców. Przez mordy na dyktatorach syjoniści otworzyli „polityczną puszkę Pandory”, która doprowadziła do powstania ISIS. Obalanie dyktatur i wprowadzanie demokracji w Iraku oraz Libii przyniosło fatalne skutki. Doprowadziło bowiem do politycznego chaosu, z którego wyłoniło się Państwo Islamskie. Powstało niczym wściekły pies upuszczony ze smyczy na jakiej trzymali je zamordowani dyktatorzy. Konsekwencją amerykańskiej, syjonistycznej i neokonskiej pychy jest obecnie napływ imigrantów zalewających całą Europę.
W gąszczu uciekinierów wojennych tudzież ekonomicznych mamy zapewne wielu islamistów. Przerzucani islamiści mają za zadanie przeniknąć na Stary Kontynent i utworzyć na nim przyczółki dla przyszłej działalności sabotażowej. Skutkiem tego będzie zniszczenie całej Europy i realizacja politycznych planów syjonistycznych neokonserwatystów amerykańskich oraz zdominowanych przez nich organizacji międzynarodowych czy tajnych stowarzyszeń (tj. „Iluminaci” czy „Czaszka i kości”).
W świetle faktów to amerykańscy orędownicy demokracji stoją za kryzysem imigracyjnym. Napływ imigrantów jest tylko prostą konsekwencją zamordowania przez nich dwóch wspaniałych mężów stanu – Muammara Kaddafiego i Saddama Husseina. Dzięki mądrej decyzji Władimira Putina, Bashar Al-Assad został uchroniony przez podzieleniem ich tragicznego losu. Słuszne jest w świetle faktów stwierdzenie profesora Adama Wielomskiego, z 23 września 2015 roku, że „przywódca Rosji jest Katechonem światowym, zaś przywódca Syrii jest Katechonem lokalnym”.
Termin „Katechon” spopularyzowany został w Polsce przez środowisko Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, głównie przez osobę obecnego jego prezesa. Popularny był w teologii niemieckiej. Wywodzi się z 2 Listu do Tesaloniczan. Oznacza on osobę powstrzymującą nadejście antychrysta. W polityce jako Katechona określamy silnego przywódcę będącego gwarantem powstrzymania szalejącej rewolucji tudzież fali dekadencji. Katechon w stanie wyższej konieczności nie zawaha się przed użyciem siły wobec politycznych dewiantów. Władimir Putin powstrzymuje rozprzestrzenianie się na świat gangreny demoliberalnej, zaś Bashar Al-Assad w granicach swojego państwa, chroni je przez rozprzestrzenianiem się islamizmu. Zachodni przywódcy natomiast, którzy bezpodstawnie upatrują w Rosji światowe zagrożenie, stają się w dużej mierze „politycznymi satanistami” niosącymi rewolucję.
Wszyscy ci, którzy doprowadzili do wojen niszczących dyktatury w Iraku i Libii, są bezpośrednio odpowiedzialni za obecny kryzys imigracyjny. W tym szeregu są ludzie tacy jak George Bush (senior oraz junior), Barrack Obama, Tony Blair, dawne władze Polski czy ugrupowania krajowe pokroju PO i PiS. Miejmy nadzieję, że sojusz Syryjsko-Rosyjski szybko rozprawi się z islamistycznymi rewolucjonistami, będącymi narzędziem rękach polityki syjonistyczno-atlantyckiej. Polityki mającej na celu zniszczenie narodów Europy poprzez wewnętrzną kontynentalną rewolucję. Wesprzyjmy Katechonów w ich walce, jeśli prawdziwie chcemy się mienić Polakami, Europejczykami czy Chrześcijanami. W przeciwnym razie nasza „polskość”, „europejskość” czy „chrześcijańskość” będzie tylko pustym frazesem.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

czwartek, 10 września 2015

Przepisy mundurowe i ich przestrzeganie

Przepisy mundurowe są zbiorami zasad dotyczących szczegółów ubioru żołnierskiego. Dotyczą one strojów na wszystkie okazje. Surowe przestrzeganie zasad opisanych w przepisach świadczy o poważnym podejściu własnej profesji oraz poszanowaniu posiadanego przez nas stopnia. Tak jest w teorii. Praktyka jest niestety inna.
Jakiś czas temu było w Polsce głośno o człowieku, który udawał „Majora Żandarmerii”. Przypominał mi historię Friedricha Wilhelma Voighta, znanego w Polsce jako „Kapitan z Kӧpenick”, który w przebraniu niemieckiego Hauptmanna (odpowiednik naszego Kapitana) doprowadził do lokalnego przewrotu, aresztując burmistrza małego miasteczka pod Berlinem. Rzekomy Hauptmann został szybko ujęty, skazany na symboliczną karę, po której odbyciu żył z handlu pamiątkami własnego fałszywego puczu. Cesarstwo Niemieckie miało bowiem armię poważną, i szybko można w niej było rozpracować fałszerstwo. Nasz krajowy „Major” zaszedł znacznie dalej, bowiem przez lata załatwiał różne sprawy powołując się na takie czy inne znajomości. Wpadł, gdy na pewnej uroczystości miał nieregulaminowe na czasy obecne nakrycie głowy. To wydarzenie kompletnie skompromitowało Rzeczpospolitą. Na surowe konsekwencje zasłużyli wszyscy ci, którzy nie raczyli sprawdzić wiarygodności tożsamości rzekomego oficera.
Swoją drogą „nieregulaminowa” (dziś) rogatywka żandarmerii była znacznie bardziej adekwatna do stopnia i okazji, niż ten „regulaminowy natowski kawałek szmatki”. Beret bez ogródek jest brzydki więc nadaje się jedynie na nakrycie głowy „do szargania na froncie” przez szeregowych i podoficerów, nie zaś jako element oficerskiego munduru galowego. Jeżeli Wojsko Polskie chce być bardziej poważne, niech zmieni regulamin mundurowy aby oficerowie naprawdę wyglądali ładnie, a nie jak wycieruchy. Do łask powinny wrócić czapki garnizonowe, wprowadzić kepi, reaktywować bikorny i czaka. O wiele przyjemniej byłoby oglądać strzelców w kapeluszach dwurożnych, aniżeli w tych hybrydach w stylu „ni to kapelusz, ni kask, ni miska do klusków”. Niebawem mam zaplanowaną wizytę w pewnym biurze poselskim, więc wniosę postulat, podpisany moim imieniem i nazwiskiem, dotyczącym zmiany regulaminu umundurowania na nieco bardziej podobne do ludzi. Jak ktoś usłyszy o zmianie, to może mieć pewność, że to był mój pomysł.
Brak rajstop do regulaminowego munduru 15.08.2015
Podczas uroczystości Święta Wojska Polskiego w Lublinie (z 2015 roku) pewna pani porucznik (nie wymienię nazwiska), z racji upału pozwoliła sobie na frywolność, i do galowego munduru nie założyła rajstop, ani pończoch. W tym momencie powinna dostać reprymendę od miejscowego dowództwa bez względu na to, czy dostała medal, czy nie. Ordnung muss sein! W takim wypadku ja bym miał przygotowany „karniak”, polegający na przymusowym założeniu na tę okoliczność grubych, gryzących i „obciachowych” pończoch. To jest wojsko, a nie amatorski skauting dla dziewczynek! Paradowanie z gołymi nogami było nie tylko oznaką braku szacunku do swojego stopnia. Z odzieżowego punktu widzenia gołe nogi i kostki wyglądały kretyńsko do marynarki, podkoszulka z długim rękawem i czarnych rękawiczek skórzanych. Oficer wyglądała jak militarna wersja modelki w rękawiczkach i futrze do krótkiej kiecki i sandałów. Szkoda, że wspomniana żołnierka nie pojechała dalej, i nie założyła sandałów i nie pomalowała do nich paznokci na zielono. Mówiąc poważnie, taki ubiór to kpina dla stopnia. Porucznik powinna świecić przykładem, a nie gołymi łydkami. To jest w końcu wojsko, a nie amatorskie harcerstwo. Skład kobiecej galówki składał się z furażerki, marynarki, spódnicy do kolan, rajstop cielistych i pantofli. Gdyby ode mnie zależało, szpilki powinny być zamienione na czółenka płaskie o twardej podeszwie. Dla większej praktyczności preferowałbym pończochy, nie rajstopy. To w końcu oficer, a nie laska do oglądana na wyborach miss.
Przepisy mundurowe są dużo łatwiejsze do przestrzegania niż te, dotyczące zasad ruchu drogowego. Dlatego stosowanie się do nich powinno być bardziej rygorystyczne. Za łamanie regulacji drogowych dostaje się mandaty, punkty karne albo kary pozbawienia wolności do lat iluś tam. Jeśli jakiś przepis jest łatwiejszy do praktykowania, i ma on sens, to powinien być przestrzegany z większą surowością. Pomijam kretyńskie przepisy wymyślone „bo tak”, bo te przestrzegają tylko debile. Jednakże przepis mundurowy kretyński nie jest, więc liczę na to, że Wojsko Polskie nie będzie więcej przepuszczać bez konsekwencji takich kwiatków, a tym bardziej, u żeńskich oficerów.
Niestety krajowe wojsko schodzi na psy, bowiem zabija talenty. O dopuszczeniu do korpusu oficerów nie powinien decydować magister czegoś tam, ale test wstępny kompetencji podparty dyplomem (niekoniecznie magistra), lub ukończeniem elitarnej szkoły średniej. My potrzebujemy armii, co będzie dowodzona przez wirtuozów, a nie cukrowe lalki z dyplomami. I tu nie walczę o to, aby dowodzili wojskiem ludzie niewykształceni, ale utalentowani. Uwierzcie mi, absolwent klasy ścisłej „Staszica” jest intelektualnie więcej wart od magistra zarządzania z wyróżnieniem na dyplomie, ale przeciętnej uczelni. Taki ogólniak kończą prymusi, zaś studia kończą z doktorem też i ci, co matury zdali na amnestii.

Pozdrawiam,
Piotr Marek

środa, 19 sierpnia 2015

200 lat po Waterloo

Na początek całego felietonu poproszę sobie o krótkie wprowadzenie przedwstępne. Wiem, że minął już długi czas od rocznicy bitwy, więc publikacja ta wydawać się może spóźniona. Owszem, ale należy wziąć poprawkę na to, iż ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na zajmowanie się publicystyką, więc proszę o wybaczenie. Ponadto pierwotna wersja tego felietonu przygotowana była również dla innego portalu, zaś edycja dla niego też pochłonęła mi kilka tygodni.
Poza tym reakcje tłuszczy na wersję pierwotną wymusiły na mnie potrzebę dopisania krótkiego sprostowania zawartych tutaj treści. Kontrowersje wzbudziło mianowicie użycie przeze mnie terminu „wojska belgijskie”, i zaraz prywatna wycieczka do mnie, że przecież „Belgia powstała dopiero w 1830”.
Tego, kiedy formalnie powstała Belgia nie zamierzam kwestionować, ale faktem jest, że historycy wojskowości używają termin „jednostek belgijskich” na określenie wojsk z terenów (przyszłej z punktu widzenia 1815 roku) Belgii. Termin „Belgowie” używam jako określenie narodów państwa belgijskiego. Tak więc ja tylko i wyłącznie cytuję posiadane przeze mnie materiały źródłowe, więc pretensje proszę zgłaszać do ich autorów.


Wstęp


Spotkanie dowódców wojsk sprzymierzonych w La Belle Alliance

W roku 2015 mieliśmy okazję obchodzić dokładnie dwusetną rocznicę walk pod Waterloo. Popularnie używane przez media i podręczniki określenie „Bitwy pod Waterloo” jest nie do końca trafne z tego względu, że całokształt walk w tamtym miejscu składał się z czterech pomniejszych bitew, których punktem kulminacyjnym było decydujące starcie w tej sławnej belgijskiej miejscowości. Pod wspólną nazwą tego starcia określa się kolektywnie bitwy pod Quatre Bras, Ligny, Waterloo i Wavre. Odbyły się one pomiędzy 16 a 19 czerwca 1815 roku. Samo starcie pod Waterloo zakończyło się 18 czerwca 1815 roku.
Niestety obecnie na temat tamtych wydarzeń krąży wiele kłamstw i półprawd, które chciałbym sprostować. Pierwszym przekłamaniem jest przypisywanie zwycięstwa wyłącznie Brytyjczykom. Gdyby nie ofensywa pruska wojska koalicji przegrałyby z Napoleonem. Dzięki żołnierzom Królewskiego Legionu Niemieckiego (KGL – King’s German Legion) broniącym La Haye Sainte, zadano ogromne straty wojskom francuskim, wiążąc przy tym ich siły na długi czas. W wojskach koalicji występowali również Belgowie i Holendrzy. Niestety po stronie „francuskiej” (bonapartystycznej) walczyli Polacy. Lojalność wobec Napoleona wykazali także niektórzy Niemcy. Współcześnie można znaleźć dużą analogię przy obecnych zdarzeniach na Ukrainie. Wspierany przez USA Kijów ma licznych popleczników wśród elit polskich, zaś społeczeństwo niemieckie jest w tej kwestii podzielone. Sukces Waterloo nie był więc zasługą wyłącznie Brytyjską, ale całości sprzymierzonych sił konserwatywnych.

Wątek Polski

Zaangażowanie Polaków w ratowaniu władzy Napoleona I podstawiło nas w tragicznym położeniu po jego pokonaniu. Było to szkodliwe z naszego narodowego punktu widzenia. Pozbawiło nas jakichkolwiek argumentów przemawiających za odrodzeniem Polski u boku kogokolwiek w kulturowo chrześcijańskim świecie. Samo „100 dni Napoleona” w gruncie rzeczy była walką o władzę we Francji. Opowiedzenie się po stronie Napoleona Bonapartego wcale nie oznaczało, że będzie to dla Polaków najkorzystniejsze rozwiązanie, z jakiegokolwiek tradycjonalistycznego punktu widzenia. Skąd by nie patrzeć najkorzystniejszy dla Polski był powrót Burbonów na tron Francji. To oni byli solidnym gwarantem umacniania konserwatywnego i chrześcijańskiego ducha w Europie. Powrót Napoleona oznaczał jedynie wzmocnienie na Starym Kontynencie lobby wojującego jakobinizmu i europejskiego wolnomularstwa kulturowego. Nawiasem mówiąc wiele organizacji jakobińskich i masońskich uznało za tragedię porażkę Napoleona. Również w krajach koalicji, takich jak Prusy, stowarzyszenia tego typu lobbowały na rzecz ratowania przynajmniej części spuścizny samozwańczego „Cesarza Francuzów”. Jako polscy konserwatyści, patrioci i strażnicy Ładu nie dostrzegliśmy żadnego interesu w trwaniu do końca przy Napoleonie. Raz on do końca nie trwał przy Polsce, a dwa był gwarantem jedynie budowy laickiej Polski na wzór porewolucyjnej Francji. Polacy walczący u boku Napoleona udowodnili lojalność jedynie wobec niego samego, a nie wobec Polski. To dowodzi, że nie byli prawdziwymi bojownikami o suwerenność państwa polskiego, ale zwykłymi bonapartystami stojącymi do końca u boku swojego mistrza. W podręcznikach do historii nie powinni więc być przedstawiani jako patrioci, ale polityczni bonapartyści.

Aspekt polityczny walk wokół Waterloo

Z politycznego punktu widzenia walki pod Waterloo były tryumfem świata konserwatywnego nad światem liberalnym, świata tradycyjnego nad światem rewolucyjnym, kulturowego chrześcijaństwa nad kulturowym wolnomularstwem. Słowem klucz jest w tym wypadku termin „kulturowy”. Jako tradycyjne chrześcijaństwo rozumiem świat oparty o dziedzictwo Średniowiecznej Europy. To świat władzy opartej o własny autorytet, to świat szacunku do legalnej władzy, sprzeciwu wobec dekadencji oraz wszelkich przejawów dewiacji moralnej. Termin świata jakobińskiego, wolnomularstwa kulturalnego, rozumiem jako świat buntu wobec legalnej władzy, rewolucji burzącej wszelaką tradycję oraz akceptacji różnorakich przejawów dewiacji. Z resztą zarówno rewolucję jakobińską we Francji, wolnomularstwo instytucjonalne oraz wojska napoleońskie łączyło jedno wspólne motto: „wolność, równość i braterstwo”, co w praktyce oznaczało brak zasad, bunt wobec tradycyjnej hierarchii oraz iście zbójecką lojalność we wszystkich, nawet niemoralnych, poczynaniach towarzyszy. Ten prosty fakt taktuję jako dowód słuszności przedstawionej przeze mnie politycznej interpretacji wyniku tej bitwy.
Skutki Waterloo były z konserwatywnego punktu widzenia pozytywne. Pokonanie Napoleona umocniło w Europie postanowienia Kongresu Wiedeńskiego. W ten sposób, przynajmniej na te 100 lat, w Europie w większym lub mniejszym stopniu dominował polityczny konserwatyzm i chrześcijański porządek świata. Większość krajów Starego Kontynentu zachowało tradycyjny dla ich dziedzictwa narodowego system polityczny odmienny od narzucanej przez bonapartystów laickiej republiki. Dla Polski oznaczało to powstanie Królestwa Kongresowego, zapewniającego dużo większą autonomię Polaków względem carskiej Rosji niż potencjalne nowe Księstwo Warszawskie względem postjakobińskiej Francji. Ponadto namiastka polskiej państwowości w „Europie Bonapartego” byłaby zapewne bliska ideowo porewolucyjnej Francji, a więc libertyńska, laicka oraz pozbawiona wszelkich tradycji tożsamych dla naszego dziedzictwa.

Kongres Wiedeński jako najlepsze rozwiązanie dla Europy i Polski

 Niektórzy „konserwatyzujący” sceptycy Kongresu Wiedeńskiego propagują tezę, że potencjalne zwycięstwo francuskie uwolniłoby nas od jakichkolwiek wpływów  niemieckich na polską politykę. Dają tu przykład zbudowanej rzekomo dominacji Prus nad sprawami polskimi. Jednakże w Europie początku XIX wieku, spośród wszystkich państw zaborczych, Prusy „miały najmniej do powiedzenia”. Święte Przymierze powołano, według różnych źródeł, bądź z inicjatywy Cara Aleksandra I Romanowa, bądź z inicjatywy Austriacka Klemensa Lothara von Metternicha. Jak obecnie filarem NATO są Stany Zjednoczone Ameryki, tak wtedy filarem „Świętego Przymierza” była Rosja.
Obecnie wszelkie próby pojednania rosyjsko-niemieckiego obywają się z inicjatywy Rosji oraz Niemców, ale natrafiają na opór ze strony rządu Republiki Federalnej Niemiec, która swój irracjonalny „interes niemiecki” widzi u boku USA, NATO, UE i Izraela. Z tego względu jakby dziś miało powstać jakiekolwiek „kondominium rosyjsko-niemieckie”, byłoby zdecydowanie pod „nadzorem” władz Rosji, zaś przedstawiciele lobby żydowskiego, niemieckiej czy polskiej „partii głupków”, rąbaliby drewno na opał gdzieś w głębi syberyjskich lasów. Tak więc pewne teorie popularne po wyborach prezydenckich z 2015 roku o potencjalnym pojednaniu rosyjsko-niemieckim odbiegają nieco od rzeczywistości, i zupełnie nie wiem na jakiej postawie są skomponowane. Raz władze rosyjskie coraz bardziej uprzykrzają życie żydowskim bankierom, a dwa pro syjonistyczne władze niemieckie działają wyraźnie na szkodę Rosji. Z kolei o dobre relacje z Rosją zabiegają w RFN organizacje i społeczności niechętne wobec lobby żydowskiego. Także jedynym możliwym fizycznie powstaniem „kondominium rosyjsko-niemieckiego pod hegemonią lobby żydowskiego” jest doprowadzenie w Rosji do nowej rewolucji niszczącej obecną elitę rządzącą przy jednoczesnym niedopuszczeniu do przemian politycznych w Niemczech.  Do tego syjoniści nieudolnie dzisiaj dążą, a ślepcy dalej tropią „ruskich”…
Tok rozumowania sceptyków „Świętego Przemierza” jest błędny i w prosty sposób do obalenia. Nie zaprzeczalnym faktem jest, że po stronie bonapartystów opowiadały się liczne liberalne środowiska niemieckie, które to właśnie słyną z większej niechęci wobec Polaków niż środowiska konserwatywne, które to z kolei zazwyczaj przybierają antypolski kurs pod wpływem nacisków tych pierwszych. Często bywało, że dwór panujący traktował swoich poddanych na równi, a szlachcicowi pruskiemu bliższy bywał innych szlachcic polski, niż ich własny chłop. Istniał bowiem solidaryzm klasy, który zburzył bonapartystyczny szowinizm. Często w Prusach, różnego typu „patriotyczni” (czytaj. romantyczni), liberałowie co raz to wyskakiwali z hasłami antypolskimi, nazywając „wrogami narodu” rozsądnych ludzi, którzy woleli z Polakami robić interesy, zamiast ich germanizować. Historycznym przykładem jest tutaj Kulturkampf, który swój zajadły charakter zawdzięczał liberałom pod przewodnictwem niejakiego Adalberta Falka, o czym wspominał Otto von Bismarck w swoich zapiskach. To właśnie spadkobiercy tych liberałów, zebrani z różnych landów niemieckich, opowiedzieli się z własnej i nieprzymuszonej woli po stronie Napoleona (wyjątek stanowili tylko, ci, co ich wolę ograniczył przymusowy pobór, np. do landwery). Pruskie środowiska konserwatywne, które w tej kampanii walczyły przeciwko bonapartystom, były polskiej państwowości przychylne, a niekiedy nawet przyjazne. Dowodem tego jest zgoda króla Fryderyka Wilhelma IV na utworzenie Polskiej Autonomii na ziemiach poznańskich w latach poprzedzających tzw. „wiosnę ludów”. Autonomia ta nie doszła do skutku przez powstanie wywołane przez niejakiego Ludwika Mierosławskiego, podbudzanego przez nikogo innego jak mentalnych spadkobierców politycznego bonapartyzmu, przybierających postać włoskich karbonariuszy. Tak więc z polskiego punktu widzenia najkorzystniejszy jest konserwatyzm zarówno u nas, jak i w krajach z nami sąsiadującymi. Niebezpieczny natomiast jest demoliberalizm i jego pochodne.
W myśl mojego porzekadła „nie ten komunista, kto do partii należy, ale ten co w komunistyczne ideały wierzy”, do jakobinów i wolnomularzy zaliczam wszystkich tych, co pomimo braku formalnych związków z tymi ruchami akceptują ich wizję świata, tak samo jak komunistami określamy nie tyle członków partii, ale i także zagorzałych bezpartyjnych wyznawców tej ideologii. Pomimo, że w Wielkiej Brytanii i Prusach część przywódców miała formalne związki z wolnomularstwem instytucjonalnym, o tyle wartości przez nich reprezentowane były dalekie od konsystencji jakiej przewidywała ideologia ich organizacji, która po dziś dzień za motyw przewodni swoich spektakli uznaje zwycięski marsz ideałów jakobińskiej rewolucji z Francji oraz tryumf buntowników kolonialnych na terenie Ameryki. Wiele osób w dawnej Anglii bywało masonami z tego powodu, że taka panowała tam wtedy moda, i ogólna akceptowalność społeczna dla tej organizacji. Poglądy jednak wielu z tych „masonów” były jednak „zacofane”, dalekie od „postępowej” ideologii stowarzyszenia (jaką reprezentowali bonapartyści). Wielu z tych „dawnych masonów” mogłoby dziś zamieszczać w sieci filmy demaskujące ich spiski. Tak samo wielu obecnych polskich romantyków, co używa antymasońskiej retoryki, ze swoimi niepodległościowymi poglądami znalazłoby ciepły zapiecek w murach „Wolnomularstwa Narodowego”, dumając sobie ze współbraćmi na paryskim burku „jak to było fajnie za Napoleona”. Ponadto warto zauważyć, że tylko część przywódców brytyjsko-pruskich miała tylko formalny epizod masoński w swoim życiu. W przypadku zwolenników Napoleona miał go prawie każdy kto za nim poszedł, zaś przynależność do masonerii oraz w państwie Napoleona przybierało charakter państwowy. Propagowanie ideałów oświecenia było tam obowiązkiem ogólnonarodowym.
Droga konserwatywna była zatem najlepszą dla Polski w 1815 roku. Nic nie stało na przeszkodzie, aby odsunęli się w cień ludzie kojarzeni z Napoleonem na rzecz tych, co niepodległość Polski widzieli chociażby w sojuszu z Carską Rosją. Prusy były ściśle związane politycznie z reakcyjnymi rządami Austrii i Rosji dzięki zabiegom generała, i przyszłego feldmarszałka Johanna Ludwiga Yorcka von Wartenburga. Podobną drogą z Polaków poszedł  były generał bonapartystycznej kawalerii Wincenty Krasiński, który dorobił się nawet zaszczytu funkcji Adiutanta Cara. Niestety natarczywe pro rewolucyjne lobby w Polsce narzucało jedynie wariant profrancuski, co poskutkowało brakiem jakichkolwiek możliwości pozyskania większej sympatii u któregokolwiek państwa ze zwycięskiej koalicji. W ten sposób konserwatywna „partia rozsądku” wygrała w Prusach, co poskutkowało przyłączeniem ich państwa do zaszczytnego grona „Świętego Przymierza”. W Polsce niestety wygrała rewolucyjna „partia głupków”, co owocowało jedynie coraz bardziej pogłębiającą się niewolą Polski przez kolejne dekady dziewiętnastego stulecia.

Ogólne zauważenia dotyczące przebiegu bitwy

Przechodząc do samego przebiegu starcia nie jest prawdą stwierdzenie, że „Napoleon pod Waterloo został zmieciony”. Został on niezaprzeczalnie pokonany, ale to o przysłowiowy „mały włos”. W zasadzie decydująca bitwa pod Waterloo została wygrana przez wojska koalicji, jednak konfrontacje prusko-francuskie pod Ligny i Wavre były zwycięstwami bonapartystów. Ostatnia bitwa tego „czterostarcia”, pod Wavre, była przegrana przez Prusaków, jednak francuski dowódca Emmanuel de Grouchy, nie potrafił podjąć odpowiednich kroków aby zmienić ostateczny wynik całej kampanii. Wynikało to z większego braku doświadczenia tego marszałka. Winę za porażkę w tej kampanii ponosi w dużej mierze sam Napoleon Bonaparte, gdyż niewłaściwie dobrał ludzi do konkretnych zadań. Zarówno marszałek Michael Ney jak i marszałek Emmanuel de Grouchy byli dowódcami wartymi swojego stopnia. Różnili się jednak dwoma zasadniczymi cechami. Michael Ney był doświadczonym, odważny a zarazem bardziej skłonny do porywczych zadań. Jednak lata walki odbiły się ja jego zdrowiu i kondycji psychicznej, stąd był bardziej narażony na ryzyko podjęcia bardzo nieprzewidywalnego posunięcia. Był więc osobą bardziej stosowną do wykonywania zadań wymagających mniejszego ryzyka ale większej inicjatywy własnej. Z kolei Emmanuel de Grouchy był świeży, w pełni kondycji, opanowany, ale jednak znacznie mniej doświadczony od swojego kolegi. Ten był bardziej dopasowany do bardziej ryzykownych zadań wymagających mniejszej inicjatywy własnej. Napoleon, żeby wygrać w 1815, powinien wydać odwrotny rozkaz. To Emmanuel de Grouchy powinien zostać przy nim w walce z Brytyjczykami, zaś Michael Ney powinien się pójść do walki z Prusakami. Przez niewłaściwy dobór ludzi do powierzonego im zadania, porywczy Michael Ney wytracił kawalerię w starciu z czworobokami brytyjskimi, zaś mniej doświadczony Emmanuel de Grouchy nie miał zmysłu do tego co dalej robić po pokonaniu Prusaków. Gdyby pod Wavre dowodził  Michael Ney wiedziałby, że zaraz po pokonaniu korpusu pruskiego, kierowany przez swoje doświadczenie, wydałby rozkaz przerzucenia swoich wojsk pod Waterloo, aby zmienić wynik bitwy na korzyść Francuzów. Natomiast pod samym Waterloo Emmanuel de Grouchy, kierując się świeżym umysłem, nie wydałby szalonego rozkazu ataku całą ciężką jazdą na nierozpoznane pozycje wroga i nie naraziłby ich na bezsensowne wytracenie. Zmiecenie Napoleona Bonapartego pod Waterloo nie miało miejsca. Przegrał, gdyż niewłaściwie dobrał ludzi i poniósł tego zwyczajne konsekwencje.
Wojska koalicji były mniej więcej dwukrotnie liczniejsze od wojsk napoleońskich, stąd aby zwiększyć swoje szanse, bonapartyści dołożyli wszelkich starań, aby nie dopuścić do połączenia się wojsk sprzymierzonych z pruskimi. Pojedynczo Armia Napoleona była znacznie silniejsza niż całe sprzymierzone siły brytyjsko-niderlandzkie oraz wojska pruskie. To tego Francuzi dysponowali dobrze uzbrojonymi i zaprawionymi w bojach żołnierzami. Brytyjczycy mieli jednostki dobrze uzbrojone, ale mniej zaprawione. Ich ciężka jazda nie posiadała tak okazałego, mocnego i drogiego opancerzenia jak francuska. Z kolei Prusacy mogli pochwalić się dobrymi dowódcami i doświadczonymi jednostkami frontowymi. Jednak jakość ich uzbrojenia była znacznie mniejsza od francuskiego i angielskiego. Dodatkowo większość ich armii stanowiła prymitywnie przeszkolona i niedofinansowana landwera, rezerwa, ochotnicy i pospolite ruszenie. Według niektórych źródeł ta zbieranina stanowiła ponad połowę ich armii, i jedynie geniusz dowódców sprawił, że nie zostali zmasakrowani całkowicie już pod samym Ligny.

Armia Francuska

Nie zgłębiając się w szczegóły szacunkowa wielkość Armii Cesarza Napoleona wynosiła mniej więcej 128 tysięcy ludzi i 366 dział. Podzielona była na dwie grupy. Jedna dowodzona była przez marszałka Michaela Neya, która pozostała przy Napoleonie, i przeznaczona była do walki z jednostkami brytyjskimi oraz im podległymi (niemieckie, belgijskie, holenderskie). Druga część wojsk dowodzona była przez marszałka Emmanuela de Grouchy’ego, której zadaniem było rozprawienie się z siłami pruskimi nadciągającymi od północnego wschodu. Przy boku Napoleona stała jego osobista straż, zwana Gwardią Cesarską. Na jej czele stał w trakcie tych starć generał Antoine Drouot, zwyczajowo dowódcą Gwardii Cesarskiej był marszałek Édouard Joseph Mortier.
Wojska francuskie nosiły przeważnie mundury w kolorze ciemnoniebieskim lub błękitnym. To było ważne, podczas rozróżniania jednostek na polu bitwy. Polowe płaszcze francuskie były w kolorze ciemnego granatu. Dominowały dwa typy spodni, białe letnie „czechczery” popularne wśród piechoty, oraz kolorowe „rajtuzy” stosowane w kawalerii. Oddziały szaserów ubierały się na zielono, zaś kirasjerzy pod zbroją nosili mundury w kolorze białym. Nakrycia głów były zróżnicowane. Dzieliły się na ochronne i przemarszowe. Gwardia narodowa, milicja oraz sztabowcy nosili kapelusze dwurożne. Marszałkowie mieli kapelusze z bogatymi białymi „kitami” obszytymi na obrębach. Oddziały piesze oraz konne nosiły czaka lub bermyce w zależności od formacji lub elitarności. Zasada była taka, że kompanie wyborowe piesze i jazdy lekkiej, stara gwardia i saperzy nosili czapy niedźwiedzie, ale już niektóre oddziały grenadierów, woltyżerowie oraz jednostki młodej gwardii nosiły gładkie czaka. Saperzy wyróżniali się na polu bitwy specjalnymi fartuchami. Używali także zbroi okopowych. W ekwipunku mieli siekierki, które służyły do niszczenia umocnień, ale niekiedy także ułatwiały im walkę z wrogiem. Z uwagi na niewygodę noszenia ochronne wielkie czapy były zdejmowane podczas przemarszów. Używano ich jedynie podczas walki, gdyż chroniły lepiej od ran ciętych i eksplozji niż tradycyjne kapelusze stosowane. Dziś funkcję czas pełnią hełmy. Podczas przemarszów, w zależności od formacji, noszono lekkie furażerki lub bikorny (te drugie były dla oficerów, ciężkiej jazdy i formacji pieszych noszących bermyce). Ciężka jazda była opancerzona. Karabinierzy i kirasjerzy posiadali zbroje i hełmy. Zbroje kirasjerów były srebrzyste, zaś karabinierów (elity kirasjerów) złociste. Dragoni nie nosili okazałych zbroi, w zasadzie mieli tylko kaski.

Uzbrojenie

Broń palna francuska uchodziła za jedną z najnowocześniejszych w Europie. Według opinii ekspertów lepsza była tylko angielska. Używano muszkietów, fuzji, sztucerów oraz najnowocześniejszych – karabinów. Granaty ręczne używane były głównie przez piechotę liniową. Nie były wbrew nazwie domeną grenadierów, gdyż w tamtych czasach ich mianem określano oddziały wyspecjalizowane w walce wręcz (tj. na bagnet oraz broń białą), a nie w miotaniu granatów. Artyleria preferowała kule ciężkie (do rozbijania szeregów), szrapnel (odłamkowe na dalekie odległości), kartacze (bo masakrowania szeregów z bliska jak „olbrzymia śrutówka”), kul z materiałem wybuchowymi, rzadziej kul łańcuchowych, a głównie w przypadku Brytyjczyków, także nowoczesnej broni rakietowej (zazwyczaj do wprowadzania popłochu w szeregach nieprzyjaciela). Piechurzy na ogół posiadali obok broni palnej bagnety. Oddziały wyborowe i podoficerowie dodatkowo tasaki. Oficerowie broń białą sieczną jak szable czy pałasze. Wojska inżynieryjne (pionierzy, saperzy, minerzy) mogli też posiadać toporki. Konnica posiadała szable lub pałasze. Lansjerzy, landwera konna, kozacy i ułani posiadali broń drzewcową przy szarżach.

Armia Koalicji Brytyjsko-Niderlandzkiej
   
Skład Koalicyjnej Armii Brytyjsko-Niderlandzkiej liczył 106 tysięcy ludzi i 216 dział. Na jej czele stał marszałek polny Arthur Wellesley książę Wellington. Piechota i artyleria zorganizowane były w dwóch korpusach, przy czym I Korpus złożony był głównie z wojsk niderlandzkich i dowodzony był przez Księcia Orańskiego Wilhelma. Korpus zawierał 1 i 3 Dywizję brytyjską oraz 2 i 3 Dywizję niderlandzką. W jego skład wchodziły też bataliony piechoty lekkiej KGL w ramach 3 Dywizji brytyjskiej. II Korpus dowodzony był przez brytyjskiego generała Lorda Rowlanda Hilla. Zawierał 2 i 4 Dywizję brytyjską oraz 1 Dywizję niderlandzką. W skład 2 Dywizji brytyjskiej, którą dowodził generał Henry Clinton, wchodziły niemieckie jednostki z KGL oraz oddziały landwery hanowerskiej (wojska hanowerskie charakteryzowały się podobnymi do Brytyjczyków czerwonymi kurtkami). Kawaleria była zorganizowana w oddzielnym Korpusie Jazdy, na czele którego stał sir Henry Paget książę Uxbridge, który pełnił rolę drugiego dowódcy i bezpośredniego zastępcy księcia Wellingtona. Sam Artur Wellesley dowodził nie tylko całymi siłami sprzymierzonymi, ale i odwodem, czyli pełnił rolę dowódcy głównego oraz jednostek rezerwowych. Do Odwodu zaliczono 5 i 6 Dywizję brytyjską, rezerwowe jednostki hanowerskie, Korpus brunszwicki oraz brytyjską rezerwową artylerię. Ironia losu chciała, że to właśnie odwodowe siły zasłynęły ze śmierci  generałów dowodzących własnymi korpusami.
Generał Thomas Picton, który podczas bitwy nie walczył w regulaminowym umundurowaniu, dowodził 5 Dywizją brytyjską. Zataił fakt odniesienia rany pod Quatre Bras aby móc dowodzić pod Waterloo. Zginął w trakcie prowadzenia natarcia od trafienia pociskiem w głowę. Miał na sobie cywilny kapelusz. Gdyby był ubrany w przepisowy mundur szturmowy, posiadał ryngraf i czako, mógłby przeżyć to trafienie. Korpusem Brunszwickim dowodził Fryderyk Wilhelm, Książę Brunszwiku, który poległ w trakcie własnego natarcia pod Quatre Bras. Pewnymi błędami w dowodzeniu wykazywał się książę orański, który także w trakcie walk został ciężko ranny, i ledwo uszedł z życiem.
Sam marszałek polny Artur Wellesley nie używał swojego regulaminowego munduru podczas decydującego starcia. Co prawda po balu miał na sobie czerwoną kurtkę z przydzielonych do niej w ekwipunku dwurogiem z pióropuszem i czakiem, jednak w momencie bitwy preferował czarny frak i nieregulaminowy kapelusz dwurożny. Następne pokolenia oficerów i generalicji będą wzorować się mundurowo na tym stroju księcia Wellingtona. Gdy żołnierze i oficerowie na linii nadal będą nosić czerwone kurtki, generalicja i oficerowie sztabu będą nosić mundury czarne. Regulaminowe umundurowanie brytyjskie składało się z czerwonych kurtek u piechoty i dragonów. Kawaleria miała własne barwy. Szczególnie bogatą kolorystyką cechowali się huzarzy. Henry Paget, Książę Uxbridge, ubrany był w mundur generałów kawalerii, cechujący się ciemnogranatową barwą, złocistymi lampasami i zapięciami, kurtką naramienną w stylu huzarskim i bogatym czakiem, ze złocistymi ozdobami i pióropuszem. Na filmach fabularnych na ogół przedstawiany jest błędnie, w mundurze huzarskim i czapie niedźwiedziej – tak ubierał się raczej na uroczystości. Strzelcy karabinowi (riflemen) nosili zielone kurtki polowe. Pułki szkockich highlanderów wyróżniały się kraciastymi kiltami i charakterystycznymi bermycami.

Wojska Brunszwickie i Armia Pruska

Oddziały brunszwickie chodziły na ogół na czarno. Na czakach mieli cechujące ich trupie czaszki. Umundurowanie żołnierzy liniowych i generałów było podobne, więc rozpoznawano stopnie po insygniach i epoletach. Brunszwickie formacje strzeleckie wyróżniały się jasnymi mundurami i kapeluszami z czaszką na stosowanym rondzie.
Armia Pruska liczyła 128 tysiące ludzi i 312 dział. Armią dowodził feldmarszałek Gebhard Leberecht von Blücher, książę Wahlstatt. Funkcję zastępcy pełnił szef sztabu generał August Neidhart von Gneisenau, bohater spod Kołobrzegu. Armia pruska podzielona była na 4 korpusy zawierające piechotę, konnicę, artylerię, rezerwę, landwerę i pospolite ruszenie. I Korpus Pruski był dowodzony przez generała Hansa Karla von Zietena, który pomimo zbieżności nazwiska i generalskiego stopnia nie był spokrewniony ze słynnym fryderycjańskim generałem Joachimem von Zietenem. II Korpus Pruski był dowodzony przez generała Georga Ludwiga von Pircha, zwanego Pirch I. Jako Pirch II był określany generał Otto Karl Lorenz von Pirch, a ten był dowódcą jednej z dywizji w korpusie Hansa Karla von Zietena. III Korpus Pruski walczył podczas bitwy pod Wavre. Dowodził nim generał Johann Adolf von Thielmann. Wreszcie IV Korpusem Pruskim dowodził prominentny generał piechoty Friedrich Wilhelm von Bülow, książę Dennewitz. Zgodnie z Doktryną Geisenaua, najstarsi wiekiem generałowie pruscy nie zostali powołani do walki. Stąd generał piechoty Ludwik Yorck von Wartenburg nie dowodził żadnym korpusem. Żołnierze pruscy nosili mundury w kolorze „pruskiego błękitu”. Wyjątki stanowiła kawaleria (mająca własne umundurowanie), „czarne pułki”, landwera (nosząca litewki), oraz oddziały jegierskie (zielone kurtki). Z uwagi na mały budżet w pruskiej armii często żołnierze landwery nie mieli butów albo regulaminowych nakryć głowy. Walczyli często z obandażowanymi głowami i stopami, aby stworzyć prowizoryczną ochronę dla tych części ciała. Podobna sytuacja bywała w oddziałach ochotniczych. Żołnierze nie mieli czak, ale kapelusze lub czapki, które gorzej chroniły przez uderzeniem. Polowy generalski mundur pruski składał się z niebieskiej kurtki, płaszcza w kolorze „pruskiego błękitu” (z czerwonym kołnierzem), zielonych spodni z czerwonym lampasem, oraz polowej czapki generalskiej schirmmütze. Feldmarszałek Gebhard Leberecht von Blücher nosił płaszcz dodatkowo wyposażony w pelerynę. Czarne mundury i kapelusze dwurożne, w jakich przedstawia się pruskich generałów w fabularnych filmach tematycznych, były noszone tylko wyjściowo. Na polu bitwy preferowano styl uchodzący za mniej elegancki, ale bardziej praktyczny. Niektórzy pruscy generałowie liniowi mogli nosić czaka i płaszcze bez epoletów (tak na monumencie jest przedstawiany Friedrich Wilhelm von Bülow), co uniemożliwiało ich rozpoznanie przez wrogich strzelców.

Szczegółowy przebieg walk

Wszystkie cztery bitwy starcia wokół Waterloo rozegrały się jak wspomniałem pomiędzy 16 a 19 czerwca 1815 roku. Jednakże do pierwszych starć francusko-pruskich doszło już 15 czerwca pod Gilly. Starła się wtedy z Francuzami tylnia straż pruska. Generał August von Gneisenau powiadomił Artura Wellesleya o tym wydarzeniu, a w tym dniu książę Wellington brał udział, wraz ze śmietanką swojej armii, w balu u księżnej Richmond. Wojaczka Brytyjczykom nie była w głowie, stąd informacja ta była dla nich lekkim szokiem.
W samo południe 16 czerwca 1815 roku feldmarszałek Gebhard Leberecht von Blücher oraz marszałek polny Arthur Wellesley spotkali się pod Brye celem omówienia sytuacji. Niespełna dwie godziny później rozpoczęły się dwie bitwy. Pod Quatre Bras starły się sprzymierzone wojska Koalicji Brytyjsko-Niderlandzkiej z grupą marszałka Michaela Neya. Pod Ligny Napoleon Bonaparte bezpośrednio zaatakował Prusaków, którzy zajęli pobliskie wioski wykorzystując je jako twierdze obronne. Bitwa pod Quatre Bras zakończyła się zwycięstwem wojsk sprzymierzonych, które jednak poniosły nieco większe straty w ludziach niż wojska napoleońskie. Obie strony straciły ponad 4 tysiące ludzi. Jak wspomniałem wśród ofiar koalicji był dowódca Kontyngentu Brunszwickiego książę Fryderyk Wilhelm. Z kolei bitwa pod Ligny zakończyła się porażką wojsk pruskich. Podczas natarcia na wojska francuskie niemal nie zginał sam feldmarszałek Gebhard von Blücher, który ciężko ranny został przygnieciony przez swojego martwego konia. Oficerowie jego armii szybko odciągnęli porywczego rannego dowódcę. Gdy feldmarszałek Gebhard von Blücher dochodził do siebie funkcję dowódcy pełnił jego zastępca, generał  August Neidhart von Gneisenau. Gebhard von Blücher zaskarbił sobie przydomek „feldmarszałka naprzód”. Wynikało to z jego porywczej taktyki polegającej na szybkich szturmie i „zgniataniu” nim wojsk nieprzyjacielskich. Metoda ta jednak wiązała się z dużymi stratami wśród dowodzonych przez niego wojsk, i często była ryzykowna dla niego samego, co miało swoje potwierdzenie w incydencie pod Ligny. Warto dodać, że Francuzi pod Ligny byli w stanie schwytać i pojmać pruskiego dowódcę gdy leżał ranny i przygnieciony, jednak na szczęście dla koalicji nie rozpoznali go. Być może miało to związek z tym, że pruscy dowódcy nie byli przesadnie wystrojeni i nie rzucali się w oczy.
Decydujące starcie pomiędzy sprzymierzonymi i bonapartystami odbyło się pod Waterloo 18 czerwca 1815 roku. Bitwa rozpoczęła się o 1130 ostrzałem sił księcia Wellingtona i szturmem francuskim na Hougoumont. Większość wojsk brytyjskich i sprzymierzonych była schowana za wzgórzem, stąd kanonada zadawała straty głównie wąskiej grupie wojsk niderlandzkich. Szturm na Hougoumont niemal na cały dzień związał nacierające na gospodarstwo wojska francuskie. Około 2 tysięcy Brytyjczyków odparło tam atak prawie 13 tysięcy Francuzów. Około południa Francuzi schwytali pruskiego huzara mającego powiadomić Brytyjczyków o wsparciu z ich strony dla nich w sile 30 tysięcy żołnierzy. Napoleon nakazał wyciszyć te wiadomość pośród swoich ludzi i wzmocnić prawe skrzydło swoich sił dodatkowym korpusem. Po godzinie 1300 Francuzi prowadzili silny ostrzał pozycji sprzymierzonych z 88 dział o częstotliwości 2-3 pocisków na minutę. Pół godziny później Francuzi zaatakowali brytyjskie pozycje. Po ich odparciu wojska brytyjskie, głównie jednostki szkockie, zdecydowały się do zmasowanej kontrofensywy. W boju przy dźwiękach dud ruszyli piesi highlanderzy oraz  konni Szarzy Szkoci. Atak ten nie przyniósł oczekiwanego rezultatu. W jego wyniku Brytyjczycy ponieśli ciężkie straty, a także zginął wspomniany generał Thomas Picton.
O godzinie 1600 na odsiecz Brytyjczykom przybywają pierwsze jednostki pruskie z IV Korpusu Friedricha Wilhelma von Bülowa. Francuska jazda próbuje nie dopuścić do połączenia sił sojuszniczych nękając Prusaków. O godzinie 1630 marszałek Michael Ney podjął fatalna decyzję o potężnej szarży ciężkiej kawalerii, głównie kirasjerów, na stojące naprzeciw mu siły księcia Wellingtona. Brytyjska piechota sformowała czworoboki, czyli formacje przeciw kawalerii zbudowane z prostokąta tworzonego przez piechurów z wystawionymi na sztorc bagnetami. Taka formacja sprawia, że biegnące na nią konie kawalerii wpadają w panikę. Zwierzęta te boją się wystających ostrych metalowych narzędzi, a czworoboki piechoty brytyjskiej ustawione ze wszystkich stron potęgowały wśród nich panikę. Często stojący żołnierze z dalszych szeregów czworoboku wymachiwali czakami, inni dodatkowo głośno wykrzykiwali, dodatkowo potęgując panikę wśród koni. Ciężka jazda francuska, która szukała luk w formacjach brytyjskich, padła w otaczające ją zewsząd czworoboki, przez co konie ich wpadły w szaleńczy popłoch, który spowodował brak skoordynowanego i racjonalnego działania. W wyniku tego wydarzenia Brytyjczycy ogniem kul dziesiątkowali konie kirasjerów, które padając martwe tamowały drogę następnym kawalerzystom. Postępowali tak zgodnie z zaleceniami dowódców, którzy odradzali strzelanie do jeźdźców z uwagi na ich trudne do przebicia zbroje i hełmy. Piechotę brytyjską wsparła dodatkowo ich jazda Henriego Pageta, księcia Uxbridge. Atak kirasjerów był kompletną porażką, przez co Napoleon Bonaparte był na Michaela Neya wściekły. O godzinie 1700 przybywa II Korpus Pruski i ustawia się na prawo od IV Korpusu. Francuzi decydują się wtedy na zmasowane natarcia połączonych sił pieszych i konnych, które nie przynoszą zamierzonych rezultatów. Do godziny 1900 przybywały kolejne korpusy pruskie, w tym spóźniony I Korpus Hansa Karla von Zietena. Francuzi bezskutecznie atakowali wojska koalicji. Widząc przybywających Prusaków Napoleon uciekł się do kłamstwa zmawiając gwardzistom, że to przybywa marszałek Emmanuel de Grouchy. Ten słysząc odgłosy walki nie decyduje się wysłać tam swoich wojsk. Po godzinie 1930 Napoleon decyduje się rzucić najwierniejsze swoje jednostki, stanowiące jego militarny elektorat, czyli Gwardię Cesarską. Przed tym natarciem Artur Wellesley wpadł na innowacyjny na tamte czasy pomysł, aby położyć część swoich gwardzistów. Nacierająca Gwardia Cesarska przez to nie widziała całkowitej ilości wrogów znajdujących się naprzeciw nich. Gdy wszyscy Brytyjczycy wstali, francuscy wiarusi byli zaskoczeni i zszokowani. Szybki i zmasowany ogień powalił wielu z nich, zmuszając do odwrotu. To był pierwszy i ostatni moment w historii, w którym Gwardia Cesarska została zmuszona do odwrotu. Oskrzydlonych gwardzistów Brytyjczycy namawiali do kapitulacji, ale tamtym była milsza śmierć niż poddanie się. Brytyjczycy silnym ogniem z broni strzeleckiej i artylerii zmietli resztki otoczonej przez nich gwardii. Po 2015 I Korpus Pruski przystąpił do ataku. Za godzinę było już po wszystkim. O 2200 feldmarszałek Gebhard von Blücher i sir Artur Wellesley spotkali się razem w wiosce La Belle Alliance.
Tymczasem 19 czerwca zakończyła się sukcesem francuskim bitwa pod Wavre. Pruski III Korpus Johanna Adolfa von Thielmanna został pokonany. Emmanuel de Grouchy po usłyszeniu wieści spod Waterloo nie zdecydował się na pomoc Napoleonowi. Gdyby tego dokonał, wynik całej kampanii 100 dni mógłby być zupełnie inny. Pomijając utratę wielu kirasjerów i żołnierzy gwardii, wsparte wojska francuskie nowymi siłami byłyby w stanie pokonać również poważnie osłabione wojska brytyjsko-pruskie. Tak się jednak nie stało, i decyzja marszałka o nie wysłaniu wojsk do wsparcia cesarza była w swoim rodzaju również decyzją o ostatecznej klęsce Napoleona Bonapartego.

Podsumowanie

Podsumowując, bitwa pod Waterloo była tryumfem świata tradycyjnego i konserwatywnego nad światem rewolucyjnym i wrogim kulturalnemu dziedzictwu chrześcijańskiemu. Powstrzymała raz na zawsze wojujący jakobinizm, ale nie wyeliminowała rewolucjonizmu i kulturowego wolnomularstwa. Zaraz po klęsce narodziła się legenda bonapartystyczna, której owocem był po jakobinizmie nowy ruch rewolucyjny – karbonaryzm. Obecnie, używając symboliki, dziś zza grobu śmieje się tryumfalnie duch Napoleona. Pomimo, że przegrał pod Waterloo w 1815, dzisiaj tryumfuje w Unii Europejskiej, która realizuje postulaty jakobińskiej rewolucji. Prusacy i Brytyjczycy wygrali militarnie w 1815, ale czy na pewno odnieśli trwałe zwycięstwo? Czy obecna Wielka Brytania i RFN są tymi samymi państwami, o które walczyli marszałkowie Artur Wellesley i Gebhard von Blücher? Wygrali, ale czy na pewno wygrali? Czy pojawi się nowa nadzieja dla świata, który uratowano w czerwcu 1815? Odpowiedź na ostatnie pytanie pokaże nam czas. Teraz należy mieć nadzieję, że pojawi się w Europie jakaś poważna polityczna siła, co ostatecznie zmiecie dziedzictwo maszerującej jakobińskiej rewolucji raz na zawsze.

Piotr Marek